Nieśmiertelne komórki nowotworowe

Choć zmarła przed 60 laty w szpitalu w Baltimore, w pewnym sensie Henrietta Lacks żyje nadal. Jej nieśmiertelne komórki nowotworowe, ważące dziś łącznie 20 ton, nie przestają zadziwiać badaczy na całym świecie.

Henrietta Lacks nie wyróżniała się za życia niczym szczególnym. Urodziła się jako Loretta Pleasant w 1920 r. w Roanoke w Wirginii. Jej ojcem był bogaty biały plantator, a matką jedna z jego czarnych robotnic. Sama Hennie też pracowała na plantacji tytoniu. Wcześnie poślubiła swojego kuzyna Davida Lacksa i miała z nim piątkę dzieci. W 1941 r. cała rodzina przeprowadziła się do Baltimore.1 lutego 1951 r. Hennie zgłosiła się do kliniki ginekologicznej na Uniwersytecie Johna Hopkinsa. Powodem było niepokojące krwawienie z pochwy. Dochodziło do niego niezależnie od tego, czy był to czas miesiączki, czy nie. Dyżur miał akurat dr Howard Jones. – Nigdy nie widziałem czegoś podobnego – opowiadał potem przejęty. Pobrany fragment tkanki szyjki macicy przypomniał różową galaretkę i krwawił przy najlżejszym nawet dotyku. Ginekolog myślał początkowo, że to syfilis, ale wysłał próbkę do laboratorium. Po dwóch dniach przyszła diagnoza – nowotwór. Podczas kolejnej wizyty Hennie pobrano kolejny kawałek chorej tkanki – bez wiedzy pacjentki – i wysłano dr. George’owi Geyowi.

Tą probówką zwalczę raka!

Dr Gey miał obsesję – chciał uwolnić ludzkość od nowotworów. Uważał, że tajemnica raka kryje się w ludzkich komórkach i chciał je hodować w warunkach laboratoryjnych. Zbierał więc komórki rakowe od różnych pacjentów, znane wszak z niekontrolowanego wzrostu, a tkanki pakował do probówek z kurzą krwią, pobieraną wprost z serca kurczaków. Taka mikstura miała wspomóc namnażanie się komórek. Bez skutku – wszystkie prędzej czy później obumierały.

Aż pojawiła się tkanka z szyjki macicy Henrietty Lacks. Komórki wykazały żywotność godną przodków Wirginijki zmuszanych do niewolniczej pracy na tytoniowych polach. Nie robiło im różnicy, czy znajdują się w narządach rodnych kobiety, czy w zgromadzonej w szkle laboratoryjnym kurzej plazmie. Każda z nich dzieliła się na dwie kolejne co 20 godzin!

Niestety, nie tylko w probówce. Choroba zżerała Henriettę w zastraszającym tempie. Kapsułki z radem podawane dopochwowo były nieskuteczne. 4 października, zaledwie osiem miesięcy po pierwszej wizycie w szpitalu, kobieta zmarła. Asystentka Geya, która pojawiła się w prosektorium, by pobrać kolejne kawałki chorej tkanki, była wstrząśnięta widokiem jej otwartego ciała. Wszystkie wewnętrzne organy wyglądały tak, jak niewielki kawałek szyjki macicy przed paroma miesiącami. Pochowano ją w nieoznaczonym grobie w rodzinnym Clover, tuż przy plantacji należącej do jej przodków.

Gey wysłał do sekcji zwłok Lacks swoją asystentkę, bo w dniu śmierci pacjentki był akurat w telewizyjnym studio. Trzymając przed kamerą probówkę z komórkami Hennie obwieszczał Ameryce, że w tym niewielkim szklanym pojemniczku kryje się – być może – tajemnica nowotworu, dzięki której wkrótce będzie można zwalczyć tę nieuleczalną chorobę.

Kulturę komórek pobranych od Henrietty Gey nazwał HeLa. Nietrudno się domyślić pochodzenia tej nazwy.

Hennie nie zna granic

Szybko odkryto, że tkanki HeLa mogą przetrwać nawet wysyłkę zwykłą pocztą. Gey zaczął więc rozsyłać je do swoich kolegów badaczy. Ci – po odpowiednim rozmnożeniu – wysyłali je dalej, do swoich znajomych. Komórki Henrietty Lacks pojawiły się w laboratoriach na całym świecie. Dzięki swej żywotności zaczęły służyć do badań, których nie udałoby się przeprowadzić na łatwo obumierających tkankach zdrowych ludzi. Koncerny kosmetyczne ustawiały się w kolejkach po nowe kultury HeLa, aby zbadać wpływ swoich produktów na ludzki organizm. NASA sprawdzała na nich, czy człowiek będzie mógł przeżyć nieważkość, a US Army testowała odporność komórek na promieniowanie po eksplozji bomby atomowej. Najbardziej jednak przydały się podczas badań nad szczepionką na polio, dzięki której udało się wyeliminować tę chorobę w Europie i Ameryce.

Przy okazji eksperymentów nad polio pojawił się pomysł: a może rak również jest skutkiem infekcji wirusowej? Laboratoria w całej Ameryce rozpoczęły wspierane przez rząd eksperymenty. Niektóre zjawiska były obiecujące. Oto komórki pobierane od zdrowych pacjentów (często byli to krewni naukowców) po jakimś czasie samorzutnie wykazywały zmiany nowotworowe. Czyżby więc zaraziły się wirusem?

Szokująca prawda była jednak inna. W 1967 r. w komórkach z wód płodowych żony biologa Leonarda Hayflicka wykryto enzym charakterystyczny dla Afroamerykanów. Hayflick był jednak biały, podobnie jak jego żona i wszyscy ich przodkowie. Wniosek był więc oczywisty – jego córka nie była jego córką. Żona zarzekała się jednak, że naukowiec nie ma powodów do podważania ojcostwa dziecka.

Okazało się, że badacze nie docenili siły rakowych tkanek Henrietty. Wystarczyło, że jedna jej komórka wpadła do szalki z inną kulturą, by natychmiast zaczynać się mnożyć i wypierać pierwotne komórki. HeLa „zakaziła” niemal wszystkie inne kultury. Zdruzgotani naukowcy wykryli ją nawet w Building 41 w Narodowym Instytucie Raka w Bethesda w Maryland, „najszczelniejszym” laboratorium świata. Ba! – w 1972 r. Rosjanie dumnie ogłosili odkrycie wirusa raka. W przysłanych do USA próbkach wykryto… oczywiście kulturę HeLa. Komórki Henrietty Lacks przeniknęły nawet przez żelazną kurtynę!

Wasza mama nie całkiem umarła

Kiedy porzucono wiarę w wirusową genezę nowotworów, zwrócono się ku raczkującej jeszcze genetyce. Komórki HeLa przysłużyły się również tej dziedzinie nauki – oksfordzki profesor Henry Harris z ich pomocą rozwinął mapowanie genów.

W połowie lat 70. naukowcy zwrócili się też do pozostałych przy życiu krewnych Henrietty z prośbą o próbki krwi do badań genetycznych. Wtedy prawda wyszła na jaw. Dzieci Henrietty były w szoku, kiedy dowiedziały się, że od blisko ćwierćwiecza komórki ich mamy krążą po całym świecie. Są niemal we wszystkich liczących się laboratoriach, a łączna ich masa czterysta razy przekracza wagę zmarłej kobiety! Oczywiście obecnie istnieją też inne kultury, ale żadna nie dorównuje hodowli HeLa. HeLa rozmnaża się o wiele szybciej niż inne tkanki, a w dodatku po podziale jej chromosomy nie ulegają skróceniu, co zapobiega komórkowej śmierci. Dla każdego ważnego instytutu badawczego jest ona tym, czym dzieła Szekspira w poważnej bibliotece – to po prostu trzeba mieć. Dziś zresztą można ją zamówić przez internet.

U krewnych Lacks wieść o losach jej komórek wywołała dumę przemieszaną z gniewem. Byli źli, że nikt ich nie poinformował o pobraniu tkanki zmarłej. Byli też wściekli, że dzięki kawałkowi ich matki od lat koncerny na całym świecie zarabiały miliardy dolarów, a im wciąż doskwierała bieda – niektórych nie było stać nawet na ubezpieczenie zdrowotne. Dla nich cała historia była kolejnym przykładem tego, jak biali bez skrupułów wykorzystywali czarnych do swoich celów, naruszając ich prawa.

Na odszkodowania było już za późno, więc Lacksom pozostała duma. Morehouse College w Atlancie – stolicy czarnego Południa – uhonorował Hennie i jej rodzinę. 11 października jest dziś tam obchodzony jako Henrietta Lacks Day, a grób w Wirginii wreszcie przyozdobiono odpowiednią płytą. Jej historia ma trafić na ekrany.