Zinalrothorn – północną granią, 2013

Autor: dnia 2013.08.12

Zinalrothorn, 4221 mnpm, Alpy Walijskie
Droga: północną granią (north ridge), AD, III (3b)
Data: 2013.07.26

EN

Myśleliśmy o nim od dwóch sezonów. Najpierw nie było warunków, potem pogody. Tym razem jednak uznaliśmy, że wszystko pasuje. Sucho, pogodnie, po dwóch tygodniach w Alpach mamy dobrą aklimatyzację. Tak, to dobry moment na spotkanie z Zinalrothornem.

Po zejściu z Rimpfischhorna siedzimy na naszym biwaku ponad Täschhütte i podziwiamy nasz kolejny cel, który stąd widać, jak na dłoni. Widok znikającego za chmurami zachodzącego słońca przywodzi na myśl postać anioła, rozpościerającego swoje skrzydła nad naszą górą. Nieprawdopodobny, magiczny pejzaż. Znak? Może. Tyle razy już byliśmy w tej dolnie, a “Zinal” nigdy jeszcze nie był tak widoczny, tak wyrazisty, tak….przystępny? Ho ho ho. Północna grań pięknie rysuje się na horyzoncie, można poczuć jej niemalże legendarną ostrość.

Zinalrothorn

Zinalrothorn

Schodzimy do Randy i sprawdzamy prognozy. Czytamy opisy, przeglądamy zdjęcia. Początkowo w planie mieliśmy wejście drogą normalną od strony Rothornhütte. Jednak warunki śniegowe aktualnie panujące u góry (o czym mogliśmy przekonać się dosłownie dwie doby wcześniej) budzą w nas pewną niechęć do tej trasy, na której w dolnym jej odcinku polecany jest dobry, pewny śnieg – a nie jakaś ujeżdżająca spod nóg breja. Może to tylko strachy na lachy? Decydujemy się jednak zmienić kierunek. Jedziemy do Val d’Anniviers. Zaatakujemy Zinalrothorna jego północną granią.

Docieramy do malowniczego Grimenz, które swą gościnnością oraz cudownym francuskim już (a nie szwajcarskim) klimatem bardzo nas urzeka. Niby dolina dalej, ale nie ma nic wspólnego z zatłoczonym, skomercjalizowanym i bezosobowym Zermatt. Pusto, spokojnie, przyjaźnie. Oto konsekwencje braku lokalnej górskiej “ikony”. Na szczęście.

Przygotowujemy się do naszego ostatniego podczas tego urlopu celu. Postanawiamy iść “na lekko”, z noclegiem w schronisku. Droga i góra wymagające, chcemy się wcześniej wyspać i podjąć temat jak biali ludzie 😉 Jak wszyscy, którzy się tutaj wspinają. Dzwonię do chatara – ciężko nawiązać z nim kontakt, mają problem z telefonem. Wreszcie się udaje. Pytam o warunki – werglas. Ustalamy zatem, kiedy najlepiej jest podejść do schroniska i kiedy zaatakować. Rezerwuję miejsce na pojutrze. Wreszcie, przychodzi ten moment – ruszamy!

Droga do schroniska Grand Mountet, wiodąca przez Val de Zinal, ma niepowtarzalny urok. Jest przecudną i wartą podjęcia turą samą w sobie. Jest też względnie długa (10,2 km, 1200 mH). Na miejsce docieramy po ok 4,5h spokojnego marszu. Widok zachwyca. Trzy lodowce łączące się w jeden – taka mniejsza Concordia. Wokół milczące Zinalrothorn oraz Ober Gabelhorn i Dent Blanche z ich północnymi ścianami. Pięknie, dostojnie i onieśmielająco.

Ober Gabelhorn

Ober Gabelhorn

Wypakowujemy graty do koszyków (każdy ma swój, odpowiadający numerkowi posłania), przyswajamy obłędalną zupę warzywną z chlebem i potężną porcją sera, i po szybkim rekonesansie w terenie oraz dawce górskiego mistycyzmu, udajemy się do łóżek.

Nazajutrz ruszamy szybko i sprawnie. Po dość nużącym podejściu lodowcem na starcie w grań północną meldujemy się tuż po 6.00. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oblewają szczyt Dent Blanche i Matterhorna, który z tego miejsca odwraca się do nas swoim zacnym profilem – północną ścianą.

Po stromym podejściu śnieżną granią na Ramię Zinalrothorna (l’Épaule‎) zostawiamy kijki, wiążemy się i rozpoczynamy przygodę ze słynnym “zinalowym gnejsem”. Ponoć ma być piękny i solidny. Okaże się. Igor rusza, ja – jako pokorny jeszcze rekonwalescent, za nim.

Początek łatwy. Dochodzimy do pierwszego żandarma, le Déjeuner (z francuska “obiad” – aż zrobiłam się głodna…). Wszelkie przewodniki twierdzą, żeby obejść go od lewej (tj od wschodu), jednak o ile na grani znajdujemy ślady poprzedników, o tyle tutaj – nic, zero; próbuję, zapadam się jednak w śniegu po pas. Wycof. Idziemy więc ostrzem grani. Ciekawie – jednak godzina “w plecy”. O co chodziło z tymi opisami?? Po opuszczeniu “obiadowego” wierzchołka zaczyna się ostrzej. Grań najerzona skalnymi zębami i płetwami, do ogarnięcia, jednak lufa po obu stronach jest konkretna. Idziemy w rakach. Ma to swoje plusy i minusy. Wreszcie dochodzimy do kluczowego miejsca: le Rasoir. The Razor. Brzytwa. To kilku metrowa ostra płetwa (3b), po wejściu na którą zastanawiałam się: “jak On to zrobił??”. “Zaciskałem udami” – usłyszałam wesoło od Igora. Cudnie. Myślałam, że to domena kobiet.

Zejście jest nie mniej emocjonujące. Za nami pojawia się kolejny zespół: syn i ojciec (ten drugi, tak “na oko” spokojnie 60+). Przebiegli po “brzytwie” – puściliśmy ich więc oczywiście, nie będziemy robić za kłody. Idziemy dalej. Kolejnym etapem jest trójkowy trawers  pokaźnej turni zwanej le Sphinx. Tak – przypomina. W drodze powrotnej szczególnie. Trawers też czujny, pojawiają się ubezpieczenia w kluczowych momentach (dwa spity). Tuż za Sfinksem kolejna ciekawa formacja: ostra grań, la Bourrique. Ponoć elegancko przejść ją na odciąg. Staramy się pokazać klasę, acz podczas asekuracji partnera wygodniej jednak “dosiąść konia”. Wreszcie, stajemy przed – jak się nam pierwotnie wydawało – główną trudnością drogi. Główną ze względu na rozmiar. Jesteśmy już powyżej 4100 mnpm, a nad naszymi głowami wznosi się teraz 40-metrowa, III-kowa wieża –  la Bosse. Szybko się jednak okazuje, że to najbardziej przyjemna część drogi – naprawdę ładne, wdzięczne wspinanie. Asekuracja dobra, na starcie, w połowie oraz na wierzchołku wieży są stanowiska z pętli i prusów, gdzieś pojawia się jakiś maillon. Tutaj zaczynają się mijanki: kilka zespołów z przewodnikami robiących trawers góry zaczyna zjeżdżać. Życzliwość nas zaskakuje – powitania, pomoc przy rozchłamianiu splątanych lin, ustępowanie miejsca, dobre słowo. Czy to aby dalej Szwajcaria!? W końcu docieramy na wierzchołek la Bosse, skąd lekko w dół, a potem bardzo czujnie, po niestabilnym i rozmiękłym już śniegu, który przy najmniejszym złym ruchu osuwa się w dół z podszczytowych płyt, na których leży… Wreszcie: upragniony szczyt!

Na szczycie

Na szczycie

Osiadamy na moment. Otrzymany sms i próba połączenia telefonicznego z kraju uświadamiają mi, że dzisiaj mam imieniny! Miło 🙂 Tymczasem, od strony grani południowo-wschodniej (Rothorngrat) docierają do nas niemalże w tym samym czasie dwa dwójkowe zespoły. Nasze losy odtąd będą biegły dość równolegle. Nie mamy zbyt wiele czasu, zmieniamy baterię w GoPro, przeżuwamy batona, kilka łyków wody, kilka zdjęć i… czas schodzić. Tak jak weszliśmy. Czyli – północna grań, po raz drugi.

Zejście z wierzchołka jest bardzo delikatne, jest ciepło i śnieg ujeżdża spod nóg. Idziemy na krótkiej linie. Po dojściu do la Bosse przygotowujemy się do zjazdów. Okazuje się, że 50 metrów liny to za mało mimo pośredniego stanowiska, potrzebujemy trochę pokombinować, ale udaje się. Mkniemy dalej, pokonując la Bourrique i Sfinksa, by wreszcie dotrzeć do Razora…

Le Rasoir

Le Rasoir

Wejście na niego od południa jest technicznie łatwiejsze niż od północy, w zejściu na drugą stronę wykorzystujemy stanowisko (pętle + maillon). Po części zjazd, po części zejście, trawers – mordęga, zaczynam odczuwać zmęczenie. Za nami pędzą dwa pozostałe zespoły, często spotkamy się w “wąskich gardłach” i wymieniamy różne spostrzeżenia, współpraca międzynarodowa układa się całkiem ciekawie. Docieramy wreszcie do le Déjeuner, którego tym razem pokonujemy obejściem, ale dokładnie z drugiej niż wskazują przewodniki strony (dwa spity!) – spotyka się to z niemałym zaskoczeniem naszych towarzyszy, przekonanych bowiem o słuszności książkowych opisów. Tutaj się żegnamy – biegną dalej, my zaś po chwili odpoczynku kontynuujemy naszą drogę. Docieramy do miejsca pozostawienia rano kijków, które zabieramy by następnie ostrożnie, po śnieżnej, paskudnie rozmiękłej już grani zejść na lodowiec. W godzinach popołudniowych docieramy do schroniska, w którym po krótkich pertraktacjach z obsługą decydujemy się zostać na jeszcze jedną noc, dostając szansę uregulowania płatności za nocleg “na dole” dnia kolejnego. Chcieliśmy tu jeszcze pobyć, zostać, nacieszyć się tym miejscem. Niestety, nadchodzi poranek. Żegnamy się z piękną Val de Zinal, czas ruszać w drogę. Aż żal…  Jednak z pewnością niedługo tu wrócimy  😉

YouTube Preview Image

:, ,