Zadni Kościelec – Załupa H

Autor: dnia 2010.10.18

Zadni Kościelec, 2162m, Tatry Wysokie
Droga: Załupa H (zachodnia ściana, bez wejścia na wierzchołek), II/III
Data: 2010.10.16

Po wejściu na Kościelec drogą Gnojka, poczuliśmy z Igim potrzebę “dokończenia” tej wspinaczki w inny sposób. Było fajnie, ale satysfakcja niepełna, toteż po krótkiej dyskusji zeszliśmy na przełęcz Karb, a stamtąd udaliśmy się ścieżką wzdłuż zachodniej ściany, aby ponownie tego dnia zrobić rozeznanie pod Załupą H – drogą na zachodniej ścianie Zadniego Kościelca. Pierwotny plan zakładał bowiem, że wjedziemy najpierw ową załupą i stamtąd, wstrzelimy się w Gnojka. Pech jednak chciał, że spóźniliśmy się jakieś 15 minut, bowiem stado polskich “marines” nas wyprzedziło i zajęło naszą drogę.

Kiedy pojawiamy się pod wejściem w załupę, spotykamy tam tajemniczych dwóch osobników, którzy właśnie się z niej wycofywali, opuszczając zjazdem stanowisko nad pierwszym wyciągiem. Jest już godzina 15.00, trochę późno, ale mimo troskliwego pytania kolegów o to, czy mamy ze sobą świeczki, jesteśmy dobrej myśli, że zdążymy przed zmrokiem do schroniska. Konsekwentnie, zostajemy w naszych “podejściówkach”, przypinając wspinaczkowe kleterki do uprzęży “na wszelkie aby”. Ścięgno boli mnie niemiłosiernie, nie ma mowy o obcisłych butkach. Zakładam na siebie żelastwo, wiążemy się i ruszam do przodu.

Pierwszy wyciąg prowadzi na lewo, prawym ograniczeniem załupy. Mokro, jak fuj. Szukam czegoś do założenia przelotu, ale nie ma gdzie! Przydałyby się może haki, ale zostały w plecaku. Nic to, damy radę bez. Na całym wyciągu (ok 20 metrów) zakładam jeden przelot z frienda, dochodząc do stanowiska z dwoma stałymi punktami (spit i zardzewiałe kolucho), gdzie ściągam Igiego.

Kolejny odcinek już ciut dłuższy, podobno z kilkoma stałymi punktami po drodze. Nie byłabym sobą, gdybym nie utrudniła sobie zadania: zamiast od razu ze stanowiska odbić lekko w prawo, w płytką nyżę ze stopieńkami, wstrzelam się wprost w zacięcie, skąd mam problem z wyjściem bardziej na środek płyty. Emocjonujący trawersik na prawo podnosi mi ciśnienie, chwilę nad nim kombinuję, rozważając sugestię wycofania się w dół. Koniec końców jednak udaje się przetrawersować, bez przygód.

Dalej, droga biegnie piękną płytówką. Stopy zapewne cudnie pracują tam na tarcie, jeżeli płyty są suche. Tym razem jednak, w nocy trochę dosypało śniegu, teraz mgła gęstniała z każdym krokiem, osadzając się wilgocią na skałach, a im bliżej ograniczającej załupę ściany, tym częściej pojawiał się gdzieniegdzie lodzik. “Muszę stąd spierdzielać, bardziej do środka” – zachęcam sama siebie. Po drodze zakładam przelot z jednego wbitego już haka, dwa z oczek skalnych (na każdym wisiały pętle), w kilku miejscach dokładam swoje z friendów i docieram do stanowiska (rzekomo miało być z dwóch spitów, ale jeden chyba komuś się przydał).

Kolej na dłuższy fragment (ok 45 metrów), biegnący już środkiem załupy, blisko jej charakterystycznego wcięcia. Przed nami III-kowe miejsce, szukam zaznaczonego na topo haka, ale niestety… nie odnaleziono. Dokładam swojego frienda i ruszam dalej, szukając kolejnego rzekomego haka czy innego spita. Też nie ma – z płyty wystaje tylko samotny, przerdzewiały nit wskazujący na to, że kiedyś faktycznie coś “stałego” tu było. “Dziękować Bogu za własny szpej!” – pomyślałam z ulgą. Mijam wcięcie w załupie: teraz wiem, że muszę odbić w prawo, po przekątnej jakby, i płyta ok. 6 metrów do stanowiska ze spitów (których z tej perspektywy oczywiście nie widać). Za mną, w dole, Igi coś woła, nie słyszę, czy pada długość pozostałej liny, czy jakieś nasączone zniecierpliwieniem inwektywy może? Patrzę przed siebie, a tam płyta, na którą nie mam za bardzo pomysłu. Łydki już się trzęsą, ostatni przelot jakieś 10 metrów temu, więc źle nie jest, ale bliższej perspektywy na kolejny – nie widać. Nagle zauważam dziurkę w płycie na wysokości wzroku – maciupką. W sam raz na połówkowego frienda. “Mam go jeszcze przy sobie, czy już nie?” – ogarnął mnie lekki niepokój. Nic innego by tu nie wlazło. Na szczęście – jest! Siada znakomicie. “Dzięki, maleństwo!” – słodzę mu w duchu. Pod dziurką znajduję niewielką, ale wygodną klamę na odciąg, wychylam się w prawo i lekkim wyskokiem do góry, sięgając do kolejnego małego chwytu. Tarcie w tych butach i warunkach nie jest doskonałe, toteż mniej na nim polegam. W kleterkach, na suchej skale byłaby tutaj poezja, a nie jakieś cyrki. Wreszcie, dostrzegam stanowiskowego spita (no tak, miały być dwa), dochodzę do niego, ściągam zaraz Igiego (dla którego opisane powyżej “trudności” są zwyczajnie obce) i lecimy dalej.

Wyżej, niezwykle kruchy, ale już łatwy teren. Koniec drogi osiągamy po 2 godzinach od startu. Wszechobecna mgła opatula nas czule, gęstniejąc jednak zdradliwie – spieszymy się ze zbieraniem gratów, żeby nie szukać ścieżki zejściowej po zmroku (wejścia na wierzchołek Zadniego Kościelca nawet nie rozważaliśmy).

Finalnie, pojawiamy się w schronisku o 19stej, gdzie czeka na nas pyszny kefir z ziemniakami, pomidorowa i gulasz 🙂

Użyty sprzęt:

Lina 2 x 50 m, kilka krótszych i dłuższych pętli, friendy (rozmiary 0,5-3), podstawowy zestaw kości, luźne karabinki. Przy niepogodzie i mokrej skale, warto mieć ze sobą haki i młotek.

Topo drogi

:,