Żabi Koń – wschodnią granią.

Autor: dnia 2010.06.14

Żabi Koń, 2291 m, Tatry Wysokie
Droga: wschodnią granią, III/III+
Data: 2010.06.12

Debbie Harry rules!

Tytułem wstępu – przed przeczytaniem poniższej relacji zdecydowanie proponujemy posłuchać wcześniej jednej z piosenek zespołu Blondie, aby wczuć się w klimat, jaki panował w zespole Summitera podczas tamtej wycieczki:

http://www.youtube.com/watch?v=8CmhqoB1lNE

„Heart of Glass” towarzyszyła nam przez całą drogę, nucona na zmianę przeze mnie i przez Jacka, a jej fałszowana nuta rozbrzmiewała to nad Żabią Doliną, to nad Bulą pod Rysami. Klasyczne odreagowanie stresu 😉

Afera bułkowa

Po zejściu ze szlaku prowadzącego do Chaty pod Rysami w stronę Kotlinki pod Żabim Koniem, usadawiamy się na kamolach celem przyswojenia śniadania. Na parkingu jeszcze pytałam Igiego, ile bierze bułek: „Tyle, ile potrzeba. Wszystkie” – odpowiada zdecydowanym tonem. Na naszym pierwszym postoju zaczynam więc grzebać w jego plecaku, a nie znalazłszy jedzenia, rzucam mu pytające spojrzenia. Ten, nie mogąc uwierzyć, zaczyna się miotać:

Igi: To Wasza wina! Zagadaliście mnie!
Mooliczek & Jck:  Taaaa….
Igi: Poza tym… Mulik, Ty za dużo jesz. Nie można się tak obżerać!!
Mooliczek & Jck: 😀
Igi: A tak w ogóle… to… Mulik, przecież Ty nie jadasz chleba na śniadanie!
Mooliczek & Jck: :-))))))

Rozpaczliwe próby obrócenia kota ogonem spełzły na niczym 😉 Ja natomiast pogodziłam się z faktem, że batony będą musiały wystarczyć. Ta akcja miała mieć jednak swój finał na końcu.

„Mulik, masz już zapasowe majtki przypięte do szpejarki?”

Takim pytaniem pożegnał mnie Radek przed naszym wyjazdem w piątek. Nie bez powodu, wszak pakowaliśmy się na jedną z najbardziej (ponoć) powietrznych grani w Tatrach. Wiedzieliśmy, że przyjdzie nam tam zapewne wziąć kilka razy głębszy wdech.

Podchodzimy pod lewy skraj Tarasu w Rysach – zalega tam jeszcze trochę śniegu, dało radę bez raków. Znajdujemy rynnę (wyceniana na I+/II-), którą mamy dostać się na balkon w zachodniej grani Rysów, a stamtąd na samą grań. Jacek prowadzi, ja w środku, Igi na trzeciego. Bierzemy linę, bo cholera wie, co tam zastaniemy. Okazało się być czujnie, w jednym czy dwóch miejscach warto było założyć jakiś przelot, bo byliśmy w zwykłych butach.

Wyjście z rysy kończy się na rozległej, poprzecinanej trawkami, pochylonej nieco płycie. Gdy na nią wchodzę, Jacek stoi już na jej drugim końcu. Nagle słyszę: „O k***a”. „Tak, Jaca zobaczył Konia zapewne” – powiedziałam pod nosem. Podchodzimy wszyscy …. i cóż. No jest tam, jest 😉

Jck: „O k***a”
Igi: „Osz k***a”
Mooliczek: „Ale zajebiście!”

Generalnie, formacja robi wrażenie z tej perspektywy. Patrząc na wyłaniającego się z cienia w pierwszych promieniach wschodzącego słońca Żabiego Konia, ugięły nam się nogi w kolanach. Widzę, że chłopaki pomilkły, ja dostałam głupawki, zaczynam śpiewać i gadać różne głupoty. Cóż, na stres każdy reaguje inaczej…

Grań – pierwsze dwa wyciągi

Widzimy ringa zjazdowego. Na Żabią Przełęcz musimy zjechać ok 12 metrów, gdyż podejście na nią z dołu jest dość ciężkie: od słowackiej strony za VI, od polskiej za II, ale potworna kruszyzna. Najsensowniej jest więc zjechać.

Jedziemy: Jacek, Igi, ja. Czekając na swoją kolej słyszę tylko, jak wiatr świszczy raz z jednej strony przełęczy, raz z drugiej. Adrenalina już działa, krew szybciej krąży w skroniach. Luft jest mocny. Po przejściu na drugi koniec przełęczy Jck montuje stanowisko. Po zjeździe wszyscy się tam dopinamy i przygotowujemy do wejścia na grań. Przed zjazdem zdecydowaliśmy, że to droga Jacka i to on prowadzi. To on miał tam walczyć ze swoimi demonami.

Idzie. Tracimy go z oczu, kiedy znika nad naszymi głowami. Patrzę tylko, jak znikają kolejne metry liny, którą mu wydaję.

Pierwszy wyciąg to trawers Dolnego Konia – na polską stronę opadającego urwiskiem, a na słowacką – w formie połogiej płyty długiej na ok. 40 metrów. Całą drogę pokonuje się zwykle na tarcie po stronie Żabiej Doliny, trzymając się krawędzi.

Słyszymy kolejne komunikaty Jacka w stylu: „Jest kostka!”, „Jest friend!”. Nagle, jedna z żył liny tak potwornie się precli, że nic nie mogę z tym zrobić. Czuję, że Jck chce iść, a ja go nie puszczam! Igi mi pomaga, ale im bardziej chcemy, tym gorzej wychodzi. Słyszę, jak krzyczy do nas: „Dajcie luz!”- a ja nic! Wreszcie, każemy mu usiąść z bezpiecznym (!!!) miejscu i się zapiąć do czegoś, bo to, co się tutaj dzieje, to jakiś dramat. Po ok 5 minutach udaje nam się jako tako uporządkować linę. Puszczamy Jck dalej. Motyle nogi poleciały….

Wreszcie, mamy za sobą pierwszy wyciąg. Dochodzę do Jacka. Spoglądamy ze stanowiska w kierunku Igora, ze zdumieniem patrząc jak podczas swojego przejścia wyciąga przeloty na stojąco. To się nazywa „mieć psychę”… Ogólnie jednak doszliśmy do wniosku, że ten odcinek był raczej przyjemny, pomimo drobnych problemów z wydawaniem liny. Dodatkowo, na jego końcu powitały nas trzy haki, które posłużyły nam za pancerny stan do kolejnego wyciągu.

Stajemy przed kolejnym fragmentem grani: 10-metrowym, pionowym uskokiem. „K***a” – rzuca Jacek. Onieśmieliło go to nieco (jak i wszystkich), ale nie decyduje się oddać prowadzenia. Twardziel. Wychodzi do góry. Patrzymy, jak przeciska się przez wąską szczelinę, by wyjść na chwilę na północną ścianę Konia, po czym wywija zaraz z powrotem na część słowacką.

„Tu jest kolejny hak!” – rzuca z góry w międzyczasie. Kiedy po chwili zmontował nieco wyżej stanowisko, ruszamy za nim.

W życiu nie szłam po tak wąskiej formacji skalnej. Uczucie przedziwne, kiedy wiesz, że chwytając się krawędzi część Twojej dłoni dotyka ściany południowej, a druga część – ściany północnej! Serce bije szybciej, ale czujesz, że po prostu chcesz iść dalej. Dochodzę do miejsca, w którym Jacek przechodził na moment na północną stronę. „Hm” – patrzę i się zastanawiam, jak on to zrobił, że wyszedł potem z powrotem na grań? „Przecież  po tej stronie wszystko się nawiesza, jak stąd wyjść?”.

Myślę. Po chwili Jck krzyczy: „musisz wejść na taki najniższy stopień, centralnie na krawędzi obu ścian.” Rozglądam się dookoła: mam go na wysokości biodra. „No tak, czyli gimnastyka”. Chwytam za krawędź powyżej, stopy na tarcie, podciągam się i wskakuję lewą nogą na ów stopień. „Ożesz!”… Czuję, jakbym przytulała się do ostrza noża biegnącego wzdłuż ciała, stojąc na niewiele szerszej krawędzi jego rękojeści.

„No i?” – pytam.
„No, musisz z niego wyjść do góry” – i się śmieje, paszczydło jedne.
„Heh….”.

To musiały być szybkie ruchy, raz, dwa, trzy, tu chwyt, tam tarcie, odciąg i – jestem.
„To było mocne” – rzucam, wpinając auto.
„Oj, tak” – odpowiada Jaca, uśmiechając się głupio.

Uuuu- uuu, uuooooooooooo” – śpiewamy sobie na głos Blondie, chichocząc pod nosem z radości i z lekkiego podenerwowania. Debbie jest cały czas z nami.

Patrzymy na Igora – ten mknie do nas, walcząc po drodze z friendem, który nie chce wyjść, potem zaś zmaga się nieco z wyjściem na południową ścianę Konia. Jest jednak z nas najwyższy i „daje z buły” – to wszystko wystarczyło, żeby miał tam zwyczajnie prościej.  Po chwili znowu jesteśmy w komplecie, wpięci w stanowisko tuż ponad uskokiem.

Grań – pozostałe dwa wyciągi

Jacek nadal czuje moc, pokonanie tej części dodaje mu kurażu i 100 punktów do „psychy”. Idzie dalej na pierwszego. Stanowisko po drugim wyciągu założył wcześniej, niż pokazuje topo M.Tertelisa, więc teraz musiał pokonać pozostawiony jeszcze fragment grani (przypominającej swą formą pierwszy wyciąg), żeby podejść do początku kolejnego odcinka: Górnego Konia.

Górny Koń jest dłuższy od Dolnego, bardziej stromy, niż połogi, ale i mniej „ostry”. Nie oznacza to jednak, że nadmiernie prosty, bowiem więcej w nim obłych, płytkich chwytów niż krawędzi, co sprawa, że teren robi się mniej pewny. W jednym miejscu wszyscy mocno się zastanawiamy i rzeźbimy chwilę:  trzeba było przewinąć się w całości na słowacką stronę, w tej cudnej lufie i to bez dobrego chwytu. Trzeba wykonać – jak to Jck nazywa – „syty ruch”: ręce na odciąg, lewa stopa daleko na ścianę i się „wywinąć”.

Once I had a love and it was a gas
Soon turned out had a heart of glass
Seemed like the real thing, only to find
Much of mistrust, love’s gone behind

…Blondie cały czas z nami…

Jacek rusza do góry. Tym razem, pionowy uskok pod wierzchołkiem jest niższy niż poprzedni, ma ca. 3 metry. Miał to być przedostatni wyciąg (bo drugi skróciliśmy nieco), jednak szybko okazuje się, że po wyjściu nad próg Jacek dostrzega już pętle na szczycie, a przed nimi względnie bezpieczny, nietrudny technicznie teren. Postanawia zatem dociągnąć do końca i zamontować stanowisko już na samej górze.

Teraz moja kolej. Wypinam się ze stanowiska, wszystko gotowe….i masz! Wypada mi z ręki mój ATC, by spaść aż do podstawy ściany… Tym sposobem pozbawiłam się przyrządu zjazdowego. Ze szczytu zaś czekają nas dwa zjazdy na stronę zachodnią grani.

„Pojedziesz na półwyblince” – rzuca cicho Igi.
„No pewnie, co mam nie pojechać?” – ….

Szybko przechodzę ten odcinek. Wreszcie, wierzchołek! Dołączam do Jacka i wydaję z siebie krótki, niekontrolowany okrzyk radości! Niedługo potem pojawia się Igi – jak się okazuje, po walce z „pająkiem-agresorem”, który „rzucił się na niego”, kiedy ten próbował wyjąć nie chcącego wyjść ze szczeliny frienda. „Serio Wam mówię, poczuł drań drgania skały, wszedł do dziury z drugiej strony, zniknął mi z oczu i chciał mnie zaatakować!”. W tym momencie umarliśmy ze śmiechu we troje 😀

Zjazdy

Na szczycie prażymy się w słońcu, odpoczywając nieco i wesoło wspominając drogę, którą przed chwilą przebyliśmy. Przeglądamy też zamokły całkowicie zeszyt wpisów. Odnajdujemy wpisy KEG-ów wykreślając je oczywiście i naklejając w to miejsce naklejkę Summitera ;-D 😉

Po godzinie decydujemy się wracać. Pierwsza myśl o zjeździe na półwyblince ustępuje zaraz innej: chłopaki chcą mnie opuścić na linie (mamy do dyspozycji ring zjazdowy), abym poszukała kolejnego stałego punktu. Przełykam głośno ślinę, bo nie dość, że ściana się nawiesza i ma to być „zjazd swobodny” (ok. 25 metr ów), to jeszcze nie wprost na dół, tylko lekko na lewo. „Nic, raz kozie śmierć!”. Jadę. W międzyczasie łapię krawędź turnicy, która mi wyrasta za plecami i wdrapuję się na nią. Potem, asekurowana cały czas przez chłopaków z góry, schodzę na Wyżnią Żabią Przełęcz i szukam drugiego punktu zjazdowego. „Jest!” – krzyczę. Okazał się znajdować pomiędzy drugą a trzecią turniczką na przełęczy.

Kolejny zjazd przebiega podobnie, jest jednak odrobinę krótszy (ok. 22 metry). W międzyczasie zrywa mi się ze smyczy aparat (!!!) i mknie w dół! „No nie…” – aż mnie serce zabolało, wszystkie zdjęcia… „To chyba nie mój dzień…”

Na szczęście zatrzymuje się 1,5 metra od urwiska. W jednym kawałku.

Dojeżdżam do ścieżki, odwiązuję liny, przebieram się, idę zgarnąć aparat, wracam i czekam na chłopaków. Po chwili jesteśmy już w komplecie, wcale jednak nie w bardziej bezpiecznym terenie. Na dno doliny jeszcze kawałek drogi, a ścieżka – choć wydeptana – jest dość kręta, wąska i biegnie stromo w dół. Wzmaga to naszą koncentrację, głównie z uwagi na mokrą skałę (roztopy) i zalegający miejscami śnieg.

Pełni skupienia i powagi, zostajemy jednak wreszcie rozbrojeni przez Igora:

„Widzicie? To dzięki mojej pomysłowości mamy teraz w aucie świeże bułeczki!” – rzuca z zadowoleniem. Prawie się osunęłam metr niżej po tych słowach 😀

Po przejściu z Kotlinki pod Żabim Koniem nad Żabie Stawki, osiągamy nasze poranne „niedoszłe miejsce śniadaniowe”, gdzie możemy sobie wreszcie podziękować. Rozwalamy się na kamieniu i …. zasypiamy. W pełnym słońcu. Skutki tego z pewnością utrzymają się na naszych gębach jeszcze przez wiele dni 😉

Po godzinie budzę towarzystwo i ruszamy czerwonym szlakiem w dół, do Popradzkiego Plesa, często oglądając się za siebie. Żabi Koń został ujarzmiony, choć była to niewątpliwie jazda na oklep.

YouTube Preview Image
Pierwszy próg na grani Żabiego Konia.

YouTube Preview Image
Widok ze szczytu Żabiego Konia.

:,