Wysoka, 2009

Autor: dnia 2009.11.23

Wysoka (Vysoká), 2560 m, Tatry Wysokie
Droga: przez Pazdury i Ławicę, 0+
Data: 2009.11.21

Zaczęło się tak:

jck: … a w ten weekend co robicie? Bo warunki chyba niebardzo…
Mooliczek: No właśnie. Ale myślimy o jakimś lekkim trekku, total lajt.
jck: To może Rysy-Wysoka od SK?
Mooliczek: Brzmi sensownie. – myślę sobie, to 0+, szybka trasa, luz.

A w efekcie było tak:
16 godzin pełnej akcji górskiej bez przerwy, bez jedzenia, bez picia, ze zlizywaniem topiącego się śniegu z porostów, piciem z potoku, pływaniem w rzece i zgubieniem się w dolinie.

O 4:30 wyruszamy z Popradskiego Plesa w kierunku Chaty pod Rysami. Rysy na wstępie odpuszczamy, „chyba, że starczy czasu”… Pod Wagą jesteśmy przed 8.00. Ja o dwóch batonach, nie mam ochoty na jedzenie w ogóle. Patrzymy na „górny zachód w prawo”, trawersujący Ciężki Szczyt, czyli drogę przez Pazdury. Wygląda fajnie. Rozglądam się dookoła. Najwyższy szczyt Polski wygląda całkiem  imponująco… Z tej perspektywy wybitność normalnie 10 metrów. Dalej, na widok Galerii Gankowej uginają mi się kolana, Gerlach wkomponował się pięknie pomiędzy Ganek i Ciężki. Pogoda dopisuje, wygląda na to, że  przynajmniej po tej stronie będziemy mieć beton. Czas napierać.

Jck prowadzi, ale jakoś średnio miał na to ochotę. Do czasu, aż wchodzimy w trawers: zaiste, beton, 45 stopni, momenty na przednie zęby raków, cudo. Micha mu się cieszy, mnie też, Igi na początku z pewną taką nieśmiałością podchodzi do jednego miejsca, ale dzielnie wychodzi z opresji. Wreszcie dochodzimy do kominka pod Przełęczą pod Kogutkiem. Wiążemy się, 2x 30 metrów, ja w środku. Słyszę od Jacy: „Nnnno, to lubię!” I napiera. Trzymam go na sztywno, w końcu słyszę sygnał, że ok, więc ruszam za nim. Jest fantastycznie. W kominku kilka czujnych momentów, sypko, ale dajemy radę. Wreszcie docieramy na Przełęcz.

Po drugiej stronie – lampa. Zaczynamy długi trawers w kierunku Ławicy. Tym razem na lotnej, od wysepki skalnej do wysepki, zaczyna być grząsko. I tak cholernie gorąco… Grzebiemy się, idzie wolno, ale cały czas do przodu.

Mijamy Ławicę, dochodzimy do czujnego miejsca tuż przy żlebie opadającym z przełęczy pomiędzy wierzchołkami Wysokiej wprost do Doliny Złomisk. Zakładamy poręcz z jednej liny, bo miejsce wygląda na średnio przyjazne: przysypane płyty, a wszystko się już sypie, a mieliśmy zamiar wracać tą samą drogą.

W ogóle, fajnych zamiarów wtedy było kilka. Zostawić plecaki na przełęczy i wejść na oba wierzchołki. Przed wejściem może się rozebrać ciut, bo kurde ileż można w takim upale z tyloma warstwami na sobie?? Może zjeść coś na szczycie, bo już popołudnie i żołądki mamy wielkości piłki do tenisa, przyrośnięte do kręgosłupa…

No ale, jak się zamierzyli, tak nie zrobili.

Z plecakami, opatuleni po zęby, napieramy żlebem, wykorzystując na przeloty jakąś starą pętlę, odkopaną klamrę i podszczytowy hak. Wreszcie włazimy na wierzchołek północno-zachodni.

Po ponad 9 godzinach od wyjścia z samochodu…. taki lekki trek…

Widoki piękne. Kilka zdjęć, kilka łyków resztek wody, nadal zero żarcia, czasu nie ma, spadamy.

Już wiemy, że powrót przez Wagę trwałby chyba do następnego dnia. Decydujemy się zatem schodzić żlebem, bezpośrednio do Doliny Złomisk. Fatal error…

Wracamy jeszcze po poręcz. Zostało tam parę fajnych friendów, które dopiero co dostałam na urodziny, toteż wywierałam mocną presję, żeby po nie wrócić (hehe). Odwiązuję Igora, bo fuczy na mnie, że napieram na mocno w dół. Ruszamy w kierunku poręczy, biorę Jacka na sztywno, Ten podejmuje wyzwanie i ryzyko – co tu dużo mówić – i idzie demontować to skomplikowane coś, co założył wcześniej.

Słońce chyli się już ku zachodowi, zaczynamy epopeję zejścia bezpośrednio nad Popradskie Pleso.

To była istna masakra. Złomy na wpół zasypane śniegiem, gdzie wpadanie co chwila, to jedną, to drugą nogą po samą pachwinę do dziury było w standardzie. W sumie zaskakujące, że mam jeszcze całe nogi, przy moim pechu…

Jacek mocno nas wyprzedził, ot, dobrze się czuje na zejściach. Ja nigdy. Wraz z Igim, jak dwóch paralityków, zaczynamy kuśtykać. Zapada zmrok, gubimy ścieżkę, gubimy Jacę, w ogóle jest fajnie. Igi zaczyna już szukać miejsca na spanie. Dzwonię do kolegi, mówię mu, gdzie jestem i pytam, gdzie iść, bo nie chcemy wylądować nad wodospadem, a tej doliny nie znam dobrze. W końcu odnajdujemy ścieżkę…

Głodni i wypompowani, meldujemy się ok 19:00 pod schroniskiem. Tam się dowiadujemy, że Jck uczestniczył jeszcze w małej „akcji ratunkowej”, samemu przy okazji gubiąc się i wpadając do rzeczki, opodal krzaczka.

Nasz lekki, wysokogórski trekking kończy się o 20.00, gdzie zalegamy w aucie, mocno zmęczeni, ale uradowani, w najcudowniejszym smrodku z możliwych…

Zobacz także:

Wielka Korona Tatr – info

:, ,