Wołowa Turnia – południowym żebrem, 2010

Autor: dnia 2010.09.25

Wołowa Turnia (Volia veža), 2373 m, Vysoke Tatry
Droga: Południowym żebrem, III (stałe)
Data: 2010.09.18

Startujemy z Popradzkiego Plesa. Podejście biegnie za czerwonymi znakami w kierunku Chaty pod Rysami, które opuszczamy na wysokości Wyżniego Żabiego Stawu (obejście od zachodu). Dalej w kierunku południowej ściany Wołowej Turni, wprost do Wołowej Kotlinki.

Warunki tego dnia były o tyle nieprzyjemne, że wczesny poranek w Żabiej Dolinie przywitał nas przenikającym zimnem, wiatrem i wilgocią.

Pierwszy uskok w południowym żebrze obchodzimy od wschodu, omijając zalegające jeszcze wczesno-wrześniowe śniegi (chcąc tym samym uniknąć niekontrolowanego zjazdu na dno kotlinki) i wchodząc na taras tuż nad nim. Początek wspinaczki na moment “zamraża” nam dłonie i palce, ból jest dokuczliwy, a ruchy skrępowane – skała okazuje się mokra, śliska, a przede wszystkim, paskudnie zimna, gdzieniegdzie pojawił się nawet verglas. O godz. 9 rano termometr Igiego wskazywał 2 st C. Nie miałam nawet pewności, jak mocno trzymam się chwytów i krawędzi…i czy przypadkiem zaraz nie puszczę, gdyż zwyczajnie, nie czułam dłoni.

Po 10-tej pojawia się słońce, zalewając nas wreszcie swoim ciepłem. Wspinaczka od razu robi się przyjemna, zważywszy urok samej drogi: południowe żebro to bowiem bardzo ciekawy, a przede wszystkim – bardzo ładny wariant wejścia na Wołową Turnię. Droga dość eksponowana, biegnąca ściśle żebrem bądź tuż poniżej jego ostrza, oferuje dobrą asekurację – mocna skała (za wyjątkiem dwóch “kuszących”, a ruchomych bloków skalnych pod stanowiskiem na przedostatnim wyciągu – pozor!), w kilku miejscach stałe punkty (kotwy), odnotowano również dwa stare haki i jedno przerdzewiałe kolucho (to ostatnie jednak mało przekonujące). Chwyty dobre, układają linię w logiczną całość.

Tuż po 11stej pojawiamy się na wierzchołku Wołowej Turni. Wcale niekrótki popas, odpoczynek i rozpoczynamy zejście w dół, wschodnią granią (I), aż na Żabią Przełęcz Mięguszowiecką. Obawialiśmy się śniegu w zacienionych, zlokalizowanych po północnej stronie grani miejscach – na szczęście niepotrzebnie. Przed 13stą jesteśmy znowu pod południowym żebrem i…. podejmujemy z pozoru – dość dziwaczną – jednak całkiem pozytywnie odkręconą decyzję o zaatakowaniu go ponownie, tym razem od samego dołu, bez omijania pierwszego uskoku.

Ruszamy!

I na ów uskoku pojawia się problem: jeden z friendów klinuje się tak mocno, że siłujemy się z nim ponad pół godziny, tracąc cenne minuty. Tym samym, koniecznym jest podkręcenie tempa podczas dalszej wspinaczki, aby nadrobić czas i zdążyć wejść i zejść przed zmrokiem, pojawiając się chociażby na znakowanym szlaku jeszcze przed nastaniem nocy.

Dalej idzie już bardzo szybko i sprawnie. Wpadamy wręcz na wierzchołek, zdejmujemy szpej, pakujemy go do plecaka i zbiegamy na przełęcz. Potem zostaje już tylko (albo aż) przejście złomami Wołowej Kotlinki, aby złapać ostatnie fotony światła na szlaku, tuż przed godziną 20.00.

Użyty sprzęt:

Lina połówkowa (2 x 50 metrów), kilka długich pętli (przydatne przy zakładaniu przelotów na dużych blokach skalnych, również przy przedłużeniu przelotu przy trawersie w górnej części żebra), friendy (rozmiar 1-3), podstawowy zestaw kości, ekspresy (5-7) i/lub luźne karabinki. Haki zbędne.

Czasy przejścia: pierwsze przejście żebra zajęło nam niecałe 2h, drugie (z wariantem wydłużonym, uwzględniając nad wyraz długie mocowanie się z przelotem ) – niecałe 3h.

:,