Wielkie Solisko – Grań Soliska, 2011

Autor: dnia 2011.09.12

Wielkie Solisko (Veľké Solisko), 2414 m, Vysoke Tatry
Droga: Grań Soliska (Soliskový hrebeň), II-III
Data: 2011.09.03

Pomysł wejścia na Wielkie Solisko uczepił się nas kawał czasu temu, ale jakoś nigdy nie było okazji, żeby go zrealizować. Opracowaliśmy kilka dróg wejścia na niego, ale brakowało to dobrych warunków, to determinacji. Wreszcie, kiedy nasza pogodynka pokazała, że na początku września pogoda w Tatrach będzie “jak dzwon”, padło hasło: to może Grań Soliska? Oczywiście!

Problem z tą granią jest taki, że jest długa. Na tyle długa, że takie ślimaki, jak my, prawie na pewno zaliczą na niej kibel, patrz: biwak. Pytanie zatem: kiedy ten biwak? Przed, po, w trakcie? Po szybkiej analizie, decydujemy się wyjechać w piątek z Krakowa najwcześniej jak to możliwe, aby wbić się w drogę jeszcze tego samego dnia i znaleźć miejsce na nocleg “gdzieś na początku grani”. Po dotarciu do Szczyrbskiego Plesa postanawiamy skorzystać z kolejki i podjechać pod Skrajne Solisko. Nie mamy bowiem zbyt wiele czasu, a jako lenie i obiboki, chcemy się wyspać przed naszą drogą. Poza tym, w plecakach – oprócz szpeju – ląduje wyposażenie biwakowe: śpiwory, płachty, karimaty, ciepłe ciuchy, no i kilka litrów płynów (wszak biwakujemy, a na grani nie będzie gdzie nabrać wody). To wszystko musi ważyć. Z troski więc o nasze sfatygowane kolana wybieramy opcję dla ceprów i jedziemy do góry z całym tym kramem, z pomocą sztucznych ułatwień.

Po obrzydliwej (!!!) kolacji w Chacie na Solisku (zdecydowanie odradzam!), z niestrawnością i ogólną zgagą, ruszamy do góry za czerwonymi znakami. Po drodze wchodzimy na Skrajne Solisko, finalnie zaś lądujemy na Smrekowickiej Przełęczy, gdzie znajdujemy urokliwe miejsce na biwak. Przy akompaniamencie przelatujących nad głową nietoperzy, długo wpatrując się w niesamowicie rozgwieżdżone niebo, wreszcie zasypiamy.

Pobudka o 5.00, do góry ruszamy po 6.00. Początek grani nie nastręcza żadnych trudności, jedynie zbyt dociążone plecaki wbijają nas w ziemię bez litości. Łapiemy zadyszkę. Cóż, żelazna kondycja to ponoć podstawa…

Igi od początku prowadzi. Rejon Małego Soliska dostarcza nam pierwszych emocji. Otwieramy WHP i staramy się odtworzyć opis drogi nr 725 w odwrotnym kierunku, niż został popełniony. Po minięciu wierzchołka, szukamy “ostrego konia” i “stromej płyty”, które szybko lokalizujemy. Teraz pozioma grań, i zejście na Soliskową Przełęcz. Początek bardzo ciekawy, eksponowany.

Dalej, czytamy opis w przewodniku i zaczynamy kombinować: która to “omszona nyża”, który komin jest właściwy? Lewy, prawy? Jak to szło, w tym opisie? To mamy schodzić na stronę Młynickiej czy Furkotnej doliny? Kuźwa! “Idź, jak puszcza!” – krzyczę do Igora. Jakież to było cenne  i pomocne. Efekt? Po przejściu ewidentnej części drogi, dalej schodzimy dokładnie odwrotnie niż wskazuje przewodnik. Nawieszające się głazy i uskoki w zejściu nie są przyjemnie, bynajmniej. Ja bez wspinaczkowych butków, a tu nachylona “półka” na tarcie i wypychający nad nią kamol, bez mocnych chwytów czy jakichkolwiek krawądek chociażby. “Bież go na odciąg”!” – sugeruje stanowczo Igor. Jaki odciąg?? O co w ogóle chodzi?? „Mam za krótkie łapy, nie dosięgam!” – krzyczę do Niego. Pojawiają się emocje. To, do czego się tak gorliwie „tulę”, skutecznie mnie od siebie odpycha i nie pozwala zachować równowagi. Wreszcie, chwytam klamę i jakimś cudem udaje mi się nie spierdzielić. „Jest!” – krzyczę z ulgą. W eter lecą przekleństwa.

Kolejny etap to podejście na Skrajną Soliskową Turnię. Opis w przewodniku wskazuje na komin, który w zejściu pokonuje się zjazdem, jednakże “idąc w odwrotnym kierunku można wejść tym kominkiem”. Ruszamy. Fajny, III-kowy komin, szybko pojawiamy się na wierzchołku i kontynuujemy dość eksponowaną granią.

Teraz czeka nas wyszukanie “pionowego zęba”, który należy ominąć “na prawo, obok szpary w rodzaju tunelu”. Ząb jest, szpara też… Ubawił nas dodatkowy jej opis: “szczupłe osoby mogą się nią przeczołgać”. W zasadzie, cóż to dla nas, żaden problem, brakuje jedynie postury anorektyka…no, i te plecaki jakoś tak, dwukrotnie szersze niż sama szczelina, zdają się nie pasować. Wybieramy zatem od niechcenia wariant z obejściem. Hm… Na prawo, czyli nasze “lewo”. Igi podejmuje próbę, ale coś nie idzie, zaczyna kombinować i stękać. Widzę, że ma spory kłopot. Okazuje się, że idąc od północy może i da się to obejść w sposób sugerowany w przewodniku, jednak w odwrotnym kierunku nie jest to już tak oczywiste i łatwe. Po 10 minutach Igor rezygnuje – zaczynamy szukać alternatywy. Obniżamy się nieco na stronę doliny Furkotnej, trafiamy na jakieś  – tak na oko – “dwójkowe” trudności w zejściu, a skała jest trochę bardziej krucha, niż wcześniej. Kilka trawersów, zejść i podejść z powrotem blisko grani, aż wreszcie po dłuższej chwili docieramy na Niżnią Soliskową Ławkę.

Podejście od południa na Zadnią Soliskową Turnię jest chyba najtrudniejszym fragmentem na całej drodze. Rozpoczynamy od nawieszającego się uskoku, przy którym nie ma w zasadzie żadnych stopni.

Igorowi udaje się zlokalizować – powiedzmy – niezły chwyt, wysoko u góry, po lewej stronie, do którego ja z trudem dosięgam. Nie ma gdzie postawić nogi – Igi zwyczajnie “pociągnął to z buły”, poza tym, ma długie ręce. Ja zaś nie mam takich warunków, nie mam też na sobie butów, które “przykleiłyby się do skały”, a muszę to spróbować zrobić na tarcie, podchodząc nogami jak najwyżej. Startuję. Matko, jak ja się tam srodze namęczyłam, żeby w ogóle dosięgnąć chwytu. W pewnym momencie dostrzegam, że lina wisi sobie radośnie luzem, a ja czuję się bardzo niepewnie, wyrzucam więc z siebie desperackie” “IGI, WYBIERAJ !!!”. Gwałtowne szarpnięcie, lina poszybowała do góry, + 100 punktów do psychy, uff! Obyło się bez sensacji, ale nie bez emocji. Znaczący ścisk pośladków.

Docieramy na “trawiastą platformę” (WHP 724 K), która ewidentnie została przysposobiona do miejsca biwakowego. Niewielki, niemalże idealnie poziomy taras, został oczyszczony i otoczony kamiennym murkiem, formułując odkrytą kolebę, w której mogłyby zmieścić się na leżąco dwie osoby. Z tego miejsca czeka nas wejście mocno nachyloną płytą “przerżniętą pęknięciem”, a potem “bardzo stromą ścianką z dobrymi listwami”. Płytę przechodzimy bez większych problemów, po tym jednak zaczynamy drapać się po głowach. Znowu, nie widzimy żadnego sensownego chwytu, trzeba wyjść z nóg do „niczego”. “I to jest III-ka, hm??” – patrzy na mnie zdziwiony Igor. Po kilku próbach podejmowanych z różnych stron, podchodzeniu z tej i z tamtej, przystawianiu się i wycofywaniu, wreszcie – udaje mu się przewalczyć trudności i ściągnąć mnie do góry.

Na Pośrednią Soliskową Ławkę schodzimy początkowo ściśle granią, docierając do miejsca, którego przejście od północy tak jest opisane w przewodniku: “odchylającą się w lewo rynną, w pięknej wspinaczce na krawędź grani”. Na tejże krawędzi, ponad uskokiem grani, którym prawdopodobnie wiedzie droga w owej pięknej wspinaczce, dostrzegamy rozpadające się, ale też i nieco mniej sponiewierane pętle zjazdowe. Przygotowujemy zatem sprzęt i zjeżdżamy (a raczej schodzimy) do miejsca, gdzie kolejna pętla i karabinek oferują następne stanowisko zjazdowe. Tym razem będzie to pełny zjazd, mało dogodny, bo z solidnym trawersem w lewo.

Wreszcie docieramy pod Soliskowe Czuby, które omijamy tuż poniżej, od zachodu, aby następnie szybko pojawić się na Leskowskiej Przełączce. Stąd początkowo dość stromo, a potem łatwym, trawiastym terenem wchodzimy na Pośrednie Solisko.

Zaczyna doskwierać nam zmęczenie. Jest już po 15stej, nic nie pijemy, nic nie jemy, plecaki nam ciążą niemiłosiernie, często utrudniając i spowalniając każdy nasz ruch, a tym samym – całą akcję.

Na Wielkim Solisku meldujemy się przed 16stą. Jesteśmy już tak umęczeni, że zaczynamy nawet rozważać opcję biwaku pod “kowadłem”. Siedzimy, rozglądamy się, nic już nam sie nie chce. Wg WHP do końca drogi mamy jakieś 2 godziny – już nie zakładamy, że “schodząc pójdzie szybciej”, bo praktyka pokazała nam dzisiaj, że bywa dokładnie odwrotnie. Po dłuższej debacie decydujemy się jednak dokończyć tyle, ile się da. Igi skusił mnie perspektywą zejścia jeszcze tego samego dnia do auta.

Na zejściu przyspieszamy. Cały czas idziemy na lotnej. Wchodzimy na kolejne Soliskowe Kopy (Skrajna, Pośrednia, Zadnia), robi się trochę bardziej krucho, niż na poprzedniej części naszej drogi. Wreszcie, tuż przy Bystrych Turniczkach Igiemu zostaje w ręku pokaźny “telewizor”, który czym prędzej “odkłada” z powrotem na miejsce, ze strachem w oczach. To nas obudziło – podziałało jak kubeł zimnej wody. Ze szczytu do tego miejsca szliśmy jak “na autopilocie” – zmęczenie dawało się we znaki, pojawiło się rutyniarstwo. Zgodnie z opisem, turniczki obchodzimy po stronie Doliny Młynickiej. Nie widzimy sensu docierania na Bystry Przechód tylko po to, aby zaraz cofnąć się z niego z powrotem na szlak. Tutaj kończymy naszą drogę.

Promienie zachodzącego słońca otulają czerwienią wierzchołek Szatana, który nabiera iście diabelskiego wyglądu. Jest już 19sta. W takich oto pięknych okolicznościach przyrody, po krótkim odpoczynku i posiłku, ruszamy w dół, do Szczyrbskiego Plesa. Końcówka dłuży nam się niemiłosiernie, mam wrażenie, że to najdłuższy tatrzański szlak, jakim kiedykolwiek szłam. Na dodatek, samochód zostawiliśmy nie na parkingu, ale niżej, przy drodze głównej, co oznacza dla nas dodatkowe 2 km… Przy aucie jesteśmy po 22giej. Z bólu kolan i stóp mam ochotę wyć! To były prawdziwe dożynki. Ale warto było 🙂

Użyty sprzęt:

Lina 1 x 50 metrów, friendy (rozmiar 0,5 – 5), kości i tricamy (małe i średnie rozmiary – używaliśmy często!), luźne karabinki (10 sztuk), dużo pętli  (średnie i długie taśmy, kevlary, prusy), po 3/4 HMSy na osobę. Haki zbędne.

Zobacz opisaną Grań Soliska w pełnym rozmiarze.

:, ,