Weissmies, 2010

Autor: dnia 2010.08.01

Weissmies, 4023 m, Alpy Pennińskie, Grupa Weissmies
Droga: Trift, PD
Data: 2010.07.10-11

Weissmies miała nas przygotować do kolejnych alpejskich celów podczas tego wyjazdu. Wysoka na niewiele ponad 4 tysiące metrów, wznosi się ponad szwajcarską doliną Saas, mając po przeciwnej stronie dumnie prężący się przed nią Masyw Mischabel – nasz główny cel.

Ale po kolei.
Po 15 godzinach jazdy przyjeżdżamy w sobotę do Saas Grund. I już pierwsza prognoza przesłana przez Jck: „w niedzielę okno pogodowe, potem dupa”. Zamiast 5-godzinnego marszu do naszego miejsca biwakowego, postanawiamy zatem wziąć kolejkę do Hohsaas, aby czym prędzej dostać się na poziom 3 tysięcy metrów i zostać tam względnie jak najdłużej. Zależało nam a) na odpoczynku po podróży, b) przede wszystkim – na aklimaztyzacji.

Namioty rozbijamy nieopodal górnej stacji kolejki, na przygotowanych przez poprzedników platformach. Dookoła skała, lodowców w masywie Weissmies jest o dziwo, niewiele. Po tej stronie doliny, klimat wygląda mało alpejsko, rzekłabym – dość jałowo i „pustynnie”. Jedynie nasza góra zaciekawia swym kształtem i formą – silnie uszczeliniony lodowiec Trift, spływający z jej północno-zachodnich zboczy daje nam wyobrażenie o terenie, który mamy nazajutrz pokonać.

Wyjście o 4.00, jako pierwszy zespół w okolicy. Po przeciwnej stronie doliny, w okolicach Mischabel Hutte widać migające, maciupkie światełka czołówek. „Za parę dni to będą nasze światełka” – pomyślałam.

Po przejściu szerokiego jak spacernik chodnika, po ok 30 minutach dostajemy się na lodowiec. Kolejność ustalona – idę pierwsza, jako czujka szczelinowa.

Boże drogi, męczę się. Powolutku, krok za krokiem, wysokość daje znać o sobie. Żadnych bólów głowy, sensacji żołądkowych czy sraczek – po prostu dyszę i sapię. Czuję, że chłopaki z tyłu najchętniej pogoniłyby mnie dziabą, ale cóż – wystawili mnie na front, to teraz poczekają.

Mijamy jedną, drugą, piątą szczelinę. Wszystko pootwierane, a im podchodzimy wyżej po śnieżnym, lodowcowym plateau, tym robi się ciekawiej.
Docieramy na wysokość seraków opadających spod zachodniego wierzchołka Weissmies. Formacje wielkie jak domy, wznoszące się nad szczelinami, w których z powodzeniem zmieściłaby się katedra. W tym momencie wschodzące słońce zalewa czerwienią naszych sąsiądów: Mischabel, z górującymi Taschhorn, Dom i Lenzspitze, a dalej na południe: Monte Rosę.

Trawersujemy pod zachodnim wierzchołkiem i idziemy dalej, w kierunku szczytu, cały czas podążając w cieniu. W dole, na lodowcowym plateau pojawiają się kolejne zespoły.

Zbliżając się do głównego wierzchołka teren stromieje, na szczęście trafił nam się tylko niewielki fragment pokryty ciemnym jak ziemia lodem – pozostała część drogi oferowała bardzo dobre warunki śniegowe.
Tup, tup, tup, tup, tup, tup….Taktowanie na „raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…”. Zbliżam się do kopuły szczytowej, która z tej perspektywy wygląda imponująco! Miarowe człapanie – przed oczami staje mi finałowa scena z K2, kiedy Taylor i Harold wchodzą na szczyt. Miałam takie samo tempo….z tą drobną różnicą, że nasza akcja toczyła się ponad 4 kilometry niżej….

Wreszcie, w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, stajemy na pustym jeszcze wierzchołku Weissmies.

Rozglądamy się dookoła… „Właśnie po to tu przyjeżdżamy! Ech”. Nieopodal dostrzegamy południowy przedwierzchołek, który tuż pod szczytem pokonują zwykle zespoły robiące trawers góry: startując z Saas Almagell, a kończąc na Saas Grund. Prowadzi na niego dość wąska, ale ciekawie wyglądająca śnieżna grań – postanawiamy tam podejść.

Na miejscu, kilkunastominutowy popas, a w międzyczasie od drugiej strony dochodzą do nas kolejne zespoły, które wybrały trawers.
Po chwili postanawiamy wrócić na szczyt i rozpocząć zejście w dół, tą samą drogą. Słońce zaczyna skutecznie nam dogrzewać. Wczesny poranek, a my już czujemy się jak w saunie. Wysokość 4 tysięcy metrów, a my mamy temperaturę grubo w plusie! Rodem z „Goło i wesoło” zaczynam systematycznie zrzucać kolejne części mojej garderoby. Chłopaki grają twardzieli twierdząc, że po zejściu na plateau na pewno wejdziemy w strefę mroku i będzie, jak w lodówce. Miałam to jednak gdzieś, czułam, że oczy mi zaraz wyparują.

Obawialiśmy się rozmiękłego śniegu na lodowcu i przekraczaniu szczelin – to zawsze jest nieprzyjemny moment. Nic się na szczęście nie wydarzyło. O 10.30 jesteśmy pod namiotami. Zastanawiamy się, co robić dalej… Nadal zależało nam na odpoczynku, ale i na aklimatyzacji. Bilety na kolejkę mamy jednak wykupione „tam i z powrotem”, a pora jest wczesna – podejmujemy zatem decyzję, że zjeżdżamy na dół, jeszcze tego samego dnia. „Klimę już powinniśmy mieć”, rzuciliśmy z małym przekonaniem.
Jak się miało potem okazać – byliśmy w błędzie.

Zobacz również:

Czterotysięczniki alpejskie – info

Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego 🙂

:, , ,