Ważecka Turnia – południową granią, 2010

Autor: dnia 2010.10.19

Ważecka Turnia (Ostrá veža) 2140m, Vysoke Tatry
Droga: południową granią, II/III
Data: 2010.09.14

Do Ważeckiej Turni robiliśmy dwa podejścia, dzień po dniu. Za pierwszym razem stawiła bierny opór, wystawiając przed nas armię mokrych i obrzydliwych porostów, które atakowały nas z każdym krokiem, grożąc niemalże gwarantowaną – jak to mawia Andrzej – dupotłucznią. Poza tym, w powietrzu unosiła się ulewa, czekaliśmy tylko, kiedy gruchnie nam na łeb. Przełęcz pod Siodełkiem gościła nas przez prawie dwie godziny, w ciągu których liczyliśmy na “lepsze perspektywy” i wystartowanie w kierunku Ostrej Vezy (zdobywając w międzyczasie lokalny tatrzański ‚”tryptyk”: Siodełko (2067 m), wraz ze wszystkimi trzema jego wierzchołkami). Niestety, po godzinie 13stej jednak kapitulujemy i schodzimy do Doliny Furkotnej, licząc na dzień kolejny. Nasz cel – jakby chcąc podkreślić swą niedostępność tamtego dnia – zrzuca nam wreszcie na głowy grad i soczysty deszcz. Na kwaterę wracamy mokrzy aż do majtasów.

Kolejnego dnia – nie dając oczywiście za wygraną – ponownie wyruszamy w kierunku grani Ostrej. Słonko świeci, ptaszek śpiewa – nic innego nam nie trzeba! Radośnie i beztrosko schodzimy ze szlaku prowadzącego na Bystry Przechód i uderzamy w kierunku naszej turni. Nagle, z krzaków wyskakuje (to mocne słowo…..) dość pokaźnych rozmiarów filanc, próbując nas zatrzymać. Na poparcie swoich argumentów o konieczności odwrotu wskazuje na ścieżkę prowadzącą na Przełęcz pod Siodełkiem i rzuca: “Pozor! Medved!”. Spoglądamy z niedowierzaniem: “Niedźwiedź?? Bez jaj!”. Ale faktycznie. Tuż nad ścieżką dostrzegamy niedźwiadka, buszującego po południowo-wschodnich stokach Siodełka. „Ale jaja…” – rzucamy do siebie. Wczoraj porosty, grad i ulewa, dzisiaj filanc i niedźwiedź. Nie chce nas puścić, dziewczyna.

Robimy odwrót, dość zrezygnowani. Po chwili na ścieżce pojawia się kolejny filanc, powtarzając to, co już usłyszeliśmy od jego dużego kolegi. Krótka rozmowa, negocjacje w wersji słowackiej, aż w końcu dostajemy zielone światło na wspinaczkę. Wracamy!

Niedźwiedź zniknął gdzieś w kosówkach, ale podchodzimy czujnie pod przełęcz, rozglądając się bacznie dookoła. Na miejscu szybko przebieramy buty, zakładamy uprzęże (lina zostaje jeszcze w plecaku) i ruszamy w kierunku południowej grani, wyprowadzającej początkowo łatwym terenem (I) aż do przełączki pod Ważecką Turnią. Tutaj spotykamy pierwszą poważną trudność: “trójkową” płytę przechodzącą w odbijającą w prawo nyżę, aż na półkę skalną, gdzie zakładamy stanowisko. Obiektywnie rzecz ujmując – płyta nie jest nazbyt trudna, jednak w tamtym momencie była całkowicie mokra. W ruch poszły haki, których nawet nie myśleliśmy ze sobą brać.

Ze skalnej półki odbijamy trawersem w lewo, po kolejnej płycie, żeby w końcu wejść w rynnę wyprowadzającą na południowy wierzchołek Ważeckiej Turni. Znajdujemy tam dwie pętle do zjazdu, z których korzystamy przy budowaniu stanowiska. Dalej, schodzimy na przełączkę pomiędzy wierzchołkami, i prostym już, trawiastym terenem, podchodzimy na północny wierzchołek, skąd zjeżdżamy 50 metrów (brak stanowiska zjazdowego: zjeżdżamy z trzech pętli, z czego jedna już tam była, pozostałe dwie zabieram, zjeżdżając jako ostatnia). Po zjeździe, obchodząc południową grań po stronie Doliny Suchej, podążamy nieco trudnym, a w większości raczej łatwym terenem, z powrotem w kierunku Przełęczy pod Siodełkiem. Powrót Doliną Furkotną. Tym razem Turnia puściła, choć mieliśmy wrażenie, że broniła się, dziewczyna, nad wyraz mocno 😉

Użyty sprzęt:

lina 2 x 50m, kilka długich i bardzo długich pętli, friendy (rozmiary 0,5 – 5), małe kostki, luźne karabinki, ekspresy. Haki (i młotek) użyte z uwagi na mokrą skałę (“na sucho” raczej nieprzydatne).

:,