Triangle du Tacul, 2011

Autor: dnia 2011.08.12

Triangle du Tacul, 3970 mnpm, Alpy, Masyw Mont Blanc
Droga: Contamine-Grisolle, AD
Data: 2011.07.26

Niech to szlag!!!

Ten cholerny komin na Arête des Cosmiques był wisienką na torcie na całej tamtej drodze, która przecież nie przyszła nam znowuż tak łatwo. I mimo, iż teraz czujemy niemałą satysfakcję, to biorąc pod uwagę różne okoliczności i ówczesne wydarzenia odnoszę wrażenie, że to było chyba jakieś voo-doo. Dlaczego akurat teraz musiałam skręcić kolano?? Złośliwość losu. Zalewają  mnie na przemian, fale złości, frustracji i rozpaczy. Chłopaki próbują mnie pocieszać sugerując, że przecież  mogę “siedzieć na dole i wysyłać im pogodę” (gady przebrzydłe), jednak fakt jest faktem: lewa noga wygląda nienaturalnie, kolano jest spuchnięte jak bania, a jego smutny widok skutecznie oddala ode mnie wizje dalszego wspinania podczas tego wyjazdu i każe myśleć o wakacjach nad morzem.

Zjeżdżamy kolejką z Aiguille du Midi z powrotem do Chamonix. Od razu atakuję aptekę, wyjaśniam miłej pani co mi dolega, kupuję chłodzący żel na skręcenia i zaczynam kurację – w planach mamy bowiem powrót na lodowiec za kilka dni. Jest piątek, a  prognozy jednoznacznie wskazują na okno pogodowe w kolejny wtorek. Zdecydowaliśmy, że zrobimy szybki atak i powrót, bez namiotów, bez śpiworów, a – dla odmiany – z noclegiem w schronisku Cosmiques (35 EUR/os ze śniadaniem, nie uwzględniają żadnych zniżek “klubowych”). Naszym celem ma być Triangle du Tacul – uznawana za północną ścianę Mont Blanc du Tacul.

I co ja mam teraz zrobić…?

Weekend spędzamy na ogólnie pojętym melanżowaniu i odpoczywaniu. W Chamonix oczywiście leje – zdążyliśmy już przyzwyczaić się do tego. Zostajemy stałymi bywalcami miejskiej pralni oraz knajpki z dostępem do WiFi. W poniedziałek wjeżdżamy ponownie kolejką na Midi (42 EUR /os w obie strony), ja zaopatrzona po zęby w środki przeciwbólowe – na wszelkie aby. Ustaliliśmy, że pakujemy się tylko do dwóch plecaków, tym samym panowie pozwalają mi odciążyć nogę. Poza tym, jeżeli jednak będzie źle, to postanowiłam poczekać na chłopaków w schronisku. Skoro mam siedzieć na tyłku, to wolę w ładnej scenerii.

Na miejscu rozmawiamy z gospodarzem o warunkach. Okazuje się, że droga na Triangle, na którą się finalnie zdecydowaliśmy (Contamine-Grisolle) wygląda dobrze, problematyczne jest natomiast zejście. Po niemalże dwóch tygodniach regularnych opadów droga zejściowa, która biegnie północno-zachodnią ścianą Mont Blanc du Tacul, jest w zasadzie postrzegana jako “nieczynna”. Ogromne ilości świeżego, nie związanego śniegu oraz bardzo lawinowy charakter tej ściany uczyniły przejście nią niezwykle ryzykownym przedsięwzięciem, na które nikt nie chciał się zdecydować. Pytam o alternatywy, rzucając kilka propozycji dróg. “Zjedźcie rynną Chéré – w tych warunkach to najbezpieczniejsza opcja” – słyszymy w odpowiedzi. Mamy zatem plan i zamierzamy się go trzymać.

Śniadanie zamawiamy na 3.00. Jest dość marne – jak to we Francji. Czuję, że z nogą dalej kiepsko, ale funkcjonuje lepiej niż “na dole”. Liczę, że zimne powietrze wpłynie na nią korzystnie, upewniam się też, że wszyscy akceptują świadomie mój udział w akcji, ze wszystkimi jego potencjalnymi konsekwencjami. Po krótkiej dyskusji, decydujemy wspólnie, że idę – ruszamy zatem o 4.15. Prowadzi Igor, ja bez plecaka i “na drugą”, Pawłowi zaś przypada w udziale zbieranie całego szpeju po drodze.

Contamine-Grisolle to droga o mikstowym charakterze, długa na 350 metrów, ze średnim nachyleniem 55 st (max 60 st). Wejście w nią jest ewidentne – prowadzi na przełamaniu ścian północnej i północno-wschodniej Triangle du Tacul. Początkowo – po minięciu całkiem pokaźnej szczeliny brzeżnej – wiedzie ukośnie w prawo stromym, śnieżnym zboczem przez ok 150 m, które kończy się wąską lodową rynną, biegnącą na prawo od potężnego, zaklinowanego bloku. Jak na razie, warunki mamy dobre, jest bardzo twardo, miejscami lód pokrywa jedynie delikatna warstewka śniegu. Przed rynną zakładamy pierwsze stanowisko (stałe punkty po prawej). Igi mocuje się z rynną, kawałki lodu lecą nam na głowę. W międzyczasie wschodzi słońce – niewiele będziemy go mieć tego dnia…

0 Triangle du Tacul, 2011 Triangle Mont Blanc du Tacul Mont Blanc Alpy

Ponad rynną czeka nas najciekawszy i zarazem najtrudniejszy odcinek drogi – dwa mikstowe wyciągi z kilkoma naprawdę interesującymi momentami, przy których trochę się nastękam. Początkowo Igor chciał to zrobić z lotną asekuracją, po chwili jednak zorientowaliśmy się, że będzie to zbyt ryzykowne. Szybko zatem wpinam jego linę w stanowisko i przyrząd.

Dalej wychodzimy w nieco mniej nachylony, ale bardziej wylodzony niż dolna część drogi teren. Słońce nam nie przygrzewa, niebo pokrywają niemalże w całości wysokie chmury, na zachodzie zaś gromadzą się kumulusy. “O ho, po południu cos będzie” – myślę w duchu. Zbliżamy się do końca naszej drogi: jest nią dość szeroka rynna biegnąca lekko ukośnie na lewo i wyprowadzająca na skalną grań Triangle. Stamtąd już początkowo skałami, a finalnie śnieżnym terenem w kierunku wierzchołka “Trójkąta”.

0 Triangle du Tacul, 2011 Triangle Mont Blanc du Tacul Mont Blanc Alpy

Spoglądamy jeszcze na zegarek i w kierunku Mont Blanc du Tacul. Przez chwilę rozważaliśmy pomysł podejścia na szczyt, do którego stąd mamy jakieś 300 metrów. W perspektywie jednak mamy ok 10 pięćdziesięciometrowych zjazdów, a jest już wczesne południe, tak więc bardzo szybko zarzucamy ten pomysł.

Stanowisko zjazdowe znajdujemy nieco poniżej wierzchołka Triangle (orograficznie na prawo). Przygotowujemy się do pierwszego zjazdu. Wiążemy dwie żyły, Igi jedzie pierwszy, ja ostatnia. To dla mnie zawsze najbardziej stresujący moment podczas całej akcji: kiedy muszę prowadzić linę tak, aby ją potem łatwo ściągnąć, bez zaklinowania. Dojeżdżam do chłopaków, rozwiązuję się i zaczynamy. Nie poszło nawet 10 metrów, jak lina utyka. “Nie, tylko nie to…” – jęknęłam. Paweł ciągnie mocniej, raz jedną, raz drugą żyłę – wreszcie, puściła. “Yessss!” – rzuciliśmy pod nosem. Rozpoczyna się luźna dyskusja, lina schodzi… Nagle, moim oczom ukazuje się kołtun na jednej z żył. Kiedy wreszcie mam go w swoich rękach, mina mi rzednie… “Panowie…to mamy już tylko jedną linę” – rzucam beznamiętnie. “Ożesz k…” – słyszę w odpowiedzi. Rdzeń pękł :-/ i to mniej więcej w 1/3 długości. Nie wiemy, co się wydarzyło u góry, żeby taka lina zwyczajnie pękła, jednak fakt jest faktem: sznurek jest bezużyteczny. Sprawa zjazdów zaczyna się zatem komplikować, teraz nasze możliwości zmalały o połowę, maksymalna długość zjazdu to już nie 50, a 25 metrów. Rynna Chéré  jest ubezpieczona w dolnej jej połowie (czyli tam, gdzie jest najbardziej nastromiona), jednakże długości od stanowiska do stanowiska wynoszą ok 50-60 metrów. Oznacza to, iż musielibyśmy zakładać stanowiska pośrednie, co w takim terenie kosztowałoby nas sporo sprzętu, i to nie tylko taśm i prusów. “Jakiś pomysł?” – Igi spogląda na mnie pytająco. “Nic, jedziemy zatem na tą stronę” – i pokazuję na północno-zachodnią ścianę Mont Blanc du Tacul. Opcja ta jest dla nas zagadką – wiem, że przy dobrych warunkach to regularna droga zejściowa tak z Triangle, jak i z samego “Tacula”, jednakże teraz mamy tam bardzo lawiniasto, nie wiemy również jak wygląda sprawa seraków w dolnej części ściany. Na horyzoncie robi się coraz bardziej biało, chmury podchodzą z doliny coraz wyżej. Mamy jakieś 1,5 – 2h, zanim stracimy widoczność. “Dobra, koniec dywagacji, jedziemy! Poniżej widzę jakiegoś prusa, stamtąd zjadę” – decyduje Igor.

To było bardzo długie popołudnie. Szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy na regularnej drodze zjazdowej. Igor za każdym razem  jechał jako pierwszy, wypatrując kolejnych punktów, w których były już założone stanowiska przez poprzednie zespoły. Widać jednak, nasi poprzednicy mieli ze sobą linę 60 metrów, bo kilkukrotnie brakło nam kilka metrów do kolejnego stanowiska, nie zawsze w bezpiecznym terenie. Dwa lub trzy razy musieliśmy dołożyć coś swojego (choć jak mówi praktyka, powinniśmy to robić za każdym razem, bo taśma tańsza niż trumna), kiedy stanowisko wyglądało licho.

Minuty i godziny upływają, a my nadal jesteśmy w ścianie. Im jesteśmy niżej, tym teren robi się coraz bardziej grząski. Zjazdy idą nam bardzo sprawnie, każdy wie, co ma robić i w jakiej kolejności, jednak końca nie widać. W przenośni, i dosłownie – kiedy zbliżamy się w rejon bezpośredniej bliskości seraków (co za widok!), wszystko spowijają chmury. “No tak, dojeżdżamy do seraków nie wiedząc, co dalej, i właśnie teraz gaśnie światło…” – konstatuje z rezygnacją Igi. Myślę sobie, że może to i dobrze – nie będziemy widzieć, co mamy nad głową. Raz, na jakiś czas, kiedy widoczność podnosi się do 20-30 metrów i spoglądamy na te lodowe katedry, które mamy nad głową za każdym razem słyszę z dołu od IgoraO k….!”. Wreszcie, dojeżdżamy do terenu, który wydaje nam się być już finałem tej historii. Jeszcze tylko trawers pod północną ścianą, dojście do wylotu rynny Chéré, ostatni zjazd wzdłuż podejścia pod nią (mocno wylodzony odcinek) – i jesteśmy na dole! Po prawie 20 zjazdach.

Szczęśliwi, zmierzamy do schroniska, gdzie postanawiamy zostać jeszcze jedną noc – ostatnia bowiem kolejka do Chamonix właśnie pojechała. Rano wracamy na dół. To powoli koniec naszych 3 tygodni w Alpach.

Użyty sprzęt:

Dwie liny połówkowe 50 metrów (60 metrów nie zawadzi), pełny zestaw friendów (0,5 – 5), śruby lodowe, luźne karabinki (ok 7-10), ekspresy, dużo długich pętli (taśmy, prusy, kevlary), przydać się może również podstawowy zestaw haków (w razie „W”), po 3/4 HMSy na osobę, dwa techniczne czekany na osobę, raki.

Zobacz również:

Mont Blanc du Tacul, 2009 – relacja

Część zdjęć (*) oraz filmy dzięki uprzejmości Pawła icon smile Triangle du Tacul, 2011 Triangle Mont Blanc du Tacul Mont Blanc Alpy

:, , ,