Szatan, 2009

Autor: dnia 2009.09.04

Szatan (Satan), 2422 m, Tatry Wysokie
Droga: Młynicka Dolina- Szatania Przełęcz, I
Data: 2009.08.22

Po spektakularnym wycofie z Doliny Staroleśnej dnia poprzedniego (pragnienie wygrało ze wspinaczkowymi ambicjami) i upojnym browarniczo wieczorze spędzonym na parkingu w Novej Lesnej, dzień kolejny zaczęliśmy przede wszystkim z niemałym kacem. Plany oczywiście były ambitne (w nocy padła propozycja wejścia na Wielkie Solisko drogą za II/III), ale poranek szybko je zweryfikował. Dodatkowo prognozy na ten dzień nie były pomyślne – w okolicach południa miało ostro lunąć. Koniec końców część ekipy wylądowała w Starym Lomie (Tatrzańska Kotlina) bijąc haki i lecząc kaca, natomiast ja i jck postanowiliśmy, że urobimy cokolwiek szybkiego, byleby nie musieć się wspinać. Padło na Szatana.

Jak na wprawnych i doświadczonych turystów tatrzańskich przystało, z parkingu w Szczyrbskim Plesie wyruszamy bardzo wcześnie, tj. o 9:30. Po 1 godzinie i 15 minutach jesteśmy już przy Stawie nad Skokiem. Podeszliśmy nieco dalej, w okolice Niżniego Koziego Stawu i tam szukamy naszej drogi wejściowej. Po drodze, w samochodzie jck czytał opis, a ja w pełnym zaufaniu miałam zamiar iść za nim, jak za księdzem. I tak też się stało. Dopiero na zejściu mieliśmy się zorientować, że pomyliliśmy drogi.

Wybieramy żleb wyprowadzający pod Diablowinę. Początkowo prowadzi przyjemną, wydeptaną ścieżką po trawkach, póżniej zamienia się w kruchy i złomiasty teren. Ewidentnie, mało kto tu zagląda, po drodze znajdujemy może ze 2-3 kopczyki, generalnie trasa się nam sypie pod palcami. Przyznać jednak trzeba, że wysokość zdobywa się tu szybko.

Trawersujemy pod Diablowiną i wychodzimy na Szatanią Przełęcz. W międzyczasie zaczyna kropić, skały robią się mokre i śliskie (porosty, I love it…), a my oczywiście nie mamy szpeju, bo i po co? To ma być droga za 0+, więc obraliśmy opcję turistas. Do wierzchołka pozostało 10, może 15 minut, jck puszcza mnie pierwszą, a ja oczywiście zamiast wybrać drogę ewidentną, pakuję się w jakieś eksponowane fragmenty, gdzie zaczynam rzeźbić i stękać. Wchodzę na grań, a tam gładź i ślizgawka. Gdyby to pociągnąć do końca, byłoby ciekawie, ale nie mamy sznurka, pada, i buty średnio się skały trzymają. Odbijamy zatem w prawo i wracamy na normalną drogę, wariantom dziękujemy, Mooliczek pokornie wraca na drugiego.

Po chwili jesteśmy na pierwszym, północnym wierzchołku Szatana. Dookoła nic nie widać, mleko totalne. W oddali słychać odgłosy nadciągającej burzy, zaczynamy mieć wątpliwości, którędy zejść. Droga, którą weszliśmy nie będzie w deszczu prezentować się nazbyt ciekawie, postanawiamy zatem przejść na wierzchołek główny, a stamtąd ryzyk-fizyk, granią w dół. Szybko jednak znajdujemy ścieżkę prowadzącą nas w trawiasto-kamienny żleb, z radością witamy perspektywę zejścia z grani w takich okolicznościach pogodowych. Dopiero tam orientujemy się, że droga, którą schodzimy miała być naszą drogą wejściową (jck pilnie odrobił lekcję czytania opisu drogi ze zrozumieniem, a ja łażenia za nim, jak cielę). W pewnym momencie dopada nas gradobicie, ale z uśmiechniętymi michami schodzimy dalej. Lać ma już do końca, szybko tracimy ostatnie suche elementy naszej garderoby. Trzymając portki w garści, co by nie zleciały, odbijamy w prawo i schodzimy zachodem z powrotem nad Niżnie Kozie Pleso. Wracamy, jak przyszliśmy, Doliną Młynicką. Przy samochodzie jesteśmy po 6 godzinach i 45 minutach marszu.

Zobacz również:

Czerwony Żleb- trawers Szatana- relacja

:, ,