Szarpane Turnie, 2012

Autor: dnia 2012.05.30

Szarpane Turnie (Ošarpance), 2340 m, Vysoké Tatry
Droga: południowo-wschodnią granią, przez komin Komarnickich, III
Data: 2012.05.19

Sobotnia wizyta w Dolinie Złomisk była bardzo ciekawym doświadczeniem. Mentalnie nie mogłam się przekonać do tego pomysłu pamiętając naszą wycieczkę na Wysoką w 2009. Wtedy to powrót nad Popradzkie Jezioro po zmroku w warunkach quasi-zimowych nie można było nazwać inaczej, jak zwyczajną rzeźnią. Po prostu “nogołamacz”. Nasz obecny cel wydał nam się jednak na tyle ciekawy i honorny, że mimo stale zalegającego śniegu w dolinie w połowie maja i prognoz na ponad 25 st C, zdecydowaliśmy się na wyjazd.

Kraków opuszczamy we trójkę około 2.00, o 5.30 ruszając zaś z parkingu w Popradskim Plesie. Po drodze udaje nam się załapać na darmowy transport, kiedy to kierowca dowożący pieczywo do schroniska – w trosce o nas przed krążącym ponoć przy drodze niedźwiedziem – zabiera nas na tył swojego transportera i dowozi pod same drzwi Chaty. Pogoda zapowiada się piękna, żwawym więc krokiem ruszamy i szybko zmierzamy w głąb doliny. Powyżej Złomiskiej Rówieni śnieg leży już wszędzie i jest wspaniale “zbetonowany”, toteż moje wcześniejsze obawy giną gdzieś na progu Złomiskiej Zatoki.

Namierzamy Smoczy Szczyt jako, że był naszym celem na tamtą chwilę. Po wstępnych oględzinach obranej drogi dochodzimy jednak do wniosku, że to jeszcze nie te warunki. Decydujemy się zatem na zmianę planu i uderzamy w kierunku Szarpanych Turni. Przewodnik Galfy’ego podaje czas 2,5h, po drodze rzucam więc wesoły pomysł, że w takim razie “jak starczy nam czasu to możemy jeszcze granią wejść na Smoczy” na co chłopaki przystają ochoczo… He he. Ale z nas jajarze. Kryzysie…

Prowadzenie w kominie Komarnickich przypada Igorowi. Obwiesza się szpejem, gęba uśmiechnięta od ucha do ucha. Nie wie jeszcze, jak bardzo to, co za chwilę go czeka odstaje od wyobrażeń, jakie wszyscy mieliśmy patrząc na komin. Oczywiście, z dołu wyglądał całkiem dobrze: suchy, zachęcający, nawet początkowy mrok szybko przestał być odstręczający. W eter idą – z dzisiejszej perspektywy wesołe – hasła w rodzaju: “e, schody”, “idziemy na lotnej”, “raki niepotrzebne”, “wygląda zajebiście”, itp.

Z Łukaszem grzejemy się w porannym słonku, Igor atakuje. Sprawia wrażenie mocującego się solidnie z terenem, w jakim się znalazł. Spoglądam nań pytająco i badawczo… Przecież to “trójkowy” teren. Z tyłu słyszę, jak Łuki rzuca: “przebiegniemy to w trekach” i mimo obrazu, któremu przyglądam się z coraz większym zainteresowaniem, rzucam w odpowiedzi krótkie: “Jasne.” W pewnym momencie Igor zaczyna na głos wyrażać emocje, które nim targają serwując piękny zestaw kuchennej łaciny. Patrzę, jak podejmuje próby zakładania kolejnych przelotów. W pewnym momencie, po rzuceniu kolejnego przerywnika, wyjmuje dziabę i zaczyna nią uderzać skałę. “Co jest???” – patrzymy z Łukaszem po sobie ze zdziwieniem. Ku naszemu zaskoczeniu, w dół zaczynają lecieć kawałki lodu. Komin w tej części jest pokryty glazurą, a gdzie tej nie było – skała okazała się być mokra i śliska. Oczywiście w tzw. miejscach kluczowych. Tego jednak nie mogliśmy dostrzec z dołu…

Mijają kolejne kwadranse. Nadchodzi moment, kiedy ruszam i ja, jako że idziemy z “lotną” asekuracją. Fatal error. W najwęższym chyba miejscu klinujemy się we dwoje, a dalej droga nie chce Igora puścić. Widzę, jak jego polar cały nasiąka spływającą wodą, zaś moja “puchówka” zaczyna pachnieć mokrym psem czy inną kurą. Dochodzi do nas Łukasz, równie zdziwiony jak my tym, co właśnie udało mu się przejść. Podejmujemy decyzję, że przejmie prowadzenie – liczymy, że jego bardziej “miękkie” obuwie okaże się w tych warunkach skuteczniejsze. Nasze bowiem alpejskie buciory nie zdały się tu na nic bez raków. Po mało estetycznym, wręcz niezgrabnym przeciskaniu się między sobą jak w kolejce na Kasprowy udaje się nam wreszcie wypuścić Łukiego na prowadzenie, który po bohaterskiej walce pokonuje tą część komina i dochodzi do pierwszego stanowiska. Za nim rusza Igor, ja na końcu. To było mało przyjemne… “Co to w ogóle za warunki??? Jasna cholera. Będzie jazda…” – rzucam z niedowierzaniem.

Łukasz kontynuuje. Teren ponad pierwszym stanowiskiem wydaje nam się jeszcze prostszy (sic!) niż wydawała się dolna część komina.

Mieliśmy rację. Wydawało nam się.

Sądziłam, że faktycznie, odcinek który nas czekał pozwoli nadrobić stracony wcześniej czas, bo wyglądał na łatwiejszy i pewnie przeszlibyśmy go w miarę szybko i sprawnie. Rzeczywistość okazuje się jednak nieco inna: utykam przy kluczowym miejscu znajdującym się niewiele pod drugim stanowiskiem, nawieszającym się mini-prożkiem. Chłopaki jakoś go przewalczyły, ja zaś nie mam koncepcji z której strony w ogóle do tego podejść. Jest cały mokry, a pod nim zalega śnieg i glazura. Nie potrzeba wiele czasu na to, by noga mi ujechała w tym szajsie – buty nie trzymają, zaliczam piękną huśtawkę. Igi na szczęście wyłapuje mnie bez problemu.

Przy kolejnym kluczowym miejscu znowu drapię się po głowie: kilkumetrowa stroma ścianka, kiepskie chwyty i stopnie bo wszędzie mokro, o tarciu można zapomnieć. “I czego tu się teraz złapać???”. Koniec końców, chwytając się niczego i stając chyba w powietrzu wychodzę ponad trudności, stękając tak, że aż chyba nie przystoi choć konwenanse są mi dość obce, a z formą i techniką chyba nie najgorzej…

Ostatni odcinek komina oferuje nam już tylko jeden trudniejszy moment, aż wreszcie wychodzimy na rampę poniżej wielkiej spękanej płyty, opadającej na południe z Małej Szarpanej Turni w kierunku Rumanowej Kopki. Patrzymy na zegarki. 5 godzin. Po prostu jakieś jaja. Myślę, żeby zjeżdżać. Niby grań powinna być sucha, ale nie wiem już, czego można się tam teraz spodziewać. Po krótkiej dyskusji decydujemy się jednak na kontynuację. Łukasz chce, może i idzie dalej.

Ponad rampą wchodzimy do dość szerokiej rynny, która zwieńczona jest pionową ścianką. WHP wskazuje “na prawo” – ominąwszy ściankę po stromej płycie. My leziemy oczywiście na lewo, po owej ściance. Trudnawo, rzekłabym. Dalsza droga jest naprawdę piękna. I choć warunki oraz obuwie, które mieliśmy na sobie odebrało nam wiele z oczywistej przyjemności, jaką można czerpać z jej przejścia to i tak doceniliśmy każdy jej odcinek. Piękne płyty, pęknięcia i rysy, wiele miejsc do przejścia na tarcie, zjazdy, a i koń (czy raczej płetwa) się trafi. Trzeba jednak przyznać, że całość okazała się być w tamtym czasie bardzo zajmująca. Nie przewidzieliśmy tego.

Siedząc na Pośredniej Szarpanej Turni bijemy się z myślami. Jest już naprawdę późno. Za późno na dokończenie grani. “Wielką Szarpaną” musimy zostawić na inną okazję. Pytanie powstaje zatem: jak zjechać? Drogą wejścia? Czytam WHP – jest obejście “Wielkiej” do Szarpanej Przełączki, stamtąd prowadzi już droga w teoretycznie łatwym terenie, aż do Złomiskiej Zatoki. Na “Pośredniej” dokładamy więc swoją pętlę do znalezionego tam stanowiska, a Igor jedzie jako pierwszy, na Wyżnią Szarpaną Szczerbinę. Zjazd na stronę Rumanowej Dolinki okazuje się dość nieprzyjemny, kończąc się kilka metrów poniżej Wyżniej Szczerbiny. Tam podchodzimy i myślimy, co dalej, spoglądając co chwila w kierunku Wysokiej, za którą zaraz miało skryć się zachodzące już słońce, zabierając ze sobą ostatnie promienie tego dnia. Uczucie niemalże, jak na filmach o wampirach.

Tutaj zaczyna się mała epopeja. Nie zwalniając liny kontynuuję zjazd z „Pośredniej”, poprzez Wyżnią Szarpaną Szczerbinę, wzdłuż południowo-zachodniej ściany najwyższej turni w grani. Kilka metrów poniżej szczerbiny znajduję zardzewiałe kolucho i hex, co posłuży nam za kolejny punkt zjazdowy po zabezpieczeniu go prusem. Z drugiej żyły zakładam kolejny zjazd, przepinam się z jednej liny na drugą, tamtą zostawiając chłopakom. Jadę dalej, do podstawy bloku szczytowego „Wielkiej”. Zatrzymuję się u wylotu śnieżnej rynny opadającej stąd ku Złomiskiej Zatoce, podciętej kilkudziesięciometrowym urwiskiem. Tu też biegnie końcówka drogi Motyki, prowadzącej docelowo na Wyżnią Szarpaną Szczerbinę. Ogarnia mnie niepokój. Szansa na znalezienie czegokolwiek do zjazdu w tej rynnie, wypełnionej całkowicie śniegiem, jest nikła. Chcę przetrawersować w kierunku Smoczego Szczytu aby dostać się w łatwiejszy teren, jednak po krótkiej acz burzliwej wymianie zdań z Igim wpinam się z powrotem w przyrząd zjazdowy i jadę dalej w dół.

Aż lina się kończy.

Nic nie znajduję. Zapada zmrok.

Nie mam też czołówki. “Głupia babo Ty!” – ubliżam sobie w myślach. Musiała zostać w domu. Teren do asekuracji  jest żaden. Zarzucam pętlę wokół kiepskiego do tego celu bloku skalnego, która trzyma mnie “na słowo honoru” i wchodzę w fazę oczekiwania na moich współtowarzyszy. Stojąc na jednej nodze, jako że spod drugiej wszystko wyjeżdżało, starałam się nie myśleć o tym, jak boli mnie kolano, i że w zasadzie to nie mogę liczyć na lewą kończynę dolną w tym momencie. Mija mi właśnie 38 godzina bez snu, zaczynam “odpływać”. W pewnym momencie nawet zasypiam na ułamek sekundy i tracę równowagę. Pętla i moje “auto” zadziałały.

Wreszcie dojeżdża do mnie Igor. Jako, że kontynuacja rynną wydaje się być zadaniem karkołomnym, decyduje się odbić w prawo i tam szukać możliwości przetrawersowania w łatwiejszy teren. Powietrze długo wypełnia dzwoniąca w uszach, niczym nie zmącona cisza, widzę tylko sporadycznie błyskające w moją stronę światło czołówek Igora (z boku) i Łukiego (z góry). Wreszcie, słyszę bicie haka. W takim terenie i takich momentach, to najprzyjemniejszy dźwięk, jaki można usłyszeć. Uśmiecham się pod nosem. Łukasz dojeżdża do mnie i dołącza do Igora, któremu udało się zbudować stanowisko. Parę minut później jesteśmy już w komplecie. Kolejno, jedziemy skośnie w prawo, wzdłuż pd-zach ściany Szarpanych Turni.

Wydawało nam się, że dotarliśmy do drogi zejściowej z Szarpanej Przełączki. Jedno za drugim w dużych odstępach, przemieszczamy się zatem dalej na prawo, w kierunku podstawy Smoczego Szczytu, skąd trawersując pod ścianami Wysokiej liczymy na dotarcie do górnych partii Złomiskiej Zatoki. W ciemności jednak nie dostrzegamy, że zjechaliśmy ciut za nisko i że droga której szukaliśmy biegła kilkadziesiąt metrów ponad naszymi głowami. Obrany przez nas kierunek wyprowadził w efekcie do ujścia wybitnego śnieżnego żlebu. Nie chcąc już jednak kombinować, decydujemy się na zejście nim wprost do Zatoki licząc, że nie napotkamy tam żadnego bonusowego progu. Szczęśliwie, nie było już więcej niespodzianek.

Ledwo żyjemy. Zero jedzenia, picia, spania. A przed nami jeszcze “Złomiska”… po ciemku. Ja bez czołówki w bezksiężycową noc. Sprawdziły się moje czarne – dosłownie – wizje.

Powrót był karczemny. Błądziliśmy w kosówce na zmianę z kąpaniem się w rwących potokach płynących doliną, których dobę temu jeszcze tu nie było. Ot, wiosna. Przed 4.00 nad ranem lądujemy w schronisku. Mózgi wyłączają nam się na ławkach w holu, po zrzuceniu plecaków. Przysypiamy.

Budzimy się na zmianę, nawołując do wymarszu – daremnie. Wszak chcieliśmy zdążyć przed parkingowym! Niechętnie, po niespełna godzinie letargu, ruszamy “asfaltówą” w kierunku samochodu. Po drodze “zasypiam” w marszu dwa razy, lądując niemalże w rowie. Szczęściem, Igi łapie mnie za rękaw w ostatniej chwili.

Tak oto “Szarpane Turnie – part 1” kończy się dobę po rozpoczęciu. Docieramy do auta i odjeżdżamy parę kilometrów, zatrzymując się w najbliższej możliwej zatoczce. Tam, w sekundzie oddajemy się w objęcia Morfeusza.

Część zdjęć dzięki uprzejmości Łukasza 🙂

:,