Świstowy Szczyt – południowo-wschodnią granią

Autor: dnia 2010.09.26

Świstowy Szczyt (Svišťový štít), 2383 m, Vysoke Tatry
Droga: Południowo-wschodnia grań, IV/V (miejsca)
Data: 2010.09.12

Wycieczka na Świstowy Szczyt była pierwszą i jedyną akcją podczas tego kilkudniowego wyjazdu w Tatry, która toczyła się w pełnym, wrześniowym słońcu i od początku do końca można ją było nazwać przyjemnością. Przyjechawszy na Słowację nie wiedzieliśmy, jakie zastaniemy warunki w górach, gdzie zalega śnieg i na co będziemy mogli sobie pozwolić. Wybraliśmy wspólnie zatem łatwą graniówkę wyprowadzającą na szczyt, na którym nas jeszcze nie widziano.

Szybko docieramy do Zbójnickiej Chaty i po przyswojeniu pół litra – capovanej kofoli 😉 – ruszamy w kierunku Świstowego Grzbietu.

Południowo-wschodnia grań to teren na ogół łatwy (z momentami wspinaczki o trudnościach I-II) jeśli obejść skalne progi, znajdujące się po drodze. My tu jednak w celach ćwiczebnych, postanawiamy zatem przystawić się do nich (kluczowe w ilości dwóch, o wycenie V i IV).

Pierwszy próg ma ok. 20 metrów wysokości i wyprowadza na Pośrednią Świstową Kopę. Zgłosiłam się do prowadzenia, bo chciałam się wreszcie wstrzelić w jakąś tatrzańską V-tkę. Oczywiście, po przejściu jednego czy dwóch miejsc o takiej trudności g… można sobie wyobrazić, jednakże wyszliśmy z założenia, że od czegoś trzeba zacząć. Po założeniu stanowiska (z prawej, dogodna rysa), Igi wpiął mnie w przyrząd i usłyszałam, że mogę iść. Nad głową, w małym pęknięciu wbiliśmy haka jako pierwszy przelot, gdyż nie było to dobre miejsce do założenia czegokolwiek. Patrzę, rozglądam się i myślę, jakby to ugryźć. Słyszę od Andrzeja: “Podpowiedzieć, czy nie chcesz?”. Zdecydowanym głosem odparłam, że ambicja ambicją, ale czasu szkoda, więc ten jeden raz mogę przyjąć podpowiedź 😉 “Od prawej” – słyszę. Myślę sobie “Hm.” Przyglądam się bliżej, a tam na wysokości mojego kolana, krawądka długa może na 5 cm, szeroka na 1 cm. “No dobra, już mi się podoba”. Przystawiam się. Trochę stękam, ale przechodzę to. Idę dalej, aż dochodzę do jedynego stałego punktu asekuracyjnego na tej drodze  (dwie kotwy, nowa i stara, w odległości ok 1,5 metra od siebie). Tam zakładam stanowisko i ściągam do siebie, najpierw swój plecak (buła pracuje, ale okazało się, że patent z pozostawieniem go na dole i wciągnięciem potem do góry jest rewelacyjny, jeżeli teren jest wystarczająco „zpionizowany”), potem Andrzeja i Igiego. Ten pierwszy leci dalej, pozostawiając nam do rozpracowania samym dalsze wspinaczkowe problematy drogi.

Po drodze pojawia się jeszcze jeden, ciekawy, “czwórkowy” próg, niższy od poprzedniego, jednak lekko wypychający. Tutaj już zakładam ponad głową frienda (3-kę), tradycyjnie trochę stękam, chwytam się pazurami jakiejś krawądki i wciągam tyłek do góry (dla doprecyzowania podam, że Igi, jako mężczyzna – a tym samym bliżej spokrewniony z małpą – sięgnął swymi długimi łapskami ponad trudności, gdzie powitała go radośnie solidna klama).

Dalej, łatwym już terenem, chowając szpej po drodze, wczłapujemy wesoło na wierzchołek główny Świstowego Szczytu.

Zejście do Dzikiej Kotliny w terenie bez trudności, aż do osiągnięcia niebieskiego szlaku prowadzącego z Rohatki. To był miły początek cyklu “Tatrzańskiej edukacji eksploracyjnej” 🙂

Użyty sprzęt:

Lina 2 x 50 m, kilka dłuższych pętli, friendy (rozmiary 1-5), haki i młotek (wyłącznie na pierwszy próg), luźne karabinki, podstawowy zestaw kości.

:,