Staroleśny Szczyt – drogą Tetmajera, 2011

Autor: dnia 2011.08.26

Staroleśny Szczyt (Bradavica), 2476 m, Vysoke Tatry
Droga: granią od Polskiego Grzebienia (droga Tetmajera), I
Data: 2011.08.13

Igiego zawsze ciągnęło w kierunku Staroleśnego Szczytu, mnie – tak średnio. Zawsze wydawał mi się on jakiś taki nieforemny, dziwny, bezkształtny. Dopiero jak zobaczyłam go w zimie, od strony Sławkowskiego Szczytu pomyślałam sobie, że to jednak ładna góra. Urzekła mnie wtedy swoimi dość nietypowymi kształtami.

Z poziomu dna Wielickiej Doliny nie robi wielkiego wrażenia. Nawet ciężko ją zidentyfikować pośród licznych formacji Wielickich Granatów i okolicznych turni. Z uwagi jednak na moje wciąż niepewne kolano, uszkodzone dodatkowo podczas tegorocznego pobytu w Alpach, postanowiliśmy z tej właśnie strony wstrzelić się w masyw Bradavicy, a konkretniej –wybraliśmy drogę Tetmajera (WHP 1838) z uwagi na fakt, iż nie jest wymagająca technicznie, a ponoć piękna.

Szybko podchodzimy do Śląskiego Domu, a potem na Polski Grzebień i Małą Wysoką. Z początku bezchmurne niebo, na szczycie tej ostatniej pokryło się białym puchem, tak więc “jedna z najbardziej urokliwych, nietrudnych tatrzańskich grani” nie zaoferowała na starcie żadnych widoków. Wchodzimy w mgłę, z której tylko raz na jakiś czas wyłania się fragmentarycznie nasza droga.

Zejście na Obłazową Przełęcz, podobnie jak podejście z niej na Baniastą Turnię nie stanowią żadnego technicznego wyzwania, ot, trochę kamieni i trawki. Idzie się spokojnie, ścieżka jest całkiem wyrazista. Dopiero na Zwalistej Przełęczy zaczynamy zastanawiać się nad wyjęciem liny. W skali trudności to zaledwie “I”, takie niby nic… Decydujemy się jednak wyjąć sznurek, bo takie “jedynki” często lubią zaskoczyć – chociażby mnogością potencjalnych wariantów, z których nie każdy ma podobny poziom trudności… Okazało się, że był to nie najgłupszy pomysł, bowiem droga wzdłuż (lub ciut poniżej) grani, biegnąca przez wszystkie cztery wierzchołki Zwalistej Turni może zaoferować kilka całkiem ciekawych ruchów.

Kiedy zbliżamy się do Zwodnej Ławki przejaśnia się i z chmur wyłania się nasz cel. Muszę przyznać, że z tej perspektywy Staroleśny robi duże wrażenie. Niesamowity kształt. Taka “rosochatka”. Igi jest zachwycony, kontempluje przez chwilę ten niecodzienny widok. Po chwili postoju, ruszamy w kierunku Pawłowej Turni: to wzdłuż jej ściany, trawersem, biegnie mały, acz dość eksponowany zachodzik, z końca którego schodzimy kilka metrów w dół, na dno Klimkowego Żlebu… To była dopiero jazda! W życiu nie byłam w czymś tak kruchym, w zasadzie, nie wiedzieliśmy jak się poruszać w tym terenie, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Co chwila spod stóp Igora leciały na mnie małe cegłówki, na co On nie miał w zasadzie żadnego wpływu. Dodatkowo, onieśmielał nas fakt, iż Klimkowy Żleb ma nie takie znowu małe nachylenie, i jest podcięty kilkumetrowym progiem, mogącym stanowić niezłą skocznię narciarską…jeden fałszywy ruch i dupotłucznia murowana.

Jakimś cudem udaje nam się bez szwanku dojść do Klimkowych Wrótek – przełęczy pomiędzy wszystkimi czterema wierzchołkami Staroleśnego Szczytu. Stamtąd odbijamy w lewo i już bez trudności (ale nadal krucho) meldujemy się na Tajbrowej Turni, obok 3-osobowego teamu z Polski. Pamiątkowe zdjęcia, wpisy do książki szczytowej, chwila miłej rozmowy, jeszcze podejście na Klimkową Turnię (główny, najwyższy wierzchołek Bradavicy) i zaczynamy dumać nad zejściem. Jest już po 15stej, czas się zbierać. Na horyzoncie robi się ciemnawo, chmury znowu zaczynają się panoszyć w około, nie wiemy, co z tego będzie.

Wybieramy drogę normalną, tj. zejście Kwietnikowym Żlebem (WHP 1859). Jest dość zagmatwany orientacyjnie. Początek trawersuje od zachodu Rogatą Turnię, prowadząc w kierunku południowym do “jedynkowego” komina i dalej aż pod samą Podufałą Turnię. Tutaj decydujemy się schować linę, bo znowu zaczyna być krucho, a nikt nie ma ochoty dostać kamieniem po głowie przez zwykłe niedbalstwo.

Dalsza droga w dół jest nieco uciążliwa, jednakże z góry ścieżka jest w miarę widoczna, niżej zaś pojawiają się kopczyki.

Stosunkowo szybko pojawiamy się w Dolinie Wielickiej, gdzie nie możemy sobie odmówić chwilowego popasu na zielonej trawce wśród kwiatków i innych bzyczących boskich stworzeń. Tam jest naprawdę urokliwie.

Do Tatrzańskiej Polanki udaje nam się złapać busa spod Śląskiego Domu (5 euro/os) – i to zdaje się być najlepsza wiadomość tego dnia! 🙂

Użyty sprzęt:

Lina 1 x 60m (wystarczy 30m), podstawowy zestaw kości i/lub friendów, pętle różnej długości, kilka ekspresów, zestaw osobisty (prusy, HMSy).

Zobacz również:

Droga Tetmajera – topo

Staroleśny Szczyt i Rogata Turnia – relacja, 2011

:,