Sławkowski Szczyt – droga Grosza, 2011

Autor: dnia 2011.01.30

Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít), 2452 mnpm, Vysoke Tatry
Droga: północno-zachodnia ściana, droga Grosza, 0+ (miejsce za “I”), przez Jamiński Żleb i Jaminę
Data: 2011.01.29

Sławkowski Szczyt to góra zwyczajnie upierdliwa. Droga normalna (za niebieskimi znakami) jest nudna i nieciekawa, więc postanowiliśmy znaleźć pozaszlakową alternatywę – co też nie okazało się nazbyt łatwe. Nie, żeby brakowało pomysłów – bo było ich kilka. Ograniczeniem jednak było postanowienie wejścia zimowego – a to, w kontekście “marnych” od pewnego czasu zim w Tatrach, zaczęło być takim małym wyzwaniem.

Początek wyglądał tak:

Podejście nr 1: jakiś grudniowy dzień, budzik nie zadzwonił i obudziliśmy się na parkingu w Smokowcu o 3h za późno… Cudnie.

Podejście nr 2: dzień później, atakujemy Sławkowską Grań…powaliła nas w połowie podejścia, kopnym śniegiem po tzw. “górne partie ud”… Skończyło się na browarze w Zbójnickiej Chacie.

Podejście nr 3: połowa stycznia, Sławkowska Grań-podejście kolejne; kiepskie warunki na grani, plus źle skalkulowany czas przejścia zmuszają do wycofu po 4h walki i… do picia piwa w Zbójnickiej Chacie.

Podejście nr 4: zmiana drogi, zmiana pogody, zmiana warunków… i wreszcie, sukces!

A wyglądało to tak:

Odpuściliśmy grań na korzyść wejścia północno-zachodnią ścianą, tzw. Drogą Grosza, wiodącą od Doliny Staroleśnej, naprzód przez Jamiński Żleb do Jaminy (slow. Slavkovská jama), przez kopułę szczytową i wprost, na wierzchołek (ok. 900 metrów przewyższenia).

Do momentu wyjechania z Krakowa plany były inne, i na takież plany miałam przygotowane materiały. W McDonald’s przed Myślenicami zmienia nam się optyka: idziemy na Sławkowski, po raz kolejny. „Kryste Pane, porzygam się…” – pomyślałam radośnie. Jednak ta góra już przestała być naszym celem. Ona zwyczajnie zaczęła być naszym „miejscem, które bezustannie swędzi i w które trzeba się w końcu konkretnie podrapać”.

Nie miałam zdjęć drogi (jedynie w pamięci), nie miałam też przy sobie jej opisu. Loguję się zatem telefonem komórkowym na pewną internetową stronę, skąd ściągam jedną fotkę: wejście w Jamiński Żleb. To okazuje się być naszym kluczowym drogowskazem – jedynym, w zasadzie.

Ok. 23.30 dojeżdżamy na Słowację. Szybkie zakupy w popradzkim Tesco (standardowo) i wracamy do Smokowca. Tutaj, przepak, odpoczynek (niestety, bez snu) i ruszamy na Hrebeniok ok 2.15 w nocy. Zależało nam na tym, aby w Jamiński Żleb wejść jeszcze nocą, gdyż sprawiał wrażenie lawiniastego.

Podejście mija szybko, szybko również pojawia się obawa, że pomylimy żleby i wejdziemy tam, gdzie nie trzeba. Pamiętaliśmy, że trzeba przekroczyć filar Sawickiego, dzielący północną ścianę Sławkowskiego Szczytu na część zachodnią i wschodnią. Łatwo powiedzieć, jednak w warunkach bezksiężycowej (jeszcze…) nocy, było to dość trudne. W pewnym momencie jednak szlak wychodzi z lasu (po raz drugi) na niewielką polanę i skręca wyraziście w prawo za dość dużym głazem. Tutaj można dopatrzyć się przecinek w kosówce: to drogi podprowadzające pod lodospady Żlebu Veverki, i okolicznych. Stąd jeszcze ok. 200 metrów i pojawia się kolejne odbicie wśród kosodrzewiny – to nasze wejście (jak dojdziecie do pierwszego mostku – to już za daleko). Tam widzimy ślady, dość świeże. Wyłączamy czołówki i pozwalamy oczom przyzwyczaić się do mroku. Wtedy widzimy zarysowujący się na horyzoncie, znany kształt. Znany chyba ze zdjęcia w telefonie. To Jamińska Strażnica i Mała Warzęchowa Strażnica – dwie formacje, które z dna Doliny Staroleśnej wyglądają dość charakterystycznie. Zbaczamy zatem ze szlaku i wędrujemy po śladach. Szybko podchodzimy pod ścianę, gdzie  naszym oczom ukazuje się mały “obóz” – niewiadomego pochodzenia wspinacze (czemu sądzę, że to Polacy lub Czesi…? 😉 ) wykopali jamę tuż pod lodospadem Groszowego Filara i tam nocowali. Mocarze. Szybko orientujemy się, że podeszliśmy zbyt wysoko, toteż cofamy się kilkadziesiąt metrów i kierujemy na powrót w stronę naszego żlebu, tyle, że niżej.

Jest ciemno. Nadal widzimy na niebie zarys dwóch kluczowych dla nas formacji, jednak nie widzimy żadnej rzeźby poniżej. Postanawiamy przeczekać chwilę, aż widoczność się zwiększy i zanim wpakujemy się w jakieś bezsensowne warianty.

Jest zimno. Ok –10 st. C. Siedzimy pod jakimś głazem, próbując się rozgrzać za wszelką cenę. Po niecałej godzinie koczowania wreszcie coś widać. Wyjmujemy szpej, wiążemy się liną i ruszamy w kierunku Jamińskiego żlebu.

Prowadzi Igi, przedziera się przez pierwszą kilkudziesięciometrową rynnę, by oddać mi prowadzenie na odcinku samego żlebu. Nachylenie max do 40 stopni nie sprawia trudności, jedynie śnieg miejscami jest mało ciekawy (poduchy śnieżne), z reguły jednak “puszcza”. Z radością witam pod rakiem beton, który też pojawia się tu i ówdzie.

Po wejściu do Jaminy (Slavkovská jama), tj. zawieszonej doliny w kształcie kotła, chwila odpoczynku i uderzamy w kierunku szczytu – który z tej perspektywy wydaje się być wcale niedaleko. Przez moment przyglądamy się ścianie, by odnaleźć najdogodniejszą drogę, co nie sprawia też większych trudności. Zmieniamy się na prowadzeniu – Igi znowu uderza. W Jaminie droga odbija lekko w lewo i wiedzie jej lewym ograniczeniem, wzdłuż Filara Grosza.

Po drodze widoki napawają mnie autentycznym podnieceniem, rzucam pod nosem jakieś egzaltowane hasła, bo widok czerwieni wschodzącego słońca na ścianach Pośredniej Grani i Kościołów jest powalający. Kilkadziesiąt metrów nade mną, Igi zmaga się z usypistym, kopnym śniegiem, który im wyżej, tym robi się coraz mniej stabilny i wymaga szukania wśród okolicznych skał punktów do założenia przelotu. Techniczne trudności niby żadne, jednak nie wiemy, co mamy pod nogami… Póki co – to, co nam się odkrywa, to jakieś płyty, nie idzie gdzie wcisnąć raka… Górna partia drogi (w zależności od wybranego wariantu) może oscylować w okolicy max. 45-47 stopni – co nie jest żadnym hardkorem, jednak w pewnym momencie zrobiło się czujnie. Każdy wykopany przez Igora stopień, pode mną zapadał się i osuwał, tworząc deski grubości od 10 do 30 cm. Była ogłoszona lawinowa “2” i czuliśmy, że to wszystko może tutaj – zwyczajnie – “wyjechać” nam spod nóg, jeżeli będziemy babrać się za długo.

W końcu, wychodzimy na wierzchołek. Jest godzina 11.00. Na szczycie pusto, śladów jakichkolwiek brak, a widoki powalają – patrząc zarówno na jedną, jak i na drugą stronę. Na prawo cała Słowacja, na lewo tatrzański “szwedzki stół”: Gerlach, Kończysta, Wysoka, Ganek, Rysy, Staroleśny, cała Dolina Staroleśna z Jaworowym i Ostrym Szczytem, a także masyw Lodowego, Pośrednia Grań, a na końcu Durny z Łomnicą. Bosko! Rozkładamy się ze szpejem i gratami, robiąc klasyczny burdel. Zasiadam pod szczytowym krzyżem, zasypiając na chwilę (pogoda i brak snu noc wcześniej sprzyjają). Igi mi wtóruje, bełkocząc coś pod nosem (brak snu, zmęczenie i rozpoczynające się choróbsko dają się we znaki).

Wreszcie jednak, po 12stej, zbieramy się do zejścia “normalką”.

„Sławek” wreszcie puścił, przy czwartym – de facto – podejściu do niego. Wrażenia pozytywne, aczkolwiek nie przeczę, że tuż po zejściu mieliśmy tylko jedno, jakże silne odczucie: szacunek i podziw dla tych, którzy kiedykolwiek zdecydowali się dokończyć w ogóle wejście na tą górę szlakiem – i jeszcze nim zejść…

Użyty sprzęt:

W wariancie zimowym: lina 60 metrów, kilka długich i krótkich pętli, luźne karabinki, friendy (rozmiar 0,5 – 5). Droga letnia z pewnością będzie wymagała użycia absolutnie minimalnej ilości sprzętu.

Zobacz również:

Wielka Korona Tatr – informacje praktyczne

:, ,