Rimpfischhorn, 2013

Autor: dnia 2013.08.05

Rimpfischhorn, 4199 mnpm, Alpy Walijskie
Droga: zachodnio-południowo-zachodnią granią, od Täschhütte, PD+
Data: 2013.07.21

EN

Po przygodach we Włoszech oraz labie w Chamonix, postanawiamy ruszyć do Szwajcarii, celem zdobycia dwóch pięknych gór, które już od dawna zaprzątają nasze głowy: Rimpfischhorn’a i Zinalrothorn’a.

Jako pierwszą na celownik (czy raczej wędkę?) chwytamy „Rybę”. I już od początku wiemy, że będzie ciekawie: na samym podjeździe na Täschalp nasza „foka” ledwo zipie i daje jednoznaczne sygnały, że jej system chłodzenia wymaga przeglądu. Ledwo, i z duszą na ramieniu, ale udaje nam się wreszcie wjechać. Po zaparkowaniu auta późnym popołudniem, na najprawdopodobniej jedynym bezpłatnym parkingu w Szwajcarii, zasypiamy jeszcze przed zachodem słońca: stres związany z wjazdem tutaj oraz swoisty nabyty opór przed tym krajem całkowicie nas wykończyły. Na szczęście, poranek przynosi lepsze humory. Z wyjściem z auta nie spieszymy się nadto, wszak plan na dziś to dotarcie do miejsca biwakowego ponad Täschhütte, co powinno zająć nam nie więcej niż 2 godziny. I tak też się dzieje. Nasz żółty domek stawiamy w urokliwym miejscu na wysokości 2900 mnpm, nieopodal wielkiego głazu z krzyżem. Wreszcie, nie trzeba kopać w śniegu platformy pod namiot! Nie będzie mroziło tyłków! Ach!

Nasz biwak nad Täschhütte

Nasz biwak nad Täschhütte

Życie „w bazie” ponoć polega na czekaniu i jedzeniu. Robimy jedno i drugie. Z tą różnicą, że ja dodatkowo biegam po okolicy fotografując kwiatki, Igor zaś „kładzie posadzkę w przedpokoju”. Efekt zadowalający, w obu przypadkach 🙂

Kolejnego dnia nasz budzik dzwoni o godzinie, o której zwyczajowo biali ludzie są jeszcze w środku imprezy. Podejście pod Rimpfischorn’a z naszego biwaku będzie długie, a prognozy znowu straszą popołudniowymi burzami. Ruszamy zatem o 2:40 w kierunku lodowca Alphubel, a naszym jedynym towarzyszem zdaje się być księżyc w pełni.

Ścieżka moreną jest dobrze widoczna, nawet w nocy. Po wejściu na ośnieżoną część lodowca udaje nam się szczęśliwie złapać trop prowadzący w kierunku zejścia na lodowiec Mellich. Zejście to ok 100 metrów przewyższenia, jest kamieniste, strome i “scramblingowe”, warto zdwoić czujność stawiając każdy kolejny krok. Tutaj też lokalizujemy kolejne ekipy, które swój biwak zaplanowały dużo wyżej niż my, tj. właśnie przy zejściu na drugi lodowiec, na który zdążyły już się dostać. Tutaj też naszym oczom ukazuje się wreszcie Rimpfischhorn w pełnej krasie. Obieramy zatem azymut.

Tuż po wkroczeniu na lodowiec Mellich droga biegnie łukiem w lewo, a następnie w prawo, omijając mocno uszczeliniony teren. Trawersujemy po stronie zachodniej praktycznie całą górę u jej podstawy, mijamy ostrogę skalnego , wyrazistego żebra opadającego z północnej grani i kierujemy się na Rimpfischsattle, przełęcz pomiędzy tzw. zimowym (całkowicie śnieżna formacja, 4001 mnpm) a właściwym wierzchołkiem Rimpfischhorn’a. Liczne lawiniska po drodze (w tym – z samej przełęczy) uświadamiają nam, że po południu będzie tu grząsko, dosłownie i w przenośni. Widok ten jednak jakoś nie dodaje mi wigoru, czuję się dość słaba co jest efektem marnego śniadania (baba, a wzięła za mało jedzenia… nadzwyczajne!), za co dostaję burę od partnera jeszcze przed wyjściem z namiotu.

Wreszcie wychodzimy na przełęcz, co przyznam, było dość męczące. Kilka pędzących ekip z przewodnikami znacząco skróciło dystans między nami, toteż Igi ciągnie szybko w śnieżny żleb, żeby zachować bezpieczny odstęp.

Abstrahując jednak od bezpieczeństwa kuluar jest miejscem, w którym należy zachować szczególną przytomność umysłu, bowiem dość łatwo jest przegapić odbicie w trawers w lewo, który ma wyprowadzić na skalne żebro. Żleb zachęca, by pociągnąć nim do samej góry jednak jest to zła opcja, ślepy zaułek prowadzący donikąd (tego dnia widzieliśmy ekipy, które jednak nie miały tego na uwadze). Po wejściu na żebro szpeimy się i Igor rusza na prowadzeniu. Wspinaczka jest przyjemna i ciekawa (max II w skali UIAA), skała solidna i dobrze uwarstwiona, w dwóch czy trzech miejscach pojawiają się żelazne pręty, które można wykorzystać jako przelot, gdzieniegdzie są też stanowiska z pętli i prusów. Na drodze zaczyna się robić tłoczno, dwie szybsze ekipy przewodników nas mijają (puszczamy ich chętnie, wszak są w pracy 😉 ), na przełęcz ściągają kolejne zespoły – no cóż, weekend…

Na przedwierzchołku

Na przedwierzchołku

Docieramy wreszcie do przedwierzchołka, skąd łatwym już terenem przechodzimy na wierzchołek główny. Pod krzyżem ciasno, jakiś słusznej postury i masy facet najpierw wydaje z siebie dość prymitywne okrzyki, które słychać zapewne nawet w Zermatt, potem zaś wyjmuje boczek w plastrach i wypycha nim swoje usta aż po brzegi… Obrzydliwość. Czy w każdym razie, nie moja estetyka.

Na szczęście widoki w dalszej perspektywie okazały się zgoła odmienne: panorama na całe Vallis, w oddali zaś Mont Blanc. Całkiem ładnie!

Weisshorn ze szczytu Rimpfischhorn'a

Weisshorn ze szczytu Rimpfischhorn’a

Robimy kilka pamiątkowych fotek i zaczynamy schodzić. Czujemy, że wkraczamy na pole bitwy. Jedni do góry, drudzy na dół, jedni żebrem, drudzy zjeżdżają, udręka! Po opuszczeniu przedwierzchołka decydujemy się ominąć pierwszą część żebra i orograficznie na prawo kierujemy się do małego, zalodziałego kominka. Schodzę pierwsza, asekurowana od góry przez Igora, ten zaś za mną, czujnie, jak konik polny na papierze ryżowym…Z góry na głowę zaczynają lecieć kawałki lodu i kamienie, zrzucane przez kolejne ekipy. Jeden z nich solidnie trafia Igora w nogę, na szczęście skończyło się na guzie i siniaku…

Dalej schodzimy śnieżno-lodowym terenem do stanowiska, z którego trawersujemy w lewo (orograficznie), wracając tym samym na skalne żebro, którym wchodziliśmy. Tutaj rozpoczynamy zejście na krótkiej linie i lotnej asekuracji, żmudne, przerywane licznymi mijankami i postojami, aczkolwiek dość sprawne. Wreszcie, dochodzimy do trawersu i śnieżnego kuluaru, którym szybko schodzimy w dół aby opuścić czym prędzej ten teren, z którego zwyczajnie wszystko zaczyna spływać w tym przedpołudniowym upale. Na lodowcu jesteśmy tuż po 12.00. Przed nami jeszcze kawał świata do namiotu, dwa lodowce i morena, jednak clue sprawy za nami, góra zdobyta 🙂 Do biwaku docieramy po 15.00, bardzo zmęczeni. Z uwagi jednak na widok jaki z niego mamy, siłą rzeczy zaczynamy już myśleć o kolejnym, ostatnim podczas tego urlopu celu znajdującym się po drugiej stronie doliny: Zinalrothornie

YouTube Preview Image
:, ,