Mont Blanc, 2008

Autor: dnia 2009.06.06

Mont Blanc, 4810 mnpm, Alpy Graickie
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2008.07.18-27

Wyjechaliśmy z Katowic 18 lipca ok 21:00. Praktycznie od razu zaczęły się problemy, bo Kangur igiego zaczął się buntować. Ale przymusiliśmy autko do jazdy i pojechaliśmy w stronę Niemiec, przez Szwajcarię, aż do Francji.

Droga raczej w stresie, czy dojedziemy. Najpoważniejsze problemy pojawiły się na przejechaniu przez szwajcarsko-francuską granicę, gdzie auto się zbuntowało i powiedziało, że na takim nachyleniu to ono nie pojedzie. Koniec końców – do Chamonix Mont Blanc dojechaliśmy nie po 14, a po 22 godzinach jazdy, wymęczeni. Po drodze mijaliśmy Jezioro Genewskie, a w okolicy pojawiły się chmury na kształt soczewkowych, które zwiastują zwykle kłopoty w wyższych partiach gór.

Soboty nie zostało za wiele, rozbiliśmy więc namiot na campingu Les Molliasses (polecam!). Wycieczkę rozpoczęliśmy w niedzielę rano. Po przepakowaniu sprzętu, z pobliskiej miejscowości Les Houches wjechaliśmy kolejką (gondolą) zwaną Telepherique de Bellevue do stacji końcowej, skąd nastąpiła przesiadka na Tramway du Mont Blanc (TMB), który pozwalając podziwiać piękne widoki, zawiózł nas na wysokość ok. 2300 mnpm. Stamtąd wyruszyliśmy pieszo w kierunku naszego pierwszego celu, okolic schroniska Tete Rousse (Refuge de Tete Rousse). Przy wejściu na trasę zaskoczył nas przedstawiciel tamtejszego „tepeenu” sugerujący, że nie możemy nocować w namiocie i że trzeba mieć rezerwację w schronisku. Prawda jest, że biwakowanie jest nielegalne na długości całej drogi, jednakże pod Tete Rousse można rozbić namiot.

Po drodze mijaliśmy odrestaurowane (szumnie nazwane) ruiny Baraque Forestiere, gdzie niektórzy nocują (w celach aklimatyzacyjnych jest to jednak bezcelowe – za nisko).

Droga pod Tete Rousse ma dość tatrzański charakter, prowadzi kamiennym podejściem przez 98% jej części, a dopiero pod sam koniec pojawia się granica śniegu.

Podczas wędrówki, w międzyczasie nad naszymi głowami zaczęły gromadzić się ciężkie, burzowe chmury, nie zwiastujące nic dobrego.

Po dotarciu pod Tete Rousse (3187 mnpm), nieopodal schroniska rozbiliśmy namiot, mocując go czym popadnie (rozmontowane kijki trekkingowe, czekany) i okopując go śniegiem przy użyciu pożyczonej łopaty. Widoczność „w górę” była kiepska, więc strzeliliśmy kilka fotek poniższych lodowców.

Wieczorem zaliczyliśmy burzę, która ustała dopiero w środku nocy. Wtedy postanowiłam wyjrzeć z namiotu celem „rozpoznania” – to, co zobaczyłam, wepchnęło mnie dosłownie do namiotu z krótkim „O k***a!” na ustach. Tak oto Mulik po raz pierwszy znalazła się w środku Alp, w bezchmurną, gwieździstą noc, przy pełni księżyca, z krzyczącą nad nią wielką górą (której przez chmury wcześniej widać nie było).

Ok. 5:00 wyruszyliśmy w kierunku tejże góry, którą okazała się Aiguille du Gouter. Celem było schronisko stojące tuż pod jej szczytem, a raczej pole namiotowe znajdujące się powyżej, na grani. Po drodze mijaliśmy osławiony niechlubnie Le Grand Couloir (Wielki Kuluar), zwany potocznie „Rolling Stones” z uwagi na lecące z góry kamienie.

Na szczycie Aiguille du Gouter (3863 mnpm) byliśmy ok. godz. 10:00, po posileniu się i wypiciu 3 litrów herbaty w schronisku poniżej (1 litr = 5 EUR). Namiot rozbiliśmy na polu namiotowym „na dziko”, na którym przeważał język polski i rosyjski. Ten dzień (poniedziałek) przeznaczyliśmy na aklimatyzację.

Kiedy rozum nakazywał położenie się spać, jak reszta obozowiska (z uwagi na plan wyruszenia ok. 3:00 w kierunku szczytu), nie mogłam się powstrzymać, żeby nie sfotografować zachodu słońca.

Noc była ciężka. Zerwał się silny wiatr, który niemiłosiernie zaczął miotać naszym nieprzystosowanym do takich warunków namiotkiem. Ok. godz. 2:30 wyjrzeliśmy na zewnątrz – kłębiaste, szybko przemykające nad Dome du Gouter chmury, majaczący księżyc w pełni i migające światła czołówek tych, którzy zdecydowali się jednak wyruszyć – to był niezapomniany widok. Ale nie my – w naszym małym obozie decyzja zapadła: czekamy do świtu, może puści. Ok. 5:30 we wtorek wyszliśmy z namiotu, spakowaliśmy do plecaków tylko śpiwory, wodę i gaz, położyliśmy namiot z resztą ekwipunku w środku, przysypawszy go bryłami zmrożonego śniegu (żeby nie odleciał) i wyruszyliśmy w kierunku Dome du Gouter. Wiatr jak wiał, tak wiał. Niemiłosiernie. Pierwszy raz doświadczyłam czegoś podobnego.

Po drodze mijaliśmy ekipy powracające. Część z tarczą, część na tarczy. Szło się coraz wolniej, coraz krótsze kroki i walka z wiatrem. Wysokość zaczynała być odczuwalna. Nie było szans na robienie zdjęć.

Ok. godz. 10:00 dotarliśmy do schronu Vallot (4362 mnpm), ostatniego możliwego do „przekoczowania” zadaszonego miejsca przed szczytem.

A w środku zastaliśmy skulonych pod śpiworami ludzi, w pełnym ekwipunku, przemarzniętych i trzęsących się z zimna. Wyjęliśmy nasze śpiwory, gaz i wodę którą zagotowaliśmy i wypiliśmy łapczywie. Odwodnienie było potężne, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak duże.

Wszyscy czekali na poprawę pogody. Przez okno porażające słońce, na zewnątrz – przewracający wiatr i mróz. Urok gór, które można już nazwać wysokimi.

Większość osób to byli Polacy, znalazło się też kilku Francuzów i Włochów. Nie mieliśmy pewności, czy da się jeszcze dzisiaj wyjść na szczyt. Czy trzeba będzie zawrócić? Ulokowaliśmy się w śpiworach i usiłowaliśmy się przespać. igi chyba z sukcesem (jeżeli spanie w takim miejscu jest w ogóle możliwe), ja siedziałam przytomna i z każdą minutą robiło się coraz zimniej, głównie na skutek wszechobecnej wilgoci. W pewnym momencie do schronu weszła grupa francuskich przewodników z prowadzoną grupą. Podszedł do mnie człowiek dużej postury, spojrzał błędnymi oczyma. Zapytałam: „Ça va???” A on po prostu runął koło mnie, jakby stracił przytomność. Wędrówka na szczyt go tak wyczerpała, że padł jak nieżywy i zasnął.

Usiłowałam wyciągnąć jakiekolwiek informacje od przewodników nt. warunków. Francuzi jednak potwierdzili to, co o nich myślę. Z uśmiechem na ustach odparli, że udało im się zrobić zdjęcia i że wieje. Ech. Igi zasemesował do jck z prośbą o prognozę. Coś wszakże trzeba było zrobić. Sms zwrotny nas utwierdził w decyzji: idziemy. Bo potem mogło być tylko gorzej…„Nie ma co tu gnić” stwierdził igi. O 12:30 wyruszyliśmy w kierunku szczytu, biorąc ze sobą jedynie czekany. Aby zredukować powierzchnię boczną igi zadecydował, że zostawiamy plecaki i idziemy całkowicie „na lekko”.

Wiatr na grani okazał się ciut słabszy, niż na Col du Dome, przełęczy tuż pod Vallotem. Był nadal silny, ale stabilny, bez gwałtownych podmuchów. Pozwoliło to nam zachować równowagę i stabilność marszu. Grań okazała się szersza, niż się spodziewałam. Miejscami trawersowała stronę włoską szczytu, gdzie wiatr zdawał się w ogóle nie istnieć. Po drodze minęła nas jedna dwójka, Polak i związany z nim liną mieszkaniec RPA. Byli szybsi i lepiej zaaklimatyzowani od nas.

Końcówka podejścia to była już walka z odwodnieniem, wiatrem i wysokością. Odliczałam kroki, do 20-stu, i przerwa. Powoli, ale konsekwentnie. Igi mnie wyprzedził, był w lepszej formie.

Ok. godz. 14stej, 22 lipca 2008 stanęliśmy na szczycie Mont Blanc.

Pogoda spowodowała, że byliśmy na szczycie sami. To było fantastyczne.

Zejście poszło szybko. Nasz powrót do Vallota z udanym wejściem zachęcił niektórych do wyjścia i podjęcia próby.

Planem było zejśc do Chamonix jeszcze tego samego dnia. Plan jednak okazał się niewykonalny. Postanowiliśmy wrócić do namiotu i zostać jeszcze jedną noc na Aiguille du Gouter.

Dzień później, we środę wczesnym porankiem rozpoczęliśmy zejście w stronę Tete Rousse. Zejście przez żebro Aiguille du Gouter przysporzyło nam sporo wrażeń. Igi docenił umiejętności wspinaczy, którzy potrafią złapać się ściany na jednym palcu 😉 po drodze lecące kamienie wielkości od cegły do walizki… i w końcu przejście przez Rolling Stones. A potem spod Tete Rousse wyścig z czasem i potwornym bólem stóp ( w moim przypadku, gdyż buty okazały się na miarę, czyli…za małe! ) w stronę Tramway du Mont Blanc. Do stacji kolejki doszłam w stanie agonalnym, pod czujnym okiem igiego, drepczącego uważnie kilkanaście metrów przede mną.

Czwartek i piątek pozostawiliśmy dla Chamonix i regeneracji. Do Polski wróciliśmy w niedzielę, 27 lipca.

Zobacz również:

Mont Blanc 2006- relacja

Mont Blanc 2007- relacja

Czterotysięczniki alpejskie- info

:, ,