Mnich – drogą Robakiewicza, 2012

Autor: dnia 2012.04.27

Mnich, 2068 m, Tatry Wysokie
Droga: północno-zachodnia ściana, Robakiewicz, III
Data: 2012.03.25

Ta niedziela zapowiadała sie piękna, nie chcąc zatem tracić “murowanej” pogody ruszamy wczesnym rankiem z Krakowa w kierunku Zakopanego. Mamy jeden dzień, chcemy więc zrobić coś krótkiego i nie nadto absorbującego. Wybór pada na Mnicha prawą częścią północno-zachodniej ściany, zwaną drogą Robakiewicza.

Płonąca czerwień wyłaniającego się ponad horyzont wschodzącego słońca zalewa nas w drodze na Palenicę Białczańską. Szybkim krokiem ruszamy po suchej już drodze w kierunku Morskiego Oka. W startym schronisku przyswajamy drugie śniadanie i ruszamy dalej. Przechodząc przez zamarznięty (jeszcze) staw mam pietra – ten moment zawsze jest dla mnie stresujący; wszak mamy przecież już wiosnę i to prawie jak w pełni. Jest przed 10tą, słońce zaczyna prażyć niemiłosiernie. Po drodze sukcesywnie, ściągam z siebie warstwę po warstwie.

Idąc równomiernym, acz nie nazbyt szybkim tempem (przepadający śnieg) docieramy pod naszą drogę po 2 godzinach. Uświadamiam sobie, że nie byłam nigdy zimową porą w Dolince za Mnichem, toteż “zawieszam się” na moment i podziwiam w skupieniu okolicę. Pięknie…

W drogę wstrzelamy się około 12stej. Pierwszy wyciąg to płytowe zacięcie z niewielkim uskokiem, które robi się „niewdzięczne” w warunkach post-zimowych. Śnieg niby był, ale zupełnie nie trzymał – więc generalnie, o kant d…rozbić. Babranie się i skrobanie – oto, co tam zastaliśmy. W głowie rodziło się mimowolnie pytanie z rodzaju: ma ktoś szufelkę?

Początek drugiego wyciągu ma dalej charakter quasi-tarciowy (choć mniej niż pierwszy). W większości przebiegał w suchej skale, jednak szybko weszłam w płytowy fragment przysypany śniegiem niby z pozoru sensownym, a w rzeczywistości paskudnym, toteż więcej czasu spędziłam na skrobaniu i grzeboleniu, niż na wspinaniu.

W zasadzie mimo, iż wizualnie początek drogi uzasadniał założenie raków, to jednak przy trzecim wyciągu mamy już dość. Żelastwo przeszkadza, skrobie, prawie „lecą iskry”… czujemy nad głową miecz “jurajskiego kata” grzmiącego złowrogo: “A cóż to robicie z moją piękną skałką??!!”…

Przedostatnie stanowisko zastajemy  świeżo „zadefekowane”, pragniemy zatem podziękować i pozdrowić gorąco kolegów „po fachu” – to była wręcz czysta przyjemność, asekurować z tego miejsca. Klasa.

Igi rusza dalej na końcowy odcinek, który w tym miejscu prowadzi już równolegle z drogą „Przez płytę”.

Bez większych trudności (wreszcie zdjęliśmy raki) pojawiamy się na wierzchołku. Plaża i Karaiby 🙂

Schodzimy wczesnym wieczorem do schroniska i tego samego dnia wracamy do Krakowa.

Było miło, wiosennie, dość (acz nie nazbyt) szybko – w sam raz dla dwójki leni 😉

:,