Mięguszowiecki Szczyt Wielki – Hińczowa Wprost, 2011

Autor: dnia 2011.03.08

Mięguszowiecki Szczyt Wielki, 2438 mnpm, Tatry Wysokie
Droga: Hińczowa Wprost, II; od Hińczowej Przełęczy, I
Data: 2011.03.05

Marzenia się spełniają. Niektóre tylko trochę trudniej, zabierając zwyczajnie więcej czasu i sił – ale to dobrze, człowiek wtedy docenia i szanuje to, co urobił. Mnie, MSW marzyła się odkąd tylko Ją zobaczyłam na własne oczy. Kilka razy mentalnie wokół niej krążyłam, nigdy jednak nie było idealnej harmonii pomiędzy warunkami, mocną psychą i czasem.

Przy pierwszym podejściu wszystko zapowiadało się źle. W Moku obudziłam się o 1:40, rozdygotana po jakimś abstrakcyjnym śnie o północnej Mięgusza. Nie mogłam zasnąć przez pół godziny. Potem, tuż przed wyjściem ze schroniska czuć było nerwowe napięcie między mną i Igim, które tylko pogłębiało się w drodze, aby swą kulminację osiągnąć w Małym Bandziochu. Niemalże zawróciliśmy. Wreszcie, po ponad 5 godzinach walki ze śniegiem i własnymi słabościami, docieramy na Hińczową Przełęcz, totalnie wymęczeni. Nasza góra nawołuje, idziemy, ale tuż za Mięguszowiecką Turniczką coś się dzieje… Nie wiemy do tej pory, co: Igi poczuł się tak źle, że jedyną opcją był wycof. Nie wiedziałam, co robić. Szybko rzucam ostatnie spojrzenie na Mięgusza… Decyzja o odwrocie zdaje się być jedyną słuszną, nasuwa się błyskawicznie, naturalnie. Schodzimy.

Nie mijają dwa dni, kiedy Igor rzuca hasło powrotu na Hińczową Wprost i MSW. “Mam osobiste porachunki z tą Górą” – argumentuje zdecydowanym tonem. Ja czuję, że wszystko mi się wywraca na samą myśl o tej drodze. Jest piękna, na ogół przyjemna, ale tak bardzo mnie wtedy umęczyła… Jednak parcie jest duże. Igor czuje potrzebę odegrania się, ja zaś chcę wreszcie spełnić swoje tatrzańskie marzenie, które zrodziło się kiedy tylko wchodząc na Szpiglasową Przełęcz oniemiałam i skonstatowałam: ” Piękne te Rysy – kiedyś na nie wejdę”. Cóż, każdy pewnie ma za sobą etap tatrzańskiego analfabety icon wink Mięguszowiecki Szczyt Wielki – Hińczowa Wprost, 2011 Tatry Mięguszowiecki Szczyt Wielki Moje „Rysy” urzekły mnie jednak od samego początku.

Nie ma zatem innego wyjścia – jedziemy.

Tydzień później lądujemy znowu w Moku. W tym samym pokoju – z widokiem na Mięgusza. Warunki się utrzymują, pogodę zapowiadają idealną, jest lawinowa [1]. Czuję, że Góra daje nam drugą szansę. Nie chcemy, nie możemy jej zmarnować.

Podejście mija błyskawicznie – na przełęczy jesteśmy 2 godziny wcześniej w porównaniu z poprzednim tygodniem. Bardzo szybki przepak, dzielimy szpej i ruszamy w kierunku miejsca, skąd zawróciliśmy ostatnio. Warunki okazują się zgoła inne, przez tydzień słonecznej pogody i braku opadów sporo śniegu zwyczajnie zniknęło i pojawił się lód. Śruby się przydały, ostre raki też.

Zaczynamy kluczyć.  Topo nic nie daje, jest w zasadzie bezużytecznie, a momentami wręcz przeszkadza. Nie znamy tej drogi z lata, nigdy tu nie byliśmy. Bardzo pasuje tutaj wstęp do jej opisu z WHP: “częściowo eksponowana i zawikłana; najłatwiejszy sposób przejścia jest trudny do odszukania”. I tak było. W pewnym momencie docieram do starego haka, powyżej którego dostrzegam zjazdowe kolucho. I co teraz? W prawo – jakiś nieciekawy trawers, na końcu którego wielka niewiadoma. W górę? Wygląda nieźle…idę zatem. Mijam jakieś wylane lodem kominki i pokryte glazurą skały. Szybko jednak przekonuję się, że to, co “wyglądało nieźle” było jakimiś abstrakcyjnymi trudnościami. Kręcę się, nie wiem, co zrobić, wreszcie biję haka i zjeżdżam z powrotem do kolucha. Nagle, “nieciekawy trawers” w prawo jawi mi się jako wybawienie. Na jego końcu, po sprytnym przewinięciu natrafiam na zjazdowego repa, pozostawionego przez jakąś ekipę. “Przynajmniej wiemy, że jesteśmy w linii zjazdów. Chociaż to może oznaczać jeszcze gorszą kichę” – rzucamy do siebie z umiarkowaną podnietą.

Dalej prowadzenie przejmuje Igi. Ja mam na razie dość. Przechodzi mały żlebek by wyjść wreszcie na przełączkę…z której dopiero widać kopułę szczytową. “Boże, a myślałam, że to już…” – pomyślałam ciut zrezygnowana. A tu jeszcze… Z przełączki w dół, potem w górę i odbijamy w lewo, na podszczytową grań. Stamtąd już dość łatwym terenem, na szczyt. Docieramy tam po prawie 10h od wyjścia ze schroniska.

Moja radość – choć wiem, że powinnam ją pohamować – nie zna granic! Igi zachowuje resztki powściągliwości. Wiemy, że na dół czeka nas kawał drogi. Spod szczytu zjeżdżamy jakieś 25 metrów (napotkaliśmy “świeże” taśmy), potem schodzimy do przełączki, i dalej, do stanowiska ze znanym już repem. Jak się okazuje – w pobliżu (jakieś 2-3 metry) znajduje się zjazdowe kolucho, które jednak zauważam zbyt późno. Zjeżdżamy z repa 50 metrów, aby ominąć wszystkie zalodziałe odcinki. Lina się precli tak, że siarczyste przekleństwa lecą w około. Wiatr huczy w uszach, pogoda zaczyna się psuć, słońce zachodzić. Ostatecznie, na Hińczowej Przełęczy jesteśmy po 17stej. Schodzimy biegiem przez Galerie Cubryńskie, a do Mnichowego Żlebu docieramy już po zmroku. Na szczęście, znaliśmy tą drogę z poprzedniego tygodnia, więc pokonujemy ją błyskawiczie. Wreszcie, ok. 20.30 meldujemy się w schronisku. Piwo jeszcze serwują. Co za ulga!

„Hińczowa Wprost”*

Deniwelacja: 930 metrów
Max nachylenie: 47 st.
Średnie nachylenie: 35 st.
UIAA: II (zimą jednak, przy dobrych warukach droga nie prezentuje w zasadzie żadnych trudności technicznych, jest całkowicie drogą śnieżną, aż do samej przełęczy).

*wg Życzkowski/Wala – „Narciarstwo wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich” – Warszawa, 2003

Użyty sprzęt:

Lina 2 x 50 m, luźne karabinki, krótkie i długie pętle, śruby lodowe, haki, friendy (rozmiar 0,5 – 5).

Panorama ze szczytu MSW0 Mięguszowiecki Szczyt Wielki – Hińczowa Wprost, 2011 Tatry Mięguszowiecki Szczyt Wielki

:,

Komentarze

  1. bogdan pisze:

    cześć
    …Wasza strona to odkrycie dla mnie tego roku! Jestem wprawdzie po lekturze Solistów Fabio Palmy, ale Wasza epopeja jest bliższa sercu, -om wwszsytskich tatramaniaków…powiedzcie czy można tak zakosić drogę latem lub późno wiosna i jakie są konsekwencje jak złapią filance… (mowa o HInczowej i MSW)
    fantastyczne zdjecia
    fantastyczne wrażenia
    fantastyczne….

    pzdr. Bogdan Narowski
    Wrocław info@kredo.pl

    1. Mooliczek pisze:

      Dzięki za miłe słowa odnośnie strony :) Co do wycieczki: rzeczywiście, nieco wrażeń podczas niej było, na szczęście – bez ekstremy ;)
      Wczesna wiosna zdaje się być dobrym czasem na zrobienie tej drogi (marzec, początek kwietnia) z uwagi na częste „betony”, natomiast zawsze trzeba śledzić warunki i komunikaty lawinowe (droga na wejściu i na zejściu może być zagrożona lawinami; szczególnie obie Galerie Cubryńskie czy Mnichowy Żleb mogą okazać się ryzykowne przy kiepskich warunkach śniegowych, a w połączeniu z wiosennym wzrostem temperatur – ryzyko zejścia lawin jeszcze bardziej wzrasta).
      Co do kwestii prawnych: rejon Mięguszy od polskiej strony jest dopuszczony do wspinania, pod warunkiem wpisania się uprzednio do książki wyjść taternickich w schronisku.
      Powodzenia!