Łomnica – granią z Durnego Szczytu 2009

Autor: dnia 2009.08.05

Łomnica (Lomnicky stit), 2634, Tatry Wysokie
Droga: Trawers grani Durny Szczyt – Łomnica, II/II+
Data: 2009.07.31

Łomnica to jedna z tych gór, na którą jak patrzysz, to czujesz całą paletę emocji. Jej widok hipnotyzuje, zaś myśl o Jej zdobyciu elektryzuje, a czasem i paraliżuje. Ma Ona w sobie coś takiego, co nie pozwala przestać o Niej myśleć, a jednocześnie człowiek ma wrażenie, że jest na tyle maluczki, że nie powinien nawet wyciągać ku Niej swych chciwych i żądnych dotknięcia Jej skały palców. Prawdziwa Królowa. Piękna, potężna, wzbudzająca pożądanie, ale też sroga i majestatyczna.

Była tatrzańskim marzeniem każdego z nas.

Pomysł wejścia od strony północnej zrodził się zapewne w głowie Jck już jakiś czas temu, ale wypowiedziany na głos został całkiem niedawno. Myśl o zdobyciu tej wspaniałej Góry granią z Durnego Szczytu wydała się opcją tak interesującą, że zdecydowaliśmy się na to bez wahania.

Schodząc dzień wcześniej z Lodowego Szczytu patrzyliśmy z Jck na nasz kolejny cel. Musieliśmy zejść na sam dół, do Starego Smokowca po to, aby pojechać do Zakopanego po Igiego i wrócić z nim w to samo miejsce. Sama myśl o ponownym pokonywaniu szlaku do schroniska Tery’ego napawała nas wręcz obrzydzeniem, ale mawiają, że jak wszyscy to wszyscy, babcia też…. Bez Igiego na Łomnicę nie idziemy. Przynajmniej zrobimy trzy wspaniałe tatrzańskie szczyty od samego dołu. Honorniej.

Kolejna noc spędzona na parkingu w Smokowcach. Jck urządził nam pobudkę o 2.00, pół godziny przed planowanym budzikiem. Argument o niepomyślnych prognozach na popołudnie oraz o długości drogi przekonał nas do wcześniejszego wstania. Byliśmy przekonani, że po Lodowym z dnia poprzedniego będziemy się wlec do Terinki jak muchy w smole. A tu niespodzianka: udało się wykręcić czas lepszy o 10 minut. Łomnica przyciąga, oj tak…

Dziwne, ale było nam zimno, jak diabli. Czy to ze zmęczenia, niewyspania, głodu? Ubraliśmy szmaty i skryliśmy się w Terince, z której szacowny Gospodarz wyrzucił nas bardzo szybko (ponoć hałasowaliśmy i odbieraliśmy drogo-cenny sen gości). Chcąc opuścić przeszywającą zimnem, wietrzną Dolinę, udaliśmy się w stronę Małej Durnej Przełęczy.

Droga nie jest aż tak ewidentna mimo, iż cel jednoznacznie maluje się na horyzoncie. Prowadzi ona złomistym, kruchym żlebem, który ciągnie się w nieskończoność. Na początku najtrudniejszy technicznie odcinek, przy którym trzeba chwilę pomyśleć (ok. 2-metrowy próg). Postanowiłam go przeżywcować, Jck za mną. Igi stwierdził, że forma na razie nie dopisuje, więc wyjęliśmy sznurek. Później jednak lina powędrowała z powrotem do plecaka, nie była potrzebna, aż do samej przełęczy.

Na Małej Durnej Przełęczy zastaliśmy Jck (który sporo nas wyprzedził) z miną raczej nie tryskającą optymizmem. „Idzie dupsko” stwierdził, patrząc na nadciągające z północnego zachodu chmury. Nie ma czasu, trzeba działać szybko, przed nami kawał grani. Wyjęliśmy szpej i linę i ruszyliśmy dalej.

Droga na Mały Durny Szczyt, a następnie na Durny Szczyt przebiegała spokojnie i przyjemnie. Jck prowadził. W międzyczasie wypogodziło się, co uczyniło wspinaczkę jeszcze atrakcyjniejszą. Odcinek MDS – DS nie stworzył w zasadzie żadnych większych, technicznych trudności. Na Durnym Szczycie pojawiliśmy się ok. 9:20, po niecałych 7 godzinach od wyruszenia ze Starego Smokovca. Nasza Królowa pozostawała cały czas w chmurach, „za woalką”, niekiedy pokazując nieśmiale lico, które tak pragnęliśmy ujrzeć. U naszych stóp rozpościerała się zaś nasza droga: urodziwa grań, z licznymi turniami i turniczkami, wąskimi przełączkami i kominkami. Jej widok lekko nas onieśmielił, ale cel działał jak silne pole magnetyczne. Szybko, po zrobieniu kilku nieudolnych, pamiątkowych zdjęć z samowyzwalacza i dumnym wpisaniu się do książki wejść, rozpoczęliśmy naszą graniową epopeję w kierunku Łomnicy.

Wygodna ścieżka bardzo szybko wyprowadziła nas w pierwsze trudności. Wiedzieliśmy, że przy zejściu z Durnego czekają nas dwa ok. 20-metrowe zjazdy. I tak też było. Pierwszy uskuteczniliśmy z ringa zjazdowego, zlokalizowanego przez Jck, z drugim jednak nie poszło już tak łatwo. Nie udało się znaleźć kolejnego stałego punktu asekuracyjnego, a brakło nam ok. 5 metrów aby zjechać we w miarę bezpieczne i wygodne miejsce (lina 60 metrów nie starczyła na całość). Zamontowaliśmy zatem przelot z taśmy 180 cm, która pewnie teraz radośnie tam powiewa (ku rozpaczy Igiego – był z nią emocjonalnie związany), i zjechaliśmy na dół.

Dalsza droga dostarczała nam wrażeń, ale byliśmy przekonani, że największe techniczne trudności zostawiliśmy za sobą, na zejściu z Durnego. W końcu to wycena II / II+ .Pogoda jednak powoli przestawała nam sprzyjać. Zrobiło się zimno i mało przyjemnie, a grań i otaczające ją szczyty spowiło kłębowisko chmur, co znacznie ograniczyło widoczność i utrudniło wyszukiwanie drogi na odcinkach dalszych, niż parę – paręnaście metrów. Przypuszczalnie to spowodowało, że w pewnym momencie, w okolicach Zębatej Turni, Jck odbił w prawo próbując ją obejść od strony Doliny Pięciu Stawów Spiskich, zamiast iść granią. Tym samym zaserwowaliśmy sobie dodatkowe, techniczne trudności w postaci całkiem emocjonującego kominka ( III ), który nie był w planie, a który okazał się najtrudniejszym momentem na całej drodze. Szarpaliśmy się z liną, która się kończyła na odcinku JckIgi, założona przez Jck kostka wypadła i tym sposobem jedynym punktem, który go trzymał był zlokalizowany od niego w poziomie o ok. 10-12 metrów hex. „Jak poleci, albo pierdzielnie o glebę na półce skalnej, albo poleci dalej i zrobi wahadło” – pomyślałam. Z kominka daje się słyszeć zdecydowane „Tylko mnie teraz nie ściągnijcie!”. Szamotanina i zamieszanie, najpierw komenda „Weźcie mnie na sztywno!”, potem „Lina, dajcie linę!” Koniec końców Jck dał radę sam i wylazł z tego nieciekawego miejsca, zanim cokolwiek zdążyliśmy sensownego zrobić.

Potem było już tylko łatwiej. Z prawej strony, z Doliny Pięciu Stawów Spiskich dołączyła do nas Droga Jordana. Pojawiły się również ubezpieczenia: klamry i łańcuchy (te pierwsze zdecydowanie przydatne, głownie do zakładania przelotów; te drugie nie były już konieczne wszędzie tam, gdzie je założono). Poślednią Turnię obeszliśmy z lewej strony po to, by zaraz zostać zmiażdżonymi widokiem, który wyłonił się zza jej ścian. Łomnica. Wyrosła przed nami, niczym potężny, czarny smok, piękna, taka doskonała w swych kształtach…. Staliśmy u jej podnóża, była w zasięgu ręki. To już „ostatnia prosta” i będziemy na szczycie.

Końcówka prowadzi przez pionowy Komin Franza (łańcuchy) i wychodzimy na grań szczytową. W mgle wyłania się budynek obserwatorium, barierki, a przy nich gapie, którzy patrzą na nas, jakbyśmy pojawili się tam z nikąd (wszak wyłoniliśmy się z chmur niemalże). Robią nam zdjęcia, jak jakimś cudakom. W końcu wchodzimy na taras. Jesteśmy na Łomnicy. Nareszcie!

Zalegliśmy na ławkach przed ekskluzywnym lunch barem, gdzie kelnerzy w muszkach i kamizelkach zbierali dookoła nas kufle po piwie i popielniczki. Dziwnie się czuliśmy, tacy łachmaniarze dzwoniący żelastwem, wyjmujący suchy chleb i żółty ser, siedzą przed wejściem do lokalu, gdzie przeciętny turysta musi zapłacić 20 EUR, aby się do niego dostać (cena biletu na kolejkę, tam i z powrotem). Przeżuwaliśmy w milczeniu, z głupawym, ale zadowolonym uśmiechem na twarzach. Królowa dopuściła nas do siebie. Co za dzień…

Zejście planowaliśmy drogą normalną, wiodącą przez ramię, aż do Łomnickiej Przełęczy. Jako, że mam problemy z kolanami postanowiłam, że w pierwszym możliwym miejscu wezmę „lanovkę” i sama zjadę na sam dół, do Tatrzańskiej Łomnicy, zabierając większość betów i podjadę do Starego Smokowca po auto. Chłopaki miały zaś zejść szlakiem. Jednak ku naszemu zaskoczeniu operator górnej stacji kolejki, zobaczywszy nas od razu zaproponował, że nas zwiezie przystanek niżej (bez żadnych kosztów), bo „widzi, że wracamy z gór”… To był jeden z najmilszych akcentów drogi powrotnej, poczuliśmy wszyscy niewypowiedzianą ulgę i wdzięczność.

Podróż nad Skalnate Pleso trwała ok. 15 minut, pozwoliło to nam odprężyć się, zmarznąć i przekonać do idei, że jedziemy kolejką na sam dół. Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy wrócić do domu. Było późno, a gdzie Gliwice, gdzie Katowice, a gdzie Kraków?? Trochę się kręciliśmy, szukając kasy biletowej, aż pewna starsza pani, pracownica restauracji wyszła do nas i zapytała po słowacku „czy aby nie potrzebujemy pomocy?”. Skorzystaliśmy chętnie, a pani skierowała nas do kasy. Musieliśmy faktycznie wyglądać nieciekawie, skoro wzbudzaliśmy w ludziach takie odruchy litości i bezinteresownej chęci pomocy. Zapłaciliśmy po 6,30 EUR za bilet i chwilę później pojawiliśmy się w Tatrzańskiej Łomnicy, po 15,5 h akcji górskiej. Kolejka do Starego Smokowca miała przyjechać dopiero za 1,5 h, chcąc więc oszczędzić cenny czas, którego nam brakowało, poszłam łapać stopa i w ciągu 10 minut pojawiłam się przy aucie.

Do domu wracaliśmy ze spełnionym tatrzańskim marzeniem w myślach, w nogach, ale przede wszystkim w sercu.

Zobacz także:

Wielka Korona Tatr – info

:, , ,