Lodowy Szczyt – granią z Kopy Lodowej, 2009

Autor: dnia 2009.08.04

Lodowy Szczyt (L’adovy stit), 2627, Tatry Wysokie
Droga: Trawers grani Kopa Lodowa – Lodowy Szczyt, II/II+
Data: 2009.07.30

Trawers grani Lodowego Szczytu przez Kopę Lodową był pomysłem Jck. Chcieliśmy połączyć fajną wspinaczkę w terenie o umiarkowanych trudnościach z jakimś „honornym” szczytem. Łomnica czekała na Igiego, więc padło na trzeci najwyższy szczyt Tatr.

Ledwo wyruszyliśmy z Krakowa z planem na dwa dni (Lodowy + Pośrednia Grań bez schodzenia na dół), jak dostajemy smsa od Igiego, że pojawi się pierwszego dnia wieczorem w Zakopanem, i czy przypadkiem nie będziemy w okolicy. Grunt, to być elastycznym i szybko dostosować się do zmieniających się okoliczności, pomyśleliśmy… Myśl o schodzeniu spod schroniska Tery’ego do Starego Smokowca po to, by dnia następnego (a raczej nocy) wejść tam ponownie (i zaatakować Łomnicę) wzbudzała w Jck odruchy wymiotne. Szybka analiza SWOT przekonała nas jednak, że cenimy towarzystwo Igora ponad wygodną kolebę w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich i pogodziliśmy się z myślą o ponownym podchodzeniu pod Terinkę, kolejnego dnia.

Plan został zatem szybko zmodyfikowany. Dzień 1 – grań Lodowego, dzień 2 – grań Durny Szczyt – Łomnica. Z takim postanowieniem pomknęliśmy w stronę Starego Smokovca.

Noc na parkingu, pobudka o 3:30. Godzinę później jesteśmy pod stacją kolejki na Hrebenioku (szkoda, że nie wożą całodobowo…), skąd szybko przemieszczamy się Magistralą do Chaty Zamkowskiego. Wrzucamy szybko coś na ząb i ruszamy przez Dolinę Zimnej Wody do schroniska Tery’ego, gdzie docieramy po 2h 45 minutach od wyjścia z parkingu. Odpoczynek w cieniu jest mało przyjemny, postanawiamy zatem iść dalej, w poszukiwaniu pierwszych promieni słońca, które pozwoliłyby nam podładować trochę akumulatory, Jackowi – wysuszyć skarpety, no i oczywiście, rozleniwić się. Koniec końców zatrzymujemy się dopiero przy Lodowym Stawie, gdzie w pobliskim potoku napełniamy butelki wodą (mniam, mniam), chwilę odpoczywamy i ruszamy w kierunku Lodowej Przełęczy, podążając cały czas oznakowanym szlakiem.

Tu zaskoczenie: podejście nie prowadzi osuwistym piarżyskiem, jak się spodziewaliśmy. Słowacy wrzucili tam kilka belek i zrobili schody. Masakra dla kolan, fajnie przeprosić się tam z kijkami.

Na przełęczy rozpościera się przed nami piękna panorama Tatr Wysokich, z Jaworowym Szczytem na pierwszym planie. Horyzont zamyka masyw Gerlacha i Wysokiej, i dalej, szczyty niekończącej się Doliny Jaworowej. Po krótkiej przerwie i pełnym wysublimowanej kultury przeganianiu os, rozpoczynamy podejście pod Kopę Lodową.

Ścieżka biegnie w sposób dość oczywisty, krucho, ale łatwo. Szybko docieramy na wierzchołek, gdzie wyjmujemy szpej i linę. Tutaj zaczyna się właściwy element naszej wycieczki: grań łącząca Kopę Lodową i Lodowy Szczyt.

Jck prowadzi. Początkowo idzie łatwo, w jednym czy dwóch miejscach zakładamy coś na sztywno, ale z reguły idziemy na lotnej. Wspinaczka jest przyjemna, pogoda jeszcze też, nikogo w okolicy. Z prawej podziwiamy nasz kolejny cel, Durny Szczyt i Łomnicę, z lewej spoglądamy na Staroleśną, Gerlach, Wysoką, Rumanowy i Żłobisty Szczyt. Dochodzimy do pierwszego progu, przy którym Jck zaczyna kombinować, głównie na zejściu. Tutaj trzymamy się na sztywno. Próg okazuje się ciekawym miejscem, kilkumetrową (3-4 metry) ścianką, przy której trzeba chwile pomyśleć, zanim zrobi się do niej przystawkę. Bardziej problematyczne okazuje się zaś zejście z niej, z uwagi na ekspozycję. Jck sprawnie pokonuje ten odcinek i ściąga mnie do siebie. W tym momencie dostrzegamy na grani biegnącego (dosłownie) w naszym kierunku człowieka. „Jakiś solista grań żywcuje” – pomyślałam. Jegomość, znalazłszy się w zasięgu naszego wzroku, okazał się być pracownikiem Horskej Záchrannej Služby, który wyglądał, jakby granią Lodowego uskuteczniał poranny jogging. Wyprzedził nas i szybko pobiegł w kierunku szczytu.

Po krótkiej wymianie zdań na temat tego, czy ów kolega wchodzi już tutaj tyłem z zamkniętymi oczami, czy jeszcze nie, zbieramy się i napieramy dalej. Docieramy do drugiego, technicznie trudniejszego miejsca. Kolejny próg, tym razem wyższy, z którego zejście jest już lekko przewieszone. Powietrznie, trzeba zatem znowu opatentować zejście. W pewnym momencie Jck wyrzuca z siebie pełne zdziwienia pomieszanego z lekkim niedowierzaniem: „K***a mać, jak on tędy zlazł??”, słowa te jednak zadziałały chyba jak zaklęcie, bo w kolejnej sekundzie próg „się poddał” i ja z kolei mogłam podjąć swoją próbę, z sukcesem.

Po tym odcinku wyszliśmy na „ostatnią prostą”. Zbliżając się do szczytu naszym oczom ukazał się trójnóg, na nim zaś powiewały radośnie … suszące się gatki człowieka z HZSa. Proces suszenia trwał jakieś 15 minut, po czym mogliśmy wreszcie uwiecznić siebie na szczycie, z trójnogiem na pierwszym planie, a pięknymi tatrzańskimi szczytami w tle. W międzyczasie doszły jeszcze kolejne ekipy od strony drogi normalnej, jedna z przewodnikiem i jedna bez. Wpisujemy się do puszki pamiątkowej i ruszamy w dół, tzw. „normalem”.

Szybko dochodzimy do słynnego Lodowego Konia, który okazuje się raczej małym mułem, takim mulikiem (sic!). Oczywiście, trzeba uważać, ale generalnie, strach ma wielkie oczy. Idziemy więc dalej, w stronę Lodowego Zwornika, gdzie chowamy sznurek, a ja wyjmuję ponownie kijki i zaczynam zabawę w mafię geriatryczną. Zejście drogą normalną okazuje się dla mojego zmaltretowanego kolana koszmarem: sypko, krucho, żwirowato, muszę uważać na każdy krok. Patrząc na Jck, który sukcesywnie zamienia się w coraz to mniejszą, czarną plamkę na horyzoncie, zaczynam czuć się beznadziejnie. Kuternoga z górskimi aspiracjami, szlag by to…

Koniec końców, docieramy do Terinki, gdzie po krótkim odpoczynku nabieram animuszu i pędzimy dalej. Każdy kolejny jednak kwadrans pogarsza nasze samopoczucie. Upał i dłużyzna drogi powoduje, że do samochodu docieramy naprawdę umęczeni tym zejściem, po 13,5 h akcji. Stamtąd ruszamy z powrotem do Polski, po Igiego. Łomnica czeka…

Zobacz także:

Wielka Korona Tatr – info

:, ,