Tour Ronde, 2013

Autor: dnia 2013.08.08

La Tour Ronde, 3792 mnpm, Masyw Mont Blanc, Alpy Graickie
Droga: wschodnią ścianą i pd-wsch granią, PD+
Data: 2013.07.11

To była nasza pierwsza wizyta po włoskiej stronie masywu Mont Blanc (czy raczej, Monte Bianco). Courmayeur na pozór przypominające Chamonix różni się od niego znacząco, dynamiką przede wszystkim. Środek sezonu, a ulice puste, turystów jak na lekarstwo, kempingi umiarkowanie zapełnione, wagoniki głównej kolejki Funivia Monte Bianco ruszają do góry z kilkoma osobami na pokładzie, przy kasach nikogo. Dość osobliwe, szczególnie kiedy człowiek przyzwyczaił się do tumultu francuskiej stolicy alpinizmu. Jego włoska siostra ma zdecydowanie gorszy marketing. To jednak będzie miało swoje plusy, o czym dalej.

Po zejściu z Gran Paradiso naszą przystanią na dwa kolejne dni staje się pole namiotowe Monte Biaco – La Sorgente, zlokalizowane przy ulicy o pięknej nazwie Peuterey, w dolinie Val Vény. Nie może być inaczej – namiot rozbijamy u podnóża masywu Aiguille Noire de Peuterey, która jest początkiem legendarnego klasyka: drogi Peuterey Intégrale. Miejscówka zacna. Rozsiadamy się i knujemy.

Widok z kempingu La Sorgente

Widok z kempingu La Sorgente

Po przyswojeniu optymalnych ilości wina i sera oraz odpoczynku i dwudniowej re-laksacji, przygotowujemy graty i ruszamy do góry. W międzyczasie dowiadujemy się o tragedii na Gasherbrumie I. Nie możemy uwierzyć, że Artur Hajzer nie żyje… Masakra. Nic, mamy swoje do zrobienia, trzeba nam iść do góry. Zgaga i niedowierzanie towarzyszą nam jednak bezustannie.

Kasy kolejki linowej mającej wwieźć nas pod schronisko Torino nadal świecą pustkami. Okazuje się, że ma to również odzwierciedlenie w cenach biletów: tam i z powrotem pod Torino to koszt 35 euro (15 euro mniej niż na Aiguille du Midi). Bomba!

Początkowo chcieliśmy zrobić sobie pieszą wycieczkę do schroniska… Po przeczytaniu jednak opisu drogi, przyswojeniu wiedzy o ilości przewyższenia, porównaniu tego z naszymi tobołami oraz, w efekcie, zobaczeniu trasy na własne oczy z pędzącego w górę wagonika doszliśmy do wniosku, że to może być wysokogórska przygoda sama w sobie. Zrezygnowaliśmy z niej zatem intuicyjnie, acz zdało się to być słusznym wyborem.

Nasz biwak rozbijamy na lodowcu Giganta (Glacier du Géant, ok 3350 mnpm), nieopodal nowego, będącego stale w budowie schroniska. Był ślad po poprzednikach, tak więc zajęliśmy najlepszą z dostępnych platform, okopaliśmy się i poszliśmy spać, z zamiarem zaatakowania kolejnego dnia pięknego trzytysięcznika, który już od dawna chodzi nam po głowach: La Tour Ronde.

La Tour Ronde

La Tour Ronde

Nazajutrz, 11 lipca, w urodziny Igora, budzik dzwoni o niehumanitarnej porze. Marudzimy. Śniadanie wchodzi „tak se”. Igor też podobnie się czuje. Ciężko wyjść ze śpiworów, jednak wreszcie się przymuszamy i zbieramy w kierunku naszego celu.

Już po minięciu Le Grand Flambeau (czyli Wielkiego Płomienia) michy nam się cieszą: wschodzące słońce przepięknie oświetla wschodnią ścianę Mont Maudit i Mont Blanc du Tacul. Co za miejsce!! Zamiast iść dalej, mamy ochotę usiąść i kontemplować to cudo. Jednak plan jest plan, chcemy go wykonać, więc po chwili zadumy ruszamy dalej.

Pod „Okrągłą” podchodzimy od wschodu, do śnieżnego kuluaru, który wyprowadza na siodło w południowo-wschodniej grani. To droga normalna na Tour Ronde, polecana przy dużej ilości śniegu. Śniegu jest sporo, więc wbijamy się tędy.

Szczelina brzeżna to przeszkoda numer jeden – o poranku, jeszcze do pokonania. Dalsza droga prowadzi ośnieżonym żlebem, w którym generalnie nie ma trudności, a asekuracja – jeżeli okaże się niezbędna – jest całkiem niezła. Po obu jego stronach znajdujemy sporo wystających głazów, które chętnie przyjmą frienda bądź pętlę, na niektórych są również stanowiska zjazdowe (stare pętle i prusy). Po ok 45 minutach wchodzimy na śnieżną grań… Jeżu, cóż to za widok! Cała Peuterey Intégrale zapiera dech w piersi, Mont Blanc od tej strony wygląda przepięknie, dużo bardziej interesująco i groźniej niż od strony francuskiej, a lodowiec Brenvy zdecydowanie odstrasza. Podchodzimy łatwą granią w kierunku podszczytowych płyt i bloków skalnych, którymi po kilku sprawnych ruchach wchodzimy na szczyt (I w skali UIAA), mijając się z jedną tylko, właśnie opuszczającą wierzchołek ekipą. I tutaj kolejna porcja estetycznych wrażeń. Mont Maudit zachwyca i wydaje się niedostępny, zaś kuluary na Tacul’u świecą…suchością! Widzimy kolejne ekipy podchodzące w rejon Kapucynów, dwa zespoły walczące na północnej ścianie Okrągłej, rejon Cirque Maudit „tętni życiem”. Pięknie. To się nazywa urodzinowy prezent!

Monte Bianco

Monte Bianco

Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć i zaczynamy schodzić. Po opuszczeniu wierzchołka i dojściu do miejsca, w którym wyszliśmy na grań decydujemy się pociągnąć nią trochę w dół, aż do kolejnego siodła, gdzie będziemy mogli rozpocząć zjazdy. Śnieg bowiem o tej porze nie był już tak stabilny, a nasz wejściowy kuluar jednak kluczył, zjazdy byłyby uciążliwe. Początkowo mamy wrażenie, że źle poszliśmy i że zapchaliśmy się między jakieś „nastremane bloki”, jak by to powiedział W.H.Paryski… ale Igor szybko znajduje przejście, skąd obniżamy się nieco, do pierwszego stanowiska. Rozpoczynamy zjazdy, których koniec końców wyszło 5 lub 6 (dziś żałujemy, że nie zeszliśmy granią aż do końca – byłoby łatwiej i szybciej). Ostatni zjazd okazuje się nieco problematyczny. Wiedzieliśmy, że szczelina brzeżna może być już nie do przejścia, most wyglądał na taki, który teraz nie wytrzyma naszego ciężaru, więc planowaliśmy zjechać poniżej. Okazuje się jednak, że od ostatniego stanowiska do szczeliny brakuje nam liny (mieliśmy jedną żyłę 50m) – i tak trzeba nam będzie pokonać ją skokiem, bądź zaryzykować wejście na most. Mamy jednak szczęście, udaje się przejść, choć nie było to bezpieczne. Kolejna ekipa opuszczająca szczyt zjazdami utyka w tym miejscu i nie decyduje się na podobny do naszego manewr – wybierają przekroczenie szczeliny w innym punkcie, zjazdami z przedłużoną liną.

Opuszczając la Tour Ronde

Opuszczając la Tour Ronde

Na lodowcu robimy krótki odpoczynek, Igor jest świadkiem odpadnięcia prowadzącego na Filarze Bernezat (wschodnia wystawa Tour Ronde, TD-), który po długim locie zatrzymał się jakieś pół metra głową od póły skalnej. Odwrócił się, stanął na nogi, otrzepał, i poszedł od razu raz jeszcze. To się nazywa żelazna psycha…czy może coś innego?

Tym wydarzeniem kończymy naszą wycieczkę na Tour Ronde, do namiotu wracamy wczesnym popołudniem, z planami „na coś łatwego i przyjemnego” na kolejny dzień 😉

YouTube Preview Image

:, ,

Komentarze

  1. Diadioo pisze:

    Rewelacyjny opis,świetne foty i piękne miejsce.
    Pozdrawia
    Fan 🙂