Kościelec – droga Gnojka

Autor: dnia 2010.10.18

Kościelec, 2158m, Tatry Wysokie
Droga: Gnojka (południowo-zachodnia ściana), III
Data: 2010.10.16

To były ostatnie już podrygi rodem z “letniego wspinania”. Mimo średnio zachęcającej prognozy, ostatnim rzutem na taśmę chcieliśmy jeszcze zrobić coś fajnego. Padło na Kościelca, bo drogi na nim są względnie krótkie – a więc tak samo jak dzień o tej porze roku – a i baza noclegowa w postaci schroniska jest blisko. Poza tym, spodobał nam sie pomysł “pętelki”: sezon zaczęliśmy od Grani Kościelca, to i skończymy na tej samej górze.

Planem była “Załupa H”, droga na zachodniej ścianie Zadniego Kościelca oraz połączenie jej z  Drogą Gnojka, ażeby zakończyć na wierzchołku głównym.

Dzień był pochmurny, w nocy sypnęło śniegiem, szron w okolicach Murowańca tkwił tam jeszcze o 9 rano, a temperatura oscylowała wokół 2-4 st. C. Liczyliśmy na słońce – że może choć odrobinę osuszy skałę – nie doczekaliśmy się jednak. Wychodzimy ze schroniska o 10.00, w kierunku Karbu. Po odbiciu w trawers pod zachodnią ścianą szybko okazuje się, iż mamy doprawdy takie szczęście, że możemy w zasadzie zagrać w toto-lotka: pod wejściem w naszą załupę kotłuje się stado “komandosów”: ok 20-stu rosłych mężczyzn odzianych w moro, zaczynających swoją zabawę z linami statycznymi w zacięciu…. “Pięknie, k****a” – rzuciłam. Szybko jednak dostałam mentalnie po uszach od Igiego, za sianie defetyzmu. Nie zastanawiając się długo zatem, postanawiamy elastycznie zmienić plan i  zaatakować od razu nasz drugi cel.

Podchodzimy żlebem opadającym z Kościelcowej Przełęczy i szybko znajdujemy wejście w Drogę Gnojka. Igi prowadzi, wchodząc na “eksponowany gzyms” (powiedzmy, że był eksponowany – kwestia dość subiektywna), na którego końcu prezentuje się pierwsze stanowisko ze stałych punktów. Chwilę później już wbijamy się w drugi wyciąg: teraz robi się ciekawie.  Pojawia się płyta (III), robi się ślisko, ale buty wspinaczkowe z uporem pozostają przypięte do uprzęży. Droga miała ponoć być „stopieńkowa”, więc nie będziemy się wygłupiać. Poza tym, moje niezaleczone zapalenie Achillesa zdecydowanie skłania mnie do pozostania w moich „podejściówkach”.

Drugi wyciąg również wieńczy pancerny stan, a nawet dwa: wyższy, z dwóch spitów połączonych taśmą i niższy – łańcuch i kolucho. „Trochę szybko to idzie…” – myślę w duchu, nie wiedząc jeszcze, czy z zadowoleniem, niedowierzaniem czy obawą. Wchodzimy dalej, niby teraz ma być „eksponowane, jedynkowe” w skali trudności żebro, na którego końcu kominek za “III”. Igi krzyczy, że lina stawia zbyt duży opór z uwagi na przegięcie, więc zakłada stanowisko i ściąga mnie do siebie. Szybko do niego podchodzę, przepinamy się i krótka dyskusja:

Igi: To co teraz? To już koniec tego żebra…?

Mulik: E, niemożliwe, to raczej dopiero początek. Tam czeka Cię gładka płyta za “II”, żebro i na końcu ten kominek.

Igi: Hm… No dobra, idę zatem.

Poszedł. Widzę, jak podchodzi pod 1,5 metrową ściankę, i przystawia się do niej. Krzyczę, że to “jedynkowe żebro, jakby co”. Igi zatem forsuje ściankę bez zakładania przelotu i rusza dalej. Po niedługiej chwili lina zaczyna mi wychodzić z rąk nadzwyczaj szybko. Czyżby płaski teren? “Wybieram linę!!!” – słyszę, jak do mnie krzyczy. Moment później, na komendę “Możesz iść!” ruszam za nim, szybko forsuję ściankę, wychodzę nad nią…. i ku mojemu zaskoczeniu przede mną pojawia się szczyt Kościelca. Na nim kilkoro turystów, a wśród nich Igi z dwuznaczną miną. To nie była żadna ścianka za “I”, tylko ów “trójkowy” kominek. Żaden początek żebra, tylko jego koniec.

“Ta droga to jakieś jajo…” – rzuciłam.

Było, nie było, zeszło nam 1,5 h na jej przejście, i faktycznie – wystąpiły na niej wszystkie zaznaczone na topo fragmenty, ale końcówka jakoś nam “uciekła”. Kompletnie zatraciłam „wyczucie” topo, z którego  korzystaliśmy, proporcje zawahały mi się całkowicie. Sama droga, mimo, iż w całości bardzo przyjemna, pozostawiła niedosyt – bo chyba jednak zbyt krótka, jak na cel sam w sobie. Postanawiamy zatem szybko zwinąć szpej, zejść szlakiem na przełęcz Karb… i spróbować raz jeszcze na Załupie H. Może ćwiczenia “marines” się skończyły? 🙂

Użyty sprzęt:

Lina 2 x 50 m, kilka dłuższych pętli, friendy (rozmiary 0,5-5), luźne karabinki.

Topo drogi.

:,