Kończysta, 2008

Autor: dnia 2009.06.06

Kończysta (Koncista), 2538, Tatry Wysokie
Droga: grań Tupy i zachodni żleb, 0+
Data: 2008.08.30

Ta wycieczka zapowiadała się dość ciekawie o tyle, że tydzień wcześniej Igi zbierał mnie półprzytomną ze szlaku na Krywań, gdzie dostałam zapaści na skutek nagłego ataku hipoglikemii reaktywnej – a mówiąc po ludzku: bardzo gwałtownego spadku cukru. Myśląc podówczas, że dostałam zawału (!), jak tylko doszłam do siebie popędziłam na wszelakie możliwe badania serca. Efekt? Wycieczka na Kończystą miała się odbyć w towarzystwie pełnego okablowania i oprzyssawkowania, zwanego pospolicie holterem.

Opatulona w kabelki i inne elektroniczne ustrojstwa mające monitorować pracę mojego dzielnego serca przez całą dobę, wyruszyłam z chłopakami w stronę Szczyrbskiego Plesa. Krótki sen w samochodzie na parkingu, aż niemiłosierny budzik dzwoni o 3.00 i wzywa nas na pole bitwy. Dość marudni, wyruszamy wreszcie po 4.00 z parkingu, w stronę Popradzkiego Plesa. Pod schroniskiem jesteśmy dość szybko, ale jeszcze przed świtem. Obieramy kolejny punkt wycieczki: Przełęcz pod Osterwą. Droga wiodąca przez zdające się nie kończyć zakosy wyprowadza nas po godzinie 6 rano na otwartą przestrzeń, gdzie wieje niemiłosiernie. Chowamy się szybko za niewielkim kamiennym murkiem, ubieramy kurtki i wszystko, co tylko jeszcze może nas osłonić przed wiatrem. Jck w międzyczasie postanawia zdobyć najwybitniejszy szczyt w okolicy, co kompletnie mi umyka. Pełen rozpierającej go dumy wraca po 20 minutach, z dorobkiem górskim wzbogaconym o wspaniałą Osterwę.

Dalej, kierujemy się w stronę Tępej (słow. Tupa), granią, skąd planujemy zejście do Stwolskiej Doliny, przez okolice Lucnego Sedla. Zefirek to nam pomaga – dosłownie pchając nas do przodu, to przeszkadza – stawiając czynny opór, tudzież spychając wesoło z grani w takim kierunku, gdzie śmiało byłoby gdzie otworzyć spadochron. No… może nie spadochron, ale na pewno policzyć śmiało do 5ciu, zanim pooglądalibyśmy z bliska kamienie na dnie Doliny Złomisk. Dorzućmy do tego jeszcze dość śliskie, miejscami pokryte glazurą skały, i już mamy kolejny odcinek „gwiazdy tańczą na lodzie”.

Niedługo po wschodzie słońca osiągamy Stwolską Przełęcz, skąd rozpoczynamy podejście pod nasz główny cel – Kończystą. Ostatnia część naszej drogi na wierzchołek jest dość mozolna i mało emocjonująca. Ogranicza się do podejścia zachodnim zboczem Kończystej, najpierw po złomach, potem kruchych piargach, w górę szerokim żlebem, który wyprowadza nas wreszcie na Wyżnie Pasternakowe Wrótka. Końcówka żlebu pokonywana była przeze mnie i Igiego w dwóch parach skarpet: jedne spełniały swoją podstawową funkcję, drugie robiły za rękawiczki, których zapomnieliśmy. Ot, taka nowa, niskopiennogórska moda. A łapawice wg najnowszych trendów przydały się wyśmienicie: górne partie góry były już całkowicie pokryte warstewką lodu, co było dla nas dość zaskakujące, zważywszy na to, iż mieliśmy jeszcze sierpień (w prawdzie ostatni dzień, ale jednak).

Ku naszemu rozczarowaniu widok w kierunku wschodnim, na który tak liczyliśmy, obfitował jedynie w chmury. Wiatr dął nadal nieprzyjemnie, więc nie pozostało nam nic, jak tylko schodzić. Przed zejściem Jck podjął jeszcze próbę wejścia na słynne Kowadło, jednakże brak asekuracji oraz lód na skałach ostatecznie odwiódł go od tego pomysłu.

Po zejściu na dół tą samą drogą, trasa powrotna biegła spokojnie dnem doliny aż do momentu, kiedy to w całej Stwolskiej rozbrzmiał osławiony już ówczesny dzwonek telefonu Jck – Diazinon. Trzeba jednoznacznie przyznać: techno w rezerwacie – to było coś… Ubawieni, skierowaliśmy się dalej wzdłuż zboczy Tępej, aż do osiągnięcia Tatrzańskiej Magistrali, skąd z powrotem, w kierunku Przełęczy pod Osterwą i w dół, do Popradzkiego Plesa.

Nazajutrz odczyt holtera, ku późniejszemu przerażeniu mojego kardiologa, pokazał średnie dobowe tętno: 150 uderzeń na minutę. „Nie ma to, jak trening kardio” – pomyślałam 😉

Zobacz również:

Wielka Korona Tatr – info

:, ,