Jaworowy Szczyt – filarem Kellego, 2010

Autor: dnia 2010.11.09

Jaworowy Szczyt (Javorový štít), 2417 m, Vysoke Tatry
Droga: filar Kelle-Šuna, południowo-zachodnia ściana, IV
Data: 2010.11.06

To było interesujące doświadczenie. Mówią, że ponoć lepiej uczyć się na błędach cudzych, niż swoich, jednak swoje błędy człowiek jest chyba w stanie efektywniej przetrawić i wyciągnąć z nich sensowniejsze wnioski. I tak właśnie było w przypadku naszej wycieczki na Jaworowy Szczyt.

W piątkowy wieczór logujemy się w Zbójnickiej Chacie – schronisko jest całkowicie puste. Przy blasku świec, soku pomarańczowym i piwie studiujemy stosy topo zasilających “lokalną” biblioteczkę. Myśli krążą jednak wokół drogi wybranej jako cel na dzień kolejny, tj. ponad 250-metrowego żebra, którym chcieliśmy dostać się na najwyższy, wschodni wierzchołek Jaworowego Szczytu. Żebro wyrasta spomiędzy dwóch najwybitniejszych żlebów na południowo-zachodniej ścianie: CzarnegoCzerwonego, i wyprowadza na skraj Jaworowej Galerii, a ściślej: na Zadnią Jaworową Basztę.

Tatrach wieje halny, jednak prognozy okazują się surowsze i groźniejsze, niż rzeczywistość. Pod ścianę podchodzimy w porannym słońcu, wyczekując momentu, kiedy naszą drogę również zaleją jego ciepłe promienie i ogrzeją skałę. W filar wstrzelamy się ok. 9.00. Igi, pomimo deklarowanej kiepskiej formy, chce prowadzić. Czeka nas wspinaczka w raczej stałych trudnościach, oscylujących wokół III/IV, z dwoma miejscami za V. Co ciekawe, droga okazuje się całkowicie ubezpieczona: każdy z pięciu długich wyciągów (40 – 50 metrów każdy) wieńczy stanowisko zjazdowe (łańcuch), po drodze napotkamy też stałe przeloty (kotwy). Później, okaże się to zbawienne…

Igi prowadzi w zasadzie większość drogi, zmieniam go tylko w dwóch miejscach, przy drugim i piątym wyciągu. Całość okazuje się niezwykle ciekawa, zajmująca i urozmaicona. Bywają momenty, kiedy trzeba użyć siły, w innych tzw. techniki “estetycznie-dynamicznie”, a zdarzają się i takie, gdzie nie zawahamy się odwołać do stylu hakowego (czytaj, ciągnąc za taśmę) icon wink Jaworowy Szczyt – filarem Kellego, 2010 Tatry Jaworowy Szczyt Po drodze zauważamy ślady “walki” naszych nieznanych poprzedników: zaklinowane, nie dające się wyjąć friendy, liczne haki ze świeżymi prusikami czy też dużą, kevlarową pętlę. Pewnie nie raz tutaj “działo się”. Ta ostatnia służy nam jako element stanowiska, które postanawiamy zbudować “pozaplanowo”, przed kluczowym momentem drogi (koniec trzeciego wyciągu: nawieszająca się, “piątkowa” ścianka z odległą “klamą”). Wspinaczka idzie raczej spokojnie, bez pośpiechu, jest przyjemna. Wreszcie, pojawiamy się przy końcu piątego wyciągu, gdzie linia wyprowadza na niewielką turnicę. Tu ciekawostka: idąc za stałymi przelotami, można wpakować się w teren, którego trudność wykracza dużo ponad przewodnikowe “III” (tak też podaje topo). W tym miejscu należy turnicę obejść lekko od lewej (po gzymsie), i w zależności od dalszych planów: albo dalej z lewej na piarżystą płasieńkę (jeżeli chcemy iść na szczyt Jaworowego), albo odbić trawersem w prawo, do ostatniego stanowiska zjazdowego (łańcuch – jeżeli chcemy opuścić żebro drogą wejściową już teraz).

Jako, że naszym planem było wejście na główny wierzchołek Jaworowego – po pięciu godzinach kończymy wspinaczkę filarem na wspomnianej turnicy i udajemy się ową płasieńką na skraj Jaworowej Galerii, a dalej – po piargach i złomach, docieramy na szczyt. Pamiątkowe zdjęcia i decyzja: jak schodzimy? Tutaj się zaczyna……

Upieram się, że zejdziemy na stronę Siwych Stawów, bo tam prowadzi droga za 0+. Schodzimy ciut poniżej wschodniej grani Jaworowego, szukamy ścieżki, ale kiepsko to wygląda. Widzimy wylot niewielkiego, zaśnieżonego żlebku, na którym dostrzegamy mnogość ludzkich śladów. Podążamy wzrokiem w dół, za ich linią, ogniskując wreszcie na nieciekawej płycie. Nie mamy ze sobą raków – zostały w aucie. “Nie ma wała, spier****limy się na tej płycie.” – rzuca cicho Igi. Jeszcze chwilę tam stoimy, zaczyna się nerwowa dyskusja, czy tędy, czy owędy, niezdecydowanie podsyca poirytowanie obu stron. Przenosimy się paręnaście metrów dalej, w kierunku Siwych Wrótek. Wszak Siwym Żlebem też można zejść. Podchodzimy do jego wylotu, gdzie Igi wcześniej przyuważył pętlę zjazdową. Tu też wyprowadzają ludzkie ślady, a sam żleb wygląda przystępniej, niż jego sąsiad. Montujemy zjazd, Igi rusza na dół, w towarzystwie licznych przekleństw. Warunki okazują się tam paskudne: u góry zmrożona powierzchnia śniegu szybko zapada się pod każdym krokiem, niżej – lód, i nic więcej. Po dojechaniu do końca liny (zjazd 50 metrów) Igi stwierdza, że tutaj dalsze ślady się urywają, dalej wszystko jest zalodziałe i bez raków nie da rady.

Nie pozostało nic innego, jak wycofać się, tj. wrócić na górę. Kiedy Igi podchodził, ja – marznąc na przełączce w halnym wypizdowie, myślałam, co dalej… Przypomniał mi się słowacki opis drogi: “Zostup zlanenim”. “Bosko, czyli jednak… nie puści nas inaczej” – myślę. Trochę obawiałam się tej opcji. Czy była słuszna? Nie wiem. Jednak po dalszej, nerwowej rozmowie, decydujemy się wreszcie dostać na dół drogą naszego wejścia, tj. zjazdami z żebra (wszak w całości jest ubezpieczone). Straciliśmy oczywiście masę czasu na wcześniejsze próby i niepotrzebne dyskusje, co finalnie owocuje rozpoczęciem zjazdów już po zachodzie słońca.

Ostatnie promienie dziennego światła znikają wraz ze światłem czołówki Igiego, która gaśnie już przy rozpoczęciu pierwszego zjazdu. Dodatkowo, niebo zasnuły ciężkie chmury, które spowiły naszą małą rzeczywistość w całkowitym mroku. Tylko ja mam światełko, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak ruszyć w ciemnościach na dół, zjazdem, szukając miejsca na założenie kolejnego stanowiska. Nade mną rozpościera się nieprzenikniona czerń, nie widzę, gdzie jest Igor. Bez jego światełka czuję się zwyczajnie sama – to było bardzo nieprzyjemne i stresujące uczucie. Ostatni wyciąg to fragment, w którym żebro zawija lekko łukiem z lewa na prawo, toteż zjazd postanawiam uskutecznić w linii prostej, mając nadzieję, że dobrze zapamiętałam tamten teren i że uda mi się dojechać do stanowiska, ścinając trochę ten łuk. Po drodze mijam głęboki, długi komin z zaklinowanym głazem – oczami wyobraźni widzę tylko, jak przy próbie ściągnięcia klinuje się tam nasza lina. Docieram wreszcie znowu do linii żebra. Wtem u góry rozbłyskuje światełko: to lampka Igiego znowu zaczęła działać! Doznałam niewypowiedzianej radości i ulgi. Znowu poczułam, że jeszcze ktoś tu jest…

To, co wydarzyło się potem było osobliwym przeżyciem. Zaliczam wahadło, gubię czekanomłotek, Igi gubi aparat, ja dostaję w plecy głazem wielkości pokaźnego telewizora, i tylko instynktowny odruch w postaci złapania liny ratuje mnie przed niechybnym końcem. Poczułam zapach siarki…. A to wszystko w tle niekończącej się epopei zjazdów, podczas których nie widzieliśmy nic pod sobą, traciliśmy orientację, na jakiej jesteśmy wysokości i co nas jeszcze czeka w dole, w międzyczasie zaczyna padać śnieg, a temperatura wciąż spada. W dodatku, słyszymy potężny grzmot rozlegający się nad całą doliną, którego źródła nie jesteśmy w stanie rozpoznać… Zjazdy z dwiema linami 50 metrów okazały się nieefektywne: nie dość, że same liny precliły się niemożebnie, to 50-tki okazały się za krótkie, aby zjechać “od łańcucha do łańcucha”. Na szczęście, stałe przeloty w postaci kotw były dla nas wybawieniem, mogliśmy je wykorzystać jako dodatkowe stanowiska zjazdowe unikając tym samym celowego zostawiania własnego szpeju. Za każdym razem przy ściąganiu liny wstrzymywaliśmy oddech: zejdzie cała, czy będzie problem? Wreszcie, kiedy przy którymś razie zaklinowała się i musiałam przewspinać do góry 25 metrów III-kowego terenu, aby ją wyciągnąć, zdecydowaliśmy, że od tej pory jedziemy na… jednej żyle, 25 metrów. Opcja pozornie “bez sensu” okazała się najlepszym rozwiązaniem. W prawdzie musieliśmy wykonać więcej krótszych zjazdów, ale pracowaliśmy efektywniej, szybciej, sprawniej, mając w zapasie drugą żyłę, na wszelkie “aby”. Nie obywa się też bez licznych telefonów ze Zbójnickiej Chaty – wszak napisaliśmy, że wrócimy przed 17.30, a tu już 22ga na zegarku…

Wreszcie, dojeżdżamy do samego końca. Po prawie 6 godzinach. Dowlekamy się do żółtego szlaku i powłóczystym krokiem zmierzamy do schroniska, gdzie czeka nas przemiła niespodzianka: pozostawiona dla nas przez obsługę Chaty gorąca herbata i piwo.

Pewien mądry facet, od wielu lat wspinający się w górach wysokich odkrył swego czasu przed nami swoją teorię na temat istoty alpinizmu: to radość, którą odczuwasz na widok góry, z której właśnie zszedłeś. Radość, że już Cię na niej nie ma.

Następnego ranka, wychodząc ze schroniska i patrząc na Jaworowy uświadomiliśmy sobie, że właśnie dotarliśmy do istoty alpinizmu.

Użyty sprzęt:

Lina 2 x 50 m (przyda się 60 m), pełny zestaw friendów (rozmiary 0,25 – 5), ekspresy i luźne karabinki, długie i krótkie pętle (w zależności od wybranej drogi zejścia), podstawowy zestaw kości.

Przejdź do topo.

:,