Grossvenediger, 2009

Autor: dnia 2009.09.28

Grossvenediger (Großvenediger), 3674 m, Alpy, Wysokie Taury
Droga: Normal, Johannis Hütte-Defregger Haus, F+
Data: 2009.07.23

Pogarszająca się w we francuskiej i szwajcarskiej części Alp pogoda, wygoniła nas z biwaku na lodowcu pod Aiguille du Midi, gdzie próbowaliśmy coś zdziałać w masywie Mont Blanc. W sumie nie mieliśmy do końca pomysłu, jak spędzić końcówkę urlopu. Siedząc w naleśnikarni w Les Houches, oglądaliśmy atlas samochodowy, klikaliśmy w nawigację i bez skutku próbowaliśmy znaleźć cel osiągalny w przeciągu 2-3dni, gdyż tyle czasu nam zostało. Wsiedliśmy do auta nie mając zupełnie pomysłu gdzie jechać. Bezmyślnie wjechałem na autostradę i popędziłem w kierunku zachodnim – przeciwnym Szwajcarii. Przeciwnym, gdyż zapomniałem wziąć paszportu i nie chciałem powtarzać stresu związanego ponownym przekraczaniem granicy tego „wolnego” kraju bez „papierów”. Tak więc mknąc francuską A40, mając za plecami masyw Mont Blanc, ze smutkiem oddalaliśmy się od gór i Chamonix. Potrzeba nam było 30 minut jazdy, żeby jednogłośnie postanowić o powrocie. Zawróciliśmy… by po kolejnych 40 minutach wylądować znowu w sercu alpejskiej stolicy. Postanowiliśmy przejechać na stronę włoską, korzystając z tunelu wydrążonym w najwyższej alpejskiej górze. Kolejne 40 minut jazdy, tym razem pod ziemią i staliśmy pod sklepem z winami w Courmayeur, którego wystawy wpatrywały się w czarne stoki Mont Blanc, jakże inaczej prezentujące się tu, niż po stronie francuskiej. Szybkie zakupy w winiarni, sklepie z pamiątkami i potwierdzający sms od Jck o końcówce dobrej pogody w Wysokich Taurach i już pędziliśmy w kierunku Austrii. Pędziliśmy nie słysząc własnych myśli, bo łożysko dożywało już kresu swych dni i hałas był nie do zniesienia – zagłuszał nawet trzeszczące radio, stukające amortyzatory i jakieś brzdęki w silniku, a my musieliśmy do siebie mówić mocno podniesionym głosem, przez co szybko ochrypliśmy. Gdy wreszcie po kilkunastu godzinach drogi zajechaliśmy około południa do Hinterbichl, leżącego opodal Pragraten, byliśmy już nieźle wypluci i zmaltretowani.

Parkujemy auto w przydrożnej zatoczce, wkładamy do plecaków najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszamy na szlak. Brak czasu zmusza nas do wynajęcia taksówki. Mooliczek dzwoni ze specjalnego, darmowego aparatu i już po 15minutach siedzimy w Venediger Taxi, lżejsi o 20Eur, pnąc się szybko po serpentynach szutrowej drogi. Kolejne pół godziny jesteśmy podrzucani w blaszanym busie, oglądamy piękne widoki przez tylnie szyby. Wreszcie droga kończy się szlabanem, a my wysiadamy tuż koło Johannis Hütte (2121 m). Kolejne dwie godziny to podejście do schroniska Defregger Haus (2796 m). Szlak jest swego rodzaju ceprostradą – tłumy wesołych letników w adidasach z psami i kotami, bardziej  przypomina raczej szlak do Murowańca, niźli alpejskie szlaki wysokogórskie. W Defregger Haus bierzemy nocleg w pokoju zbiorowym, który po uwzględnieniu zniżek wychodzi nieco powyżej 8Eur za osobę, czyli o wiele taniej niż w słowackich Tatrach(!). Jemy na obiad rosół z parówką, wypijamy jedno piwo na spółę i idziemy spać. Wieczorem spowodowaliśmy niemałe zamieszanie, zaburzając austriacki ordung, gdyż na pustej i ogromnej, kilkudziesięcioosobowej sali zbiorowej, zajęliśmy inne numery łóżek niż te które nam przydzielono. Właścicielka próbowała obudzić mnie dzikim wrzaskiem w języku Goethego i Schillera, ale jako że odsypiałem kilkanaście dni dziadowania w namiocie – niezłomnie chrapałem z siłą parowozu. I dobrze, gdyż dzięki temu obyło się bez międzynarodowej awantury, którą zapewne bym wywołał.

Wstajemy o 4 rano, jemy solidne śniadanie, pakujemy wodę, kanapki, bierzemy niezbędny sprzęt lodowcowy i ruszamy w górę. Wraz z nami wyrusza tylko czwórkowy zespół Austriaków, cieszymy się więc samotnością i panującą dookoła ciszą, przerywaną tylko szumem lodowcowych strumyków. Aklimatyzację mamy bardzo solidną, więc idzie nam dość żwawo. Widoczność jest słaba, wszystko otulają chmury i mgła. Pniemy się najpierw przez skaliste żebro, mając lodowiec około 40m niżej. Po dwudziestu minutach schodzimy łagodnie do jego powierzchni. Zaskakuje nas całkowity brak szczeliny brzeżnej. Lodowiec przypomina raczej łagodnie nachylone pole śnieżne. Śnieg jest niezmrożony, miękki, zastanawiam się nad wytrzymałością mostków śnieżnych nad ewentualnymi szczelinami. W pewnym momencie chmury się rozstępują i naszym oczom ukazuje się cel kopuła Grossvenediger’a cała skąpana w czerwonej poświacie promieni wschodzącego słońca. Czujemy się podbudowani, wierząc że jeszcze będą piękne widoki, na których tak nam zależało, przyspieszamy więc kroku. Dochodzimy do niewielkiej grupy szczelin, przekraczamy mostki śnieżne trzymające na słowo honoru i podążamy dalej, mając po prawej stronie Kleinvenediger’a (3477 m). Szczytu Grossvenediger’a niestety znowu nie widać, mgła gęstnieje, a my poruszamy się po omacku, starając się trzymać udeptanej ścieżki. Teren jest raczej płaski i mamy nadzieję, że ścieżka prowadzi na szczyt, a nie trawersuje zbocza. Kolejne pół godziny i zaczyna robić się stromo. Bardzo nas to cieszy, gdyż byliśmy pewni, że pogubiliśmy się we mgle. Kolejne 15 minut i znajdujemy się na grani pod szczytowej. Z racji dużej szerokości przypomina ona raczej grzbiet. Nie widzimy czy jest eksponowana, ale ślady zejścia z niej zarówno na lewą, jak i na prawą stronę mogą sugerować, że nie jest zbyt przepaścista. Jednakże to tylko domysły, które snujemy dla zabicia czasu, który zaczyna się już dłużyć z powodu monotonnej bieli. Wreszcie śnieżna grań zmienia się w lodową i zwęża się do szerokości dwóch stóp, pokonujemy ostatnie 10m i stajemy na szczycie Grossvenediger (3674 m), przed majaczącym we mgle krzyżu. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć, kręcimy się w kółko i czekamy z nadzieją że może się jednak przejaśni, jednakże po 20 minutach dajemy za wygraną i rozpoczynamy zejście. Zbiegamy dość szybko, jesteśmy mocno zawiedzeni brakiem widoków, monotonią podejścia i brakiem jakichkolwiek trudności technicznych. W połowie lodowca spotykamy podchodzącą czwórkę naszych znajomych Austriaków, co nas upewnia, że idziemy w dobrym kierunku. Dochodzimy do szczeliny, mijamy szerokim łukiem od lewej, by nie tracić czasu na skakanie po śnieżnych mostkach. Zatrzymujemy się jeszcze na pół godziny przy lodowym nacieku, by przetestować nowe śruby lodowe Mooliczka i schodzimy do schroniska. Pod Defregger Haus jesteśmy około 8 rano i nie wiemy za bardzo co ze sobą zrobić o tak wczesnej porze. Gawędzimy jakiś czas z napotkanymi rodakami a potem z dwójką wesołych Słoweńców. Kiedy wszyscy idą w góry, postanawiamy zejść, powoli snujemy się do Johannis Hütte, gdzie okazuje się, że taksówkarze mają przerwę obiadową. Odsypiam na trawie do momentu przyjazdu taksówki. Taksówka, dowozi nas na parking prawie pod sam samochód. Gotujemy chińskie zupy i opuszczamy Tyrol z bardzo mieszanymi uczuciami, z jednej strony przepiękne góry, w niższych partiach bardzo przypominające Tatry,  z drugiej jednak brak urobienia czegoś konkretnego wywoływał poczucie straty czasu.

:,