Grossglockner – zimą, 2011

Autor: dnia 2011.02.15

Grossglockner, 3798 mnpm, Wysokie Taury, Alpy
Droga: normal od Kals, przez lodowiec Ködnitzkees, PD+, II
Data: 2011.02.11-13

Odsłona pierwsza

Weekend “Trzech Króli” – jak go sensownie wykorzystać? A chociażby, pojechać na “Glocka”. Góra ładna, lubimy ją, zimą nie byliśmy, prognozy są bardzo zachęcające – nie pozostaje zatem nic innego, jak pakować się i ustawić GPS na Kals am Grossglockner.

Początek był obiecujący. Po 10 godzinach jazdy, rankiem pojawiamy się na parkingu pod Lucknerhaus, skąd “Dzwonnik” pięknie się prezentuje na tle wczesnoporannego, niczym nie zmąconego, zimowego nieba. Niestety – miał to być pierwszy i jedyny raz, kiedy ujrzymy naszą górę podczas tego wyjazdu. Róże i karmazyny nad nami szybko ustępują miejsca bieli chmur i mgły. Tracimy z oczu nasz cel.

Droga do schroniska Stüdlhütte jest nużąca: 3/4 jej długości torujemy w śniegu, na żadne ślady za wyjątkiem rakiet i skiturów nie mamy co liczyć. Po prawie 5h męczarni zalegamy w winterraum’ie, skąd nazajutrz wyruszamy do kolejnej naszej przystani – schronu ErzherzogJohannHütte (EJH). Przekroczenie lodowca Ködnitzkees również nie należy do przyjemności. “Some clouds – jasne!” – prycham pod nosem z pogardą, na samą myśl o prognozie pogody, która miała nam tu sprezentować piękne słoneczko, tymczasem zaś torujemy z Igim na zmianę idąc po omacku w kompletnym mleku, przy widoczności circa 50 metrów. Udaje nam się jednak dotrzeć do grani ze stalówkami, i po 4 godzinach pojawiamy się pod naszym schronem, który o tej porze roku i w tych warunkach wygląda dość imponująco.

I na tym kończy się nasza styczniowa przygoda z Grossglocknerem. Całą noc spędzoną w EJH słyszymy wycie za oknem, przypominające odgłos silnika odrzutowego, jakby ktoś odpalił go tuż za schronem. Kilkukrotnie wychodzimy “na zwiady”, sytuacja jednak nie poprawia się. Ranek również nie przynosi żadnej zmiany: wichura nie ustaje, a widoczność jest jeszcze gorsza, niż poprzedniego dnia. Czasu nie mamy na tyle, aby czekać, zatem postanawiamy schodzić. I czekać na kolejną okazję, aby zmierzyć się z zimowym Dzwonnikiem.

Odsłona druga

“Kolejna okazja” pojawia się szybciej, niż myślimy, bo już miesiąc później. Tym razem, po kilku przetasowaniach wyjeżdżamy ostatecznie w czteroosobowym składzie, wraz z Jackiem i Mateuszem. Igi ma motywację na poziomie 150%, podbudowany prognozami – w które ja już nie wierzę.

Postanawiamy zmienić nieco plan i wybrać inny wariant naszej drogi sprzed miesiąca, omijając schronisko Stüdlhütte i uderzając wprost przez lodowiec, do EJH (3454 mnpm). Licząc z parkingu pod Lucknerhaus, to w zasadzie 1500 metrów przewyższenia do pokonania.

Poranek mamy pogodny. “O tyle przyjemniej będzie się torowało w śniegu…” – pomyślałam sceptycznie. Na początku było wesoło, po godzinie zaczęliśmy stękać (jedni bardziej, drudzy mniej), po trzech godzinach już wszyscy chcieli kupić skitury. Tak – zimą, na tę górę zdecydowanie nikt normalny (oprócz Polaków) nie wchodzi bez nart.

Grzebiemy się w śniegu coraz dłużej, nie każdemu dopisuje forma, nie wszyscy też chcą torować. To powoduje, że zamiast szybciej (bo we czwórkę), idzie nam jeszcze wolniej. Co chwila, przestoje… Z Igim wiemy już, że to zdecydowanie za wolno. Na lodowcu widoczność się pogarsza, chmury znacznie obniżają swój pułap i znowu człapiemy w mleku. Zaczyna sypać śnieg. Na grani ze stalówkami wyjmuję czołówkę, obawiając się, że zastanie nas tam zmierzch. Im bliżej schronu, tym wzrasta zniecierpliwienie i poirytowanie co poniektórych: Jacek traci siły i przestaje współpracować, Igi rzuca pod nosem niewybredne przekleństwa, Mateusz wiedziony wilczym głodem ciągnie resztę do góry jak koń wyścigowy. Wreszcie, po 10 godzinach, w ostatniej chwili przed zapadnięciem zmroku, stajemy przed Erzherzog-Johann-Hütte, totalnie wymęczeni. Schron jest pusty, jak poprzednio. Znajdujemy salami, które zostawiliśmy tam z Igim miesiąc wcześniej, co budzi nasze rozbawienie. Zasypiam w 3 minuty po wejściu do śpiwora.

Pobudka o 6.00. Mam deja vu…. Na zewnątrz wszechobecna biel i zawierucha. “To chyba jakieś żarty…” – mówię do siebie. Igi jednak ma takie parcie, że mentalnie wypycha nas ze schronu. Pakujemy się, i wychodzimy. Nic nie widać. Idziemy “na pamięć”, w kierunku Glocknerleitl’a, żlebu opadającego z grani szczytowej Kleinglockner’a. Wieje niemiłosiernie. Prognozy mówiły o “dużych przejaśnieniach, wietrze 25 km/h i temperaturze odczuwalnej ok –20 C”, a my tu mamy mleko i – jak na mój gust – z 70 km/h. Wiatr w oczy – dosłownie i w przenośni. W powietrzu wirują lodowe igły, a ja wybieram pomiędzy peelingiem twarzy a zamarzającymi okularami, które zaparowywały w sekundzie przy założonej kominiarce. Kilka razy wiatr “kładzie nas” na ziemię, aż miło. Igi ma jednak taką determinację, że słysząc gdzieś z tyłu sugestię odwrotu, zaczyna wręcz prowokować, rzucając zniecierpliwione “To kto idzie ze mną na szczyt?!! Matti?”. Gdyby widział wtedy błysk w moim oku… Kto w ogóle mówił o odwrocie??!!

Wreszcie wchodzimy w żleb. Warunki okazują się świetne – obawialiśmy się wylodzenia, tymczasem “Leitl” wypełniony jest śniegiem, i to całkiem stabilnym. Jednocześnie, wiatr zaczyna się uspokajać, niebo przejaśniać – robi się naprawdę fajnie! Igi prowadzi – na grani względny spokój, szybko dochodzimy na wierzchołek Kleinglocknera, skąd na przełęcz Glocknerscharte i stajemy przed kopułą szczytową Grossglocknera. Zadziwiające! Teraz, było na niej mniej śniegu, niż kiedy działaliśmy tu półtora roku wcześniej, w czerwcu! Tutaj przejmuję prowadzenie. Początkowo bez entuzjazmu, szybko go jednak odzyskuję – ten fragment był po prostu przyjemny. Po drodze mijamy się z grupą skiturowców, prowadzoną przez przewodnika. “Are you a guide?” – rzuca do mnie pogardliwie. “No, I’m just here for a pleasure.” – odpowiedziałam zdecydowanie, ale z uśmiechem.

 

httpv://www.youtube.com/watch?v=2Hsy6akGEpo&hd=1

Na szczycie wita nas piękna pogoda. Nie możemy odmówić sobie “pobuszowania” trochę po nim i pajacowania: Mateusz ku uciesze wszystkich „broni krzyża” waląc weń dziabami, Jacek pręży z boku dość drogi czekanomłotek, ja zaś próbuję nakręcić pierwszy film swoim ‚markowym’ aparatem. Ogólnie góra daje nam swoje „pięć minut”.

Pięć minut zmienia się co prawda w dwadzieścia, ale fakt, faktem – trzeba zejść. Rozpoczynamy żmudną operację, zwłaszcza, że zespół jest liczny, a w zimie zmrok zapada szybko.
Najdłużej wypadają dwa zjazdy. Pierwszy z nich: na przełęcz, gdzie nie mogę powstrzymać się od używania niecenzuralnych słów, drugi zaś –  niezaplanowany, na Glocknerleitl’a.

Wreszcie, jesteśmy na dole. Do EJH zdążamy przed zachodem słońca.

Topo
Stuedlgrat topo

Użyty sprzęt:

Lina 1 x 60 m, luźne karabinki (min. 10 sztuk dla 4-os. zespołu), dużo krótkich pętli, jedna długa (lonża przy stalówce podczas zjazdu z Kleinglockner na Glocknerscharte). W zależności od warunków panujących w żlebie Glocknerleitl, można mieć ze sobą szablę śnieżną, a także śruby lodowe.

Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego 🙂

Zobacz również:

Grossglockner przez Hofmannskees – relacja 2009

Grossglockner przez Stüdlgrat – relacja 2011

Grossglockner przez Stüdlgrat – relacja 2013

:,