Gran Paradiso, 2013

Autor: dnia 2013.08.03

Gran Paradiso, 4061 mnpm, Alpy Graickie
Droga: normalna z Pont, przez schronisko Vittorio Emanuele II, PD-
Data: 2013.07.08

To była długa przerwa. Prawie dziewięć miesięcy oczekiwań na górską akcję wydają się nie mieć końca kiedy spoglądasz za okno, na kamerki internetowe, prognozy pogody, wreszcie – na kolejne doniesienia o tym, że „sezon rozpoczęty”, zimowy czy letni, i ludziska poszły w góry. U nas, górsko w tym czasie nie wydarzyło się wiele, za to psychologicznie i emocjonalnie – okres ten był bardzo barwny! Mimo wszystko jak na to teraz spojrzę, to nie chce się wierzyć, że czas ten minął …w zasadzie, szybko! Operacja kolana i rehabilitacja, dzień w dzień, wycisnęły ze mnie łzy, siódme poty i tony przekleństw, od zgrzytania i zaciskania starły mi się zęby, ale nauczyłam się pokory, cierpliwości i wzmocniłam determinację. „Okej. Będę walczyć, codziennie, po kilka godzin.” – pomyślałam na starcie. „Ale w Alpy, w sezonie letnim 2013 pojadę na pewno!” – postanowiłam. To był mój Cel.

Nadeszła wreszcie ta wiekopomna chwila: urlop! Noga? Przygotowana – mój trener i rehabilitant dał mi błogosławieństwo na drogę, spakowaliśmy graty i pojechaliśmy z Igim do słonecznej Italii.

Pont, Valsavarenche

Pont, Valsavarenche

Na początek, aby przypomnieć sobie „jak to w tych górach szło”, zdecydowaliśmy się odwiedzić Park Narodowy Gran Paradiso i – nic odkrywczego – wejść na najwyższy jego szczyt, o tej samej nazwie. Miejsce piękne, góra też niczego sobie, technicznie nietrudna (choć oczywiście, na lodowcu jak to na lodowcu, czujność musi być!), z ciekawą końcówką… Uderzamy więc do Pont, gdzie po noclegu w aucie na bezpłatnym parkingu (wysokość ok 1960 mnpm) wychodzimy następnego dnia w kierunku schroniska Vittorio Emanuele II (2735 mnpm).

Po przyjemnym, 3-godzinnym porannym spacerze ewidentną ścieżką, wiodącą najpierw lasem, potem szybko wznoszącą się ku bardziej skalnym terenom docieramy do schroniska. Chwilowy odpoczynek, uzupełnienie zapasów wody, zakup kremu z filtrem (najlepszego EVER!) – i dalej w drogę, celem znalezienia miejsca pod biwak. Znajdujemy je na wysokości niecałych 3000 mnpm, jakieś pół godziny od schroniska, trzymając się drogi prowadzącej w kierunku Gran Paradiso. Miejscówka ma to, czego potrzeba: kilka platform, znajdujących się od siebie w przyzwoitej odległości oraz w miarę bliski dostęp do wody.

Po rozbiciu obozu bierzemy sprzęt lodowcowy i postanawiamy podejść wyżej, żeby uszczknąć dla siebie ciut większą wysokość, choć na te kilka godzin. Dochodzimy do miejsca tuż pod „Głową Osła”, na wysokość ok 3450 mnpm, gdzie rozkładamy się na kamieniu i podsypiamy na moment, żegnani tuż przed snem przez kilku schodzących z wierzchołka Czechów, którzy uznali nasze późne wyjście jako „vecerni vystup” na górę. Zupełnie nie chciało nam się wyprowadzać ich z błędu. Mamrotając coś do siebie, oddalamy się na moment w krainę tysiąca kolorów.

Jakiś czas potem, schodząc do namiotu po popołudniowej drzemce wpadamy na pomysł, co by zaatakować szczyt nocą celem uniknięcia tłumów, które zwyczajowo oblegają tą górę. Niestety, nocne burze w masywie krzyżują nam jednak plany, po kilku pobudkach i rekonesansie, zrezygnowani zasypiamy wreszcie na amen i koniec końców, z lekkim poślizgiem, wychodzimy z namiotu dopiero o 5.30. Sznur czołówek zdążył już minąć nasz biwak. Oj, będzie tłoczno….

Pont, Valsavarenche

Jak pod Giewontem…

Droga do ok 4.000 mnpm to człapanie po lodowcu, jest w zasadzie mało urozmaicona aczkolwiek widokowo ciekawa, szczególnie o wschodzie słońca, kiedy spojrzenie na pobliskie masywy Mont Blanc czy Ecrins rekompensuje żmudne podejście. Mijamy Becco di Moncorve oraz Il Roc i…. utykamy. Tłumy już tu są.

Najbardziej charakterystyczną częścią drogi normalnej na Gran Paradiso jest końcowe podejście na wierzchołek z figurką Matki Bożej oraz na główny wierzchołek, znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej (I w skali UIAA). Po odczekaniu ok 20 minut i obserwowaniu w międzyczasie różnych „cudów” (bynajmniej nie za sprawą Maryjki), które były udziałem mijających się na skalnej grani zespołów, decydujemy się „przypuścić atak” wymijając słabo radzące sobie w tym terenie ekipy.

Docieramy wreszcie do wierzchołka z figurką, na którym to 98% zespołów kończy swoją wyprawę do Wielkiego Raju. Natomiast faktyczna, najciekawsza „rajska grań” zaczyna się dopiero dalej. Zjeżdżamy na przełączkę za „Madonna summit” i zmierzamy w kierunku głównego wierzchołka Gran Paradiso.

Pont, Valsavarenche

Gran Paradiso

Bardzo charakterystyczny start w tą część drogi, po stopniach z regularnie uformowanych bloków skalnych, daje wrażenie nieprzypadkowości kształtu i formy. Chwyty bardzo dobre, idzie się równo i pewnie, aczkolwiek ekspozycja skłania do pokory i czujności. Śnieg, miejscami bardzo rozmiękły już o tej porze (późny poranek) zachęca do „lekkiej stopy” i uważnego kroku. Wreszcie, docieramy do najwyższego punktu śnieżnej grani. Pamiątkowe zdjęcia, pusto, wokół kłębiące się kumulusy, zwiastujące letnią, popołudniową burzę. Pięknie.

Pont, Valsavarenche

Na szczytowej grani, Madonna summit w tle

Trzeba jednak szybko schodzić, prognozy oraz poprzednia noc nie pozwalają nam długo zabawić w tym pięknym, aktualnie dostępnym wyłącznie dla nas miejscu. Wracamy drogą wejścia, wierzchołek z Madonną oraz dalszą część popularnej grani omijamy trawersem dołem, aż do przełączki, skąd grań startuje. Dalej, szybkim tempem lodowcem w dół, do biwaku, który decydujemy się zwijać i schodzić wprost na parking. Dożynki! Udaje się jednak dotrzeć na dół, burza postraszyła deszczem, piekła nam jednak oszczędziła. Opuszczamy Pont i Valsavarenche, udając się na północ i robiąc nocny przystanek ok 30 km przed Courmayeur, które ma być naszą kolejną przystanią…

YouTube Preview Image
:, ,

Komentarze

  1. Justyna pisze:

    Zaglądam do Was często i przyznam szczerze, że bardzo mnie niepokoił tak długi brak wpisów na Waszym blogu. Jak przeczytałam o tych 9 miesiącach to przyznam, że tylko jedna nasunęła mi się myśl ;)… jednak… choroba… Znam ten temat. Ja co prawda miałam problem z kręgosłupem, co także odizolowało mnie od tematu górskiego na dobrych parę miesięcy. Mozolna rehabilitacja i te sprawy… Oj ciężko było… Psycha była na wyczerpaniu, ale jakoś to przeżyłam 🙂 Come back z przytupem – graty! Pozdrawiam! 🙂

    1. Mooliczek pisze:

      😀 My też cieszymy się, że wrociliśmy w góry, no i do bloga. Dzięki za „czuwanie” przez ten czas posuchy. No i zapraszamy do ponownych odwiedzin – kilka relacji nam się „zakolejkowało” i pewnie pojawią się w najbliższych dniach. Pozdrawiamy!