Dufourspitze – Monte Rosa, 2009

Autor: dnia 2009.08.25

Dufourspitze, 4634 m, Alpy, Grupa Monte Rosa
Droga: normal przez Sattle, PD+
Data: 2009.07.15-16

Część pierwsza by Igi

Po klimatyzacyjnym wejściu na Alphubel, przyszła kolej na cel główny naszego wyjazdu, mianowicie dach Szwajcarii – najwyższy szczyt Masywu Monte RosaDufourspitze. Pomysł wejścia na ten szczyt pojawił się na krótko przed wyjazdem w Alpy i był pochodną podpuszczenia i męskiej ambicji, spotęgowanej złocistymi gorzkimi płynami:

Mooliczek: „patrz jakie fajne zdjęcie” (i tu zostaje pokazany skalisty szczyt, o niewielkiej powierzchni, na który wdrapują się przy pomocy wszystkich kończyn, omotani linami alpiniści)
Igi: „za ile?”
Mooliczek: „PD+”
Igi: „gulp” – tu nastąpiło głośne przełknięcie śliny, którego na szczęście nikt nie usłyszał (do tej pory maksimum naszych „osiągów” było PD, a i tak chwilowo.)
Igi: „wygląda super, wejdźmy tam koniecznie.” (i tu nastąpił efekt znany pod nazwą „Co? Że ja nie dam rady? Ja?”, katalizatorem był czteropak piwa o swojskiej nazwie, blisko związanej z pewnym tatrzańskim zbójcą).

Pierwotny plan „zaliczenia” jak największej liczby (około 5) okolicznych czterotysięczników, o niewielkiej wybitności i trudnościach, został porzucony na rzecz jednej solidniejszej góry, która miała nam pokazać, czy nadajemy  się do czegoś więcej niż li tylko trekking wysokogórski, czy może kiedyś zasłużymy na miano choćby ćwierć alpinistów.

Zatem siedzimy w kolejce zębatej, wiozącej nas z Zermatt, na przedostatnią stację – Rotenboden, smarujemy się kremem z filtrem i jesteśmy szczęśliwi, że już za chwilę zobaczymy cały masyw „Dufoura”, na własne oczy, którego zdjęcie na Wikipedii studiowałem całymi godzinami, a jego ogrom zapierał mi dech w piersi. Wychodzimy z kolejki i górską ścieżką idziemy za drogowskazami kierującymi do Monte Rosa Hütte. Widnieje na nich informacja, że do schroniska są 3 godziny drogi. Ja nie wierzę jednak w tak krótki czas, na plecach mam ogromną ilość jedzenia i wodę, pogoda na „Dufourze” jest raczej kiepska i mamy zamiar oblegać górę aż do skutku, tzn. do pojawienia się okna pogodowego.

Idziemy ścieżynką wśród trawek i pachnących ziół, trawersem ponad płynącym w dole, ogromnym lodowcem Gornergletscher, a wszędzie piętrzą się ogromne zbocza. Szczyty ukryte są niestety pośród chmur, ale ich ogrom jest wyczuwalny przez skórę. (zobacz  panoramę)

Widzimy także, jak daleko mamy do lodowca w dół i ile czeka nas potem podejścia. W kontekście wielkiego i ciężkiego plecaka nie nastraja mnie to optymizmem, kolana bolą mnie na samą myśl. Zapobiegawczo założyłem ściągacz na prawe kolano, ale wiem że na długo to nie wystarczy. Do szczeliny brzeżnej docieramy po godzinie i piętnastu minutach. Jest ona dość duża, ale przerzucono przez nią chybotliwy mostek, dzięki czemu można ją pokonać bez problemu, bez użycia sprzętu. Idziemy po lodzie pokrytym kamieniami, klucząc między skałkami. W końcu docieramy do kolejnej moreny. Ściągamy raki, by przekraczając ją nie tępić zębów – nie wiemy bowiem, czy nie będą potrzebne na „Dufourze”, w wielu opisach wejścia wspominają coś o kilkunastometrowym, zalodzonym kominku. Wchodzimy wreszcie na główny „nurt” lodowca, szczeliny są duże, ale pootwierane, dzięki czemu widać je doskonale. Kluczenie między nimi zajmie nam kolejne dwie godziny – czas jak widać mamy marny, ale cóż, zapasy żywności na tydzień i obolałe kolana nie sprzyjają szybkiemu tempu. Przekraczamy szczelinę i wchodzimy w teren skalny, ścieżka jest wyraźnie oznaczona, w wielu miejscach są liny poręczowe, łańcuchy i drewniane stopnie, dzięki czemu wciągnięcie wielkich plecaków nie przysparza nam większych problemów, nie stwarzają one niebezpieczeństwa utraty równowagi, którego trochę się obawiałem. Wejście skałą, od krawędzi lodowca do schroniska Monte Rosa (2795m) zajęło nam nieco ponad godzinę, więc nie jest aż tak źle, zważywszy, że po drodze robiliśmy sporo zdjęć icon smile Dufourspitze – Monte Rosa, 2009 Siedzieliśmy na lądowisku helikoptera koło schroniska ponad pół godziny i podziwialiśmy roztaczający się widok. Chmury się podniosły i mogliśmy zobaczyć przepiękne szczyty pobliskiego Lyskamm, Castora, Polluxa, a także masyw Breithorna, otaczające nas zewsząd. Powoli wychodziło słońce, a w jego promieniach ich wielkość nie była już tak przytłaczająca – teraz te piękne pagóry były po prostu wspaniałe i ślicznie połyskiwały serakami wielkości wieżowców. Ze schroniska udaliśmy się ścieżką w kierunku Untere Plattje, szukając dogodnego miejsca na biwak. Zakładaliśmy spędzić tu minimum 3-4 dni (prognozy były mało optymistyczne), więc chcieliśmy znaleźć coś wygodnego, z dostępem do wody, leżącego jak najwyżej, ale jeszcze poniżej granicy śniegu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że aklimatyzacja na Alphubelu może być niewystarczająca, więc chcieliśmy cały następny dzień odpoczywać i nabierać sił, gdyż wiedzieliśmy, co nas czeka. Na szczyt Dufourspitze droga jest dość długa (wg przewodnika 5-7h ze schroniska MRH), przewyższenie również do najmniejszych nie należy (1700m), zaś trudności skalnej grani rozpoczynają się w końcowym etapie wycieczki, kiedy człowiek jest już zmęczony długą wędrówką lodowcem i niemałym przewyższeniem. Warto dodać, że wycena na grani to II-III, brak stałych punktów, niezbyt wiele miejsc do założenia własnej asekuracji.  Do szczytu zostaje jeszcze śnieżna grań długości ok. 1 km i przewyższenie ponad 130m.

Część druga by Mooliczek

Te argumenty przekonywały nas do pozostania na biwaku dłużej i magazynowania sił przed wyjściem w kierunku szczytu. Wieczorem jednak przyszedł sms od Jck: jutro okno pogodowe, potem kicha. Biliśmy się z myślami, koniec końców jednak determinacja zwyciężyła. Idziemy. Szybkie przepakowanie szpeju (kwestia , że idziemy na lekko była oczywista i nie podlegała w ogóle dyskusji), lina, żelastwo, butelka wody na głowę, opakowanie chrupkiego pieczywa i parę batonów – tyle.

Wstajemy o 2:30 z zamiarem wyjścia o 4:00, jednakże już po trzeciej nasz namiot zaczynają mijać tramwaje czołówek. Igi zaczyna się emocjonować, że wstaliśmy za późno, więc ambicja wypycha nas na drogę pół godziny wcześniej, niż planowaliśmy. Jak się później okazało, była ona motorem napędowym, a w połączeniu z rywalizacją pozwoliła wszystkim na utrzymywanie całkiem przyzwoitego tempa.

I tak, wchodząc na Obere Plattje mijamy kilka grupek (aklimatyzacja działa), potem idziemy w miarę zwartą grupą w kierunku stromego zbocza Sattletole, krocząc mozolnie po lodowcu Monte Rosa. Droga biegła zakosami, pomiędzy szczelinami, czasem bezpośrednio pod, a czasem omijając pola seraków. W pewnym momencie Igi przywołuje mnie do rzeczywistości: „Wyglądasz, jakbyś miała mi tu zejść, jesteś trupioblada, wręcz zielona”. Byłam zaskoczona, ale widocznie wyglądałam gorzej, niż się czułam. Jego słowa obudziły mnie ze stanu zamroczenia i pół letargu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że się wyłączyłam i człapię i człapię, coraz mniej świadoma tego, w którym kierunku. Igi z kolei chciał za wszelką cenę dotrzeć na Siodło (przełęcz Sattle) jak najszybciej: tam zaczyna się nasza grań podszczytowa, a wiedzieliśmy, że im później tam wejdziemy, tym mniejsze szanse na zdobycie góry w normalnym czasie. Widmo kolejek i mijanek popędziło nas do przodu. Podkręciliśmy tempo, do tego stopnia, że kolejne alarmujące słowa Igiego obudziły już nas oboje: „Czy my w ogóle idziemy w dobrym kierunku???” Spojrzeliśmy po sobie, potem przed siebie – okazało się, że napierając do przodu zapędziliśmy się w kierunku sąsiadującego z Dufourspitze Nordenda. Na właściwą ścieżkę wróciliśmy trawersując pole śnieżne, ale tracąc przy tym cenny czas.

Wraz ze wzrostem wysokości, zwarta z początku grupa kilkudziesięciu osób rozpraszała się w różnych kierunkach. Część odbiła na Nordend, część w planach miała podejście na „Dufoura” od strony Silbersattel, reszta obrała taki sam cel i drogę, jak my, ale tempo już było różne. Wreszcie, po 4 h marszu stajemy na Sattle, tuż za wesołą ekipą pięciu Hiszpanów. Południowcy uderzyli od razu do góry, my za nimi. Rozpoczęła się 2,5 godzinna wędrówka w kierunku szczytu, po śnieżno-skalnej grani. Był to najciekawszy, ale i najbardziej emocjonujący odcinek.

Igi prowadzi. Nachylenie na śnieżnej grani ok. 40-45 stopni, grań wąska, ale do przeżycia. Warunki sprzyjają, za plecami nasze zmagania wspinaczkowe obserwuje bacznie Matterhorn, a na prawo Lyskamm. Igi napiera tak, jakby 2,5 kilometrowa lufa po prawej nie robiła na nim żadnego wrażenia. Po drodze mijamy wąskie mostki śnieżne, eksponowane półki skalne, nawieszające się głazy i oblodzone kominki. Pierwsza, krótsza część grani skalnej okazuje się trudniejsza z uwagi na praktyczny brak możliwości założenia jakichkolwiek punktów asekuracyjnych. Druga część – dłuższa, daje możliwości zarzucania pętli i zakładania kości. Finalnie, podchodzimy pod komin, w którym od połowy wysokości wisi gruba lina, ułatwiająca wspinaczkę na tym odcinku. Resztę jednak trzeba przeżywcować (jeżeli chce się to zrobić szybko), lub założyć asekurację na stałe (jeżeli ma być bezpiecznie).

Wreszcie, po 7 godzinach stajemy na szczycie Dufourspitze. Dokoła nas wspaniałe Matterhorn, Weisshorn, masyw Mischabel z Dom i Taschhorn na czele, ale też bliższe, rozpoztarte u stóp „Dufoura” pomniejsze szczyty Masywu Monte Rosa: Zumsteinspitze, Signalkuppe, Parrotspitze, Ludwigshohe, i Balmenhorn, a dalej wspaniały Lyskamm, Castor i Pollux, oraz masyw Breithorna. Na horyzoncie majaczy do nas Mont Blanc…. Pięknie.

Na miejscu spotykamy wesołych Hiszpanów, którym oddajemy wspaniałomyślnie pożyczonego nam po drodze frienda. Szczyt jest jednak tak wąski i mały w stosunku do ilości odwiedzających, że nie mam mowy o sesji zdjęciowej – pstrykamy zaledwie kilka fotek i decydujemy się na szybkie zejście tą samą drogą.

Pierwszy kominek pokonujemy ze stałą asekuracją: najpierw ja Igiego, potem Hiszpanie mnie. Naczekaliśmy się jednakże, aż wyjdzie z niego piątka Polaków (mijanki, a jednak…) zanim wstrzeliliśmy się w niego pełną parą. Reszta poszła szybciej – wszak znaliśmy już drogę. Szybko stajemy na Sattle, a potem dalej w dół. W międzyczasie gubimy drogę, skręcając w lewo zbyt wcześnie. W efekcie, lądujemy na drodze prowadzącej z naszego biwaku do schroniska Margherita, co – jak się potem okazało – było wariantem dużo szybszym. Namiot osiągamy po 13 godzinach akcji górskiej.

Nazajutrz, z uwagi na prognozy o burzy, decydujemy się szybko zbierać graty i wracać. Czeka nas niekończący się marsz powrotni przez moreny lodowca Gornergletscher i zbocza Gornergrat, aż do stacji Rotenboden. Początkowo w planach było zejście aż do Zermatt, jednakże kolano odmawia mi posłuszeństwa. W efekcie, Igi urządza sobie 2-godzinny spacer w dół, a ja korzystam z kolejki i kończę wycieczkę w sklepach z pamiątkami, szukając prezentu urodzinowego dla Jck. Półtora godzinna eskapada rodzi we mnie nienawiść do Matterhorna, którego wizerunek atakuje zewsząd, łącznie z papierem toaletowym (prezentując się jednakże zawsze z tej samej, północno-wschodniej perspektywy..ciekawe…). Ostatecznie, kończę na ławce koło kościoła w Zermatt, czekając na Igiego i gapiąc się na wszechobecnego Tobleronka. Wewnątrz rodziło się wrażenie, że tak naprawdę, to my chyba nic nie urobiliśmy, że tutaj jest tylko jedna Góra. Dobrze, że to straszne uczucie było tylko chwilowe icon wink Dufourspitze – Monte Rosa, 2009

Zobacz również:

Czterotysięczniki alpejskie – info

Monte Rosa, 2011 – relacja

Gallery not found. Please check your settings.