Dom de Mischabel – Festigrat, 2010

Autor: dnia 2010.08.10

Dom de Mischabel, 4545, Alpy Pennińskie, Grupa Mischabel
Droga: Festigrat, PD+, UIAA II/II+
Data:2010.07.13-2010.07.14

Najwyższa, w całości znajdująca się na terenie Szwajcarii, miała być głównym celem wyjazdu. Plan pierwotny zakładał kulminację na Dom de Mischabel. Plan jednak zmieniliśmy – wszak Weissmies na pewno dała nam wystarczającą aklimatyzację, więc po co czekać? Zróbmy ją od razu… Bohaterowie.

To wymagająca góra. Przede wszystkim – kondycyjnie. Od punktu startu – czyli miejscowości Randa – jest do przejścia 3 kilometry w pionie. I nie ma zmiłuj, bo i kolejki żadnej nie ma.

Startujemy o 8.00. Droga wiedzie początkowo lasem, wychodząc następnie na odkryte, skalno-trawiaste tereny, by wreszcie wejść w kilkuset metrowy żleb, ubezpieczony stalówkami i klamrami, prowadzący niemalże stricte pod Domhutte.

Pogoda dopisuje – idziemy więc w lampie. Cóż za rozkosz… Jak na złość, Weisshorn pozostaje cały czas w chmurach – nie na taki widok liczyłam…

Przed 14stą meldujemy się pod schroniskiem (2940 m), omijamy je jednak szerokim łukiem nie wchodząc do środka i człapiemy dalej w górę, szukając miejsca na biwak. Znajdujemy je jakieś 200 metrów wyżej: kilka przygotowanych platform, otoczonych skalnymi murkami. Miejsce znane, bo i jedno z nas biwakowało już tu wcześniej, przed kilkoma laty. Miejscówkę mamy niezmiernie urokliwą, zważywszy sąsiadów Dom: Weisshorn (dalej lico skrywa za woalką), Zinalrothorn, wreszcie Matterhorn. Za nami zaś – nasz majestatyczny cel.

Szukamy wody – strasznie sucho tego lata. Żeby ugotować zupę czy herbatę, musimy schodzić kilkadziesiąt metrów niżej, na lodowiec. Z uwagi na odległość, mniej nosimy, częściej zaś tam gotujemy – taka prowizoryczna i fajna kuchnia (nie było przenośnych).

Plan na dzień kolejny zakłada wyjście o 3.00, tak więc dość wcześnie kładziemy się spać. Nazajutrz pobudka i start przebiegają sprawnie: kiedy na zewnątrz temperatura w plusie, nawet zwyczajna niechęć do wyjścia z namiotu ustępuje i gramolimy się dość sprawnie. Kolejność jak na Weissmies: Mulik-saper, chłopaki robią za potencjalne wyciągarki. Gdy wchodzimy na lodowiec jeszcze w totalnej ciemności, zaczyna się kluczenie. Kingletscher na tym odcinku okazuje się być uszczelniony bardziej, niż się spodziewaliśmy. Był jednak prawie satysfakcjonująco wytopiony. Prawie – gdyż po drodze Matti wpada do szczeliny. Na szczęście – tylko jedną nogą. Igi reaguje błyskawicznie, ja na przedzie nawet tego nie odczułam – zauważyłam jedynie, że ekipa się zatrzymała.

Po chwili postoju idziemy dalej. Zaczynam odczuwać zmęczenie…

„Hm. Dziwne, już?”.

Myśleliśmy, że będziemy pierwszym zespołem atakującym – okazuje się jednak, że po wejściu na lodowcowe plateau migają nam przed oczami dwie czołówki. Za nami również zaczyna się „migotanie” – ruszają tramwaje z Domhutte. Im bliżej jesteśmy przełęczy Festi (Festijoch), tym ekipy prowadzone przez przewodników bardziej depczą nam po piętach. W pewnym momencie odbijamy zbyt wcześnie w kierunku przełęczy, żeby zorientować się, iż droga nie biegnie już tamtędy. Teraz, wejście na przełęcz prowadzi niemalże w linii prostej jej spadku, czysto skalnym terenem o umiarkowanych trudnościach (UIAA II+), ubezpieczonym zawieszonymi na stałe linami.

Mijają nas dwie ekipy – ślimaczymy się. Po 2h 30m od wyjścia z namiotu stajemy na Festijoch – wznosi się ona jakieś 50 metrów ponad lodowcem Kin. Na miejscu okazuje się, że po drodze musiałam zgubić aparat…

“Znowu????”

Chwytam doła, a wczesny świt nad Matterhornem i Weisshornem uwieczniają na zdjęciach chłopaki.

Przygotowujemy sprzęt do podejścia. Wybraliśmy grań Festi (Festigrat) – długą na niemalże 1800 metrów, drogę pierwszego wejścia na Dom, wycenianą na PD+. Jest praktyczniejsza niż droga normalna: wyprowadza wprost na wierzchołek, podczas gdy ‘normal’ prowadzi w dół na lodowiec, a następnie szerokim łukiem omija szczeliny i pnie się zygzakami po północnej ścianie, będąc przy tym dłuższym i bardziej nużącym. Jest on  jednak na pewno opcją bezpieczniejszą…

Skał na grani było nad wyraz dużo – o niebo więcej, niż na jakimkolwiek zdjęciu z Festi, które oglądałam dotychczas. Łącznie, sięgały jakiś 300 metrów ponad Festijoch. Trudności rzędu II, może II+, nie więcej, i to w kilku zaledwie miejscach. Idziemy wszyscy na jednej linie, 50 m.  Początek śnieżny, szybko jednak wchodzimy w skały. Nie są trudne. Ja jednak zaczynam zwyczajnie zdychać. Mam wrażenie, że nie wytrzymam narzuconego tempa, choć walczę i napieram. Dla chłopaków robi się chyba za wolno.

“Co jest grane, do cholery?? Gdzie ta klima? Jeszcze nie osiągnęliśmy 4 tysięcy, a ja już ledwo żyję. Nie tak to miało wyglądać….”.

Słyszę z przodu krótkie “Męczące te skały.”, ale nijak nie wpłynęło to na tempo akcji. Napieramy, nie ma co jojczyć. Za mną Igi z Mattim nie dają nic po sobie poznać, Igi czuje się wręcz doskonale. W pewnym momencie muszę chwycić się mocniej skały, co by nie stracić równowagi, bo zaczynam mieć autentycznie mroczki przed oczami. Odlot – pierwszy raz czegoś takiego doświadczam. Nogi słabną, zaczynają się plątać. W pewnym momencie, wychodząc na pokryty lodem teren za słabo wbijam w podłoże rak i ujeżdżam, naszczęście, nie szłam pierwsza…

Potem robi się lepiej, organizm się powoli przyzwyczaja, do biegania jednak mi daleko. Gdy wychodzimy z tego terenu uświadamiamy sobie, że dalsza część ‚śnieżna’ to w efekcie lód, przynajmniej w stale zacienionych miejscach. Śnieg był przewiany i wytopiony, a opadów nie było od dłuższego czasu. W pewnym momencie Igi bierze cały szpej do lodu i przejmuje prowadzenie. Świetna forma w skałach jednak niestety ustępuje, i również zaczyna odczuwać kondycyjne trudności wspinaczki. Teren oferuje gdzieniegdzie miejsca wyłącznie na przednie zęby raków. Takiego oblodzenia się tu nie spodziewaliśmy. Śruby idą w ruch.

Mijają kolejne minuty. Wchodzimy mozolnie coraz wyżej, dostrzegając powoli dobiegającą do naszej drogę normalną, a na niej ludzi, którzy jeszcze niedawno wchodzili na Festijoch po nas…

„Świetne mamy tempo…”

Końcówka w fajnie zmrożonym śniegu, wyprowadza nas wreszcie na wierzchołek w okolicy godziny 10 rano. Jak się okazuje – jesteśmy ostatnim teamem z całej plejady, która wyruszyła o podobnej porze. Prawdziwi herosi 😉 Humory jednak mamy doskonałe 🙂

Chwilka na szczycie, podziwiamy dookoła… wszystko w zasadzie. Całe Alpy Pennińskie, plus wiele innych olbrzymów w oddali, w tym nawet Gran Paradiso czy masyw Blanka.

Schodzimy drogą normalną – przedeptaną jak nartostrada. Ciągnie się niemiłosiernie, momentami wręcz zatacza takie koło, jakby miała wyprowadzać w przeciwną stronę (pod Lenzjoch). Po drodze przechodzimy koło seraków, wiszących nad nami jak siekiera kata, wielkich jak kilkunastopiętrowe budynki. Instynkt samozachowawczy nakazuje szybki marsz przez ten rejon, jednak sił brakuje, mimo, iż ewidentne ślady nie tak dawnych obrywów przecinają nam drogę. Dodatkowym demotywatorem jest konieczność podejścia jeszcze na przełęcz Festi. Zejście z przełęczy z powrotem na lodowiec Kin wygląda dość ciekawie w naszym wykonaniu, kiedy plączemy się we własnych i zawieszonych na stałe linach. Od tego momentu, z nieskrywaną, niepoprawną wręcz nadzieją, szukam mojego aparatu.

Do ostatniej chwili…

Znajduję go w namiocie, po 12 godzinach od ‘rozstania’ – na ułożonych przez nas wcześniej przed wyjściem śpiworach. Radość moja nie ma granic! Żałuję, że znalazca nie zrobił sobie nim zdjęcia – może miałabym okazję podziękować? 🙂

Dom to kawał góry. Pięknej góry. Bez dobrej aklimatyzacji – może jednak zamienić się w męczarnię. Schodzimy następnego dnia. Zmęczeni, jak konie po Wielkiej Pardubickiej, ale z ogromną satysfakcją.

Po zejściu do Randy przenosimy się z powrotem do Saastalu, gdzie czeka na nas jeszcze jedno zadanie: ambitne, budzące wątpliwość, czy aby wykonalne w takich warunkach. Nadelgrat.

Zobacz również:

Czterotysięczniki alpejskie- info

Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego 🙂

:, ,