Cubryna – Zetka, 2012

Autor: dnia 2012.03.13

Turnia Zwornikowa, Masyw Cubryny, 1961 mnpm, Tatry Wysokie
Droga: środkiem północno-wschodniej ściany, “Zetka”, III
Data: 2012.03.10

Ten wyjazd był kolejnym z cyklu: “Co my tu właściwie robimy???”. Oj tak, głos zdrowego rozsądku potrafi być skutecznie zagłuszony przez tęskne nawoływania dochodzące gdzieś, z głębi serca, niecierpliwe i frustrujące. Tak – chcieliśmy  wreszcie pojechać w Tatry i coś “urobić”, chcieliśmy tak bardzo, że kończyło się albo na brodzeniu po pas w śniegu podczas śnieżycy, albo nagłym wycofie jeszcze przed wejściem w drogę z obawy przed “wyjeżdżającym z darnią zboczem”. Ogólnie, chcieć to nie zawsze móc, ale jak się ktoś zaprze jak pies w sankach, to nie ma mocnych…

Zaczęło się od tego, że kiedy weszliśmy z Igim w fazę “chcemy i możemy”, a prognoza pogody naobiecywała nam pełną satysfakcję, wreszcie wesołym “pip pip” rozbrzmiewają nasze telefony: komunikat lawinowy TOPR informuje, że ogłosili lawinową “jedynkę” (czytaj: na pewno są warunki, na peeewno…). Na dodatek, w sieci wszędzie piszą, że “w Tatrach betony”. To wszystko sprawia, że znowu przebieramy nogami na samą myśl o kolejnym wyjeździe. Kiedy więc w sobotę o 4tej nad ranem wpadamy do schroniska w Moku, a książka wyjść bije nas po oczach całą listą komentarzy “zrobione”, “zrobione”, “zrobione” – wiemy już, że to jest właśnie ten czas i to miejsce. Napieramy!

Samo wejście w drogę (początek w kotle zwanym Uchem) już sugeruje, że nasze wyobrażenia i nadzieje przerosły jednak rzeczywistość. Próbuję podejść środkiem, ale pod nogami wszystko pęka i sypie się, uciekam zatem na prawo, gdzie przy pierwszych skałach zakładam stanowisko. Dalsza droga to raj dla “amatorów zimowego gardeningu” – strome trawki. Jak się przyjrzeć, to śniegu całkiem sporo, gdzieniegdzie wystają żółto-zielono-zgniłe kępki – myślę sobie: “Będzie dobrze”. I faktycznie: jak dziabki wbijały się w zieleninę, siadały bardzo solidnie, niestety było tego zbyt mało, a śnieg nie okazał się “betonem”. Dziabam i dziabam, wszystko strzela na boki puchem. “Co za cholera??!”. Brodzę i brodzę, przekopuję się, zdycham. Wreszcie trochę twardszego gruntu (patrz: lód). Rozglądam się dookoła – nie ma czego założyć. Jestem nad Igim już jakieś 20 metrów, teren się wystramia, a ja nadal nie mam żadnego przelotu… Skrobię tu i ówdzie, szukam skały, lodu, kręcę ze dwie śruby, które jednak zaraz wychodzą przy najdelikatniejszym szarpnięciu – porażka. Ogólnie, asekuracja żadna. Podchodzę zatem wyżej. Tak mija mi kolejne 20 metrów… Wreszcie dochodzę do kilkumetrowej nyży zwieńczonej kosówką, która z dołu wyglądała “całkiem dobrze”. Wchodzę w nią i szybko orientuję się, że jest wylana glazurą na tyle twardą, by siadały tylko przednie zęby raków, a na tyle płytką, aby żadna śruba weń nie weszła. W tym momencie czas się zatrzymał, serce mi wali, mam zwyczajnie stracha! “Nosz kur…! Jak się teraz spierd…, to zatrzymam nad Morskim…”. W tym momencie poczułam zalewającą mnie falę ciepła – to poranne słońce na moment oświetliło naszą drogę. Od razu zrobiło się jakoś tak milej i pewniej… Wzięłam kilka głębszych oddechów. Z dołu słyszę: “8 metrów!!!” Super…mam 50 metrów bez przelotu. Musiałam jak najszybciej wydostać się z tego miejsca i wyjść ponad kosówkę. Poszło szybko – strach przed dupotłucznią dodaje mocy.

Oczywiście na górze nie znalazłam nic, co można byłoby wykorzystać jako miejsce na stanowisko, a 60 metrów liny właśnie się skończyło. Dokopałam się zatem do kosówki i zaczęłam coś motać z kilku taśm. Na słowo honoru. Ściągam Igiego do siebie, widzę i słyszę, że też walczy na ostatnich metrach. Wreszcie go dostrzegam. Rzucił coś krótkiego i siarczystego. Jesteśmy na górze.

Dalej Igor przejmuje prowadzenie. Jakieś 30 metrów wyżej zakłada pierwszy solidny stan tego dnia – wokół drzewa. Kończymy już pierwszą część drogi, zaraz mamy dojść do miejsca w którym obija ona ostro w lewo, popod Turnię Zwornikową. Igi kontynuuje – podchodzi do pierwszych skał i mocuje się z nimi. Wreszcie, po dłuższym kombinowaniu bierze je od prawej i znika mi z oczu. Po kilkunastu minutach, kiedy zostają 2 metry liny słyszę: “Ania, tutaj nie ma czego założyć!!! Musisz podejść, idziemy na lotnej!”. Komunikuję głośno, że przyjęłam, demontuję stanowisko i uderzam do góry.

Chwilę mocowałam się z tymi samymi co Igor skałami. Potem, droga prowadzi przez mniej nachylony teren, gdzie z prawej dobiegają ślady wychodzące z prawego filara Cubryny. Spoglądam w lewo do góry, w kierunku Turni Zwornikowej. Igiego nadal nie widzę, wszedł już w skały przed trawersem. Idę za nim, śnieg jest tu nieco lepszy niż w dolnej części drogi, aczkolwiek nadal niezwykle kruchy, pęka pod każdym krokiem. “Betony?? Pffff…” – prycham w myślach z pogardą. Wreszcie dołączam do mojego partnera.

Jesteśmy w miejscu, w którym droga biegnie zachodem w lewo, trawersując Turnię Zwornikową Cubryny. Spoglądam w tamtym kierunku – zachód całkowicie przysypany jest śniegiem. Źle nie wygląda, pewnie szybko to zrobimy. Przejmuję prowadzenie i ruszam.

Robię kilka kroków…i już wiem, że mój początkowy hurra-optymizm szybko zostanie zweryfikowany. Przede mną do przejścia przynajmniej 1,5 długości liny, a ja po 5 metrach nie mogę wygrzebać się ze śniegu. I z każdym krokiem jest coraz gorzej, wszystko spode mnie wyjeżdża, mam kłopoty z utrzymaniem się na nogach. To było jak poruszanie się po hałdzie piachu – a za plecami sporo luftu. Poczułam ścisk pośladków. Nerwowo kopię i grzebię za czymkolwiek do założenia przelotu, bo wahadło wcale prawdopodobne, a nie miałam na nie najmniejszej ochoty. Po chwili docieram prawie do końca trawersu, wchodząc w teren z jakimiś przysypanymi płytami, na których już kompletnie ani nie jestem w stanie nic założyć, ani się utrzymać. W pewnym momencie wpadam w jakąś wytopioną dziurę i zaczynam powolutku osuwać się w dół, nie mogąc zrobić w zasadzie nic. Wszystko było jak na zwolnionych obrotach, jakby włączył mi się tryb slow motion. Ostatnim rzutem na taśmę, odruchowo zahaczam ostrzem czekana o fragment przysypanej skały, zatrzymując proces spierdzielania się w dół chyba siłą woli. To by było na tyle. Po krótkiej chwili i kilku głębszych oddechach cofam się kilka metrów do względnie najbezpieczniejszego miejsca, gdzie ściągam Igora i oddaję mu prowadzenie, biorąc go “na sztywno”.

Czas zaczyna nas gonić. Wiemy już, że w takich warunkach o Cubrynie możemy zapomnieć. Celem zaczyna być dotarcie przed zmrokiem do Turni Zwornikowej i wylotu żlebu Szulakiewicza, którym chcemy zjeżdżać. Igor mija Cubryńskiego Konia i Cubryńską Igłę, obchodząc z lewej Zwornik i wydostając się na grzędę. Słońce zaczyna zachodzić. W oddali wyłania się całkowicie pokryty śniegiem Lodowy Szczyt, którego wierzchołek spowija chmura do złudzenia przypominająca soczewkową. Niesamowity widok. Wreszcie, docieramy do Siodełka, gdzie z bloku skalnego zwisają zjazdowe taśmy. Dokładamy swoją i jedziemy.

Szulakiewicz to żleb, którym teoretycznie dość szybko (2 zjazdy + zejście) można dostać się w dolne partie Mnichowego Żlebu, unikając tym samym schodzenia przez Galerie Cubryńskie. Na samą myśl o nich w takich warunkach zrobiło nam się ciepło, toteż decyzja o zjazdach była natychmiastowa i bezdyskusyjna.

Klasycznie już, Igor jedzie pierwszy jako tester stanowiska. Pierwszy zjazd krótki, ok 20-25 metrów do bloku skalnego po (orograficznie) prawej stronie żlebu. Tam napotykamy stanowisko ze starego haka i pętli (dokładamy swoją). Kolejny zjazd, już dłuższy, bo niespełna 60 metrów na drugą stronę żlebu, gdzie również znajdujemy stanowisko z dwóch haków i taśm – już bardziej sfatygowanych. W międzyczasie zapada zmrok. Zjeżdżamy kolejne 60 metrów … i nic. Kolejnego stanowiska nie ma. “Kuźwa, co my tu robimy??? Trzeba było zostać w mieście, jasna cholera.” Spoglądamy w dół – to jeszcze nie koniec, dna Mnichowego Żlebu nie widać, tymczasem teren wcale się nie wypłaszcza, i robi się bardzo twardo. Decydujemy się zatem na dodatkowy zjazd zostawiając swojego haka – teren jednak okazuje się mało przyjazny i założenie stanowiska kończy się fiaskiem. Postanawiamy zatem zejść „na czworakach” na dno Mnichowego Żlebu. Wreszcie rozbrzmiewa telefon. “Wiedziałam, cholera…” – rzucam pod nosem. Grzebię w kieszeni, odbieram. “A witam, Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe – co tam u Was?” – odzywa się spokojny głos w słuchawce. Uspokajam, że jest OK, mówię, gdzie jesteśmy, dziękuję za kontakt i się rozłączam. Pocieszająca to myśl, że ktoś na nas czekał 😉 Wreszcie, o 22giej docieramy do schroniska. Godzinę po czasie wpisanym do książki.

Zetka – topo (w dużym rozmiarze)

 

:,