Balmenhorn, 2011

Autor: dnia 2011.08.04

Balmenhorn, 4167 mnpm, Masyw Monte Rosa, Alpy Walijskie
Droga: normalna, od schroniska Citta di Mantova, PD
Data: 2011.07.10

Tegoroczny alpejski urlop postanowiliśmy zainicjować we Włoszech, w masywie Monte Rosa – miejscu całkiem popularnym, szczególnie wśród Włochów. To świetny rejon do zaaklimatyzowania się, na czym bardzo nam zależało: kilka łatwych 4-tysięcznych szczytów, oddalonych jeden od drugiego niemalże na wyciągnięcie ręki. Tym samym, przy dobrej pogodzie można spędzić cały dzień powyżej 4 000 mnpm, co sprzyja aklimatyzacji. A jeśli komuś zależy, to i liczba możliwych do “zdobycia” czterotysięczników jest całkiem ładna (możliwe nawet i 7 w ciągu jednego dnia). Poza tym, wyłączając wyjazd na Dufourspitze w 2009, tam jeszcze nas nie widzieli, więc należało to zmienić i nadrobić zaległości.

W sobotę przed południem docieramy do miejscowości Alagna Valsesia. Planem jest, aby w górę przetransportować się kolejką, podejść niedaleko pierwszego schroniska Citta di Mantova (3498 mnpm), i tam rozbić pierwszy biwak. Szukamy zatem dolnej stacji kolejki. Przy głównej drodze znajdujemy dużą tablicę informującą o tym, które kolejki są aktualnie czynne, a które nie. Pierwsze zaskoczenie: nasza jest nieczynna… Cholera. Postanawiamy jednak odnaleźć kasę i tam się upewnić. Przy kasach ponownie – tablica, potwierdzająca to samo. Nie daję jednak za wygraną i atakuję miłą panią w kasie. Ta mi uroczyście oświadcza, że “Si, si, certo, e aperto!” :-/ Włosi… Zatem pierwsza rada: nie zwracać uwagi na owe tablice, bo informacje na nich są zwyczajnie nieaktualne, a nikomu z lokalnej obsługi nie zdaje się to przeszkadzać. Szybko zatem stajemy się posiadaczami dwóch biletów typu “andata – ritorno” i ruszamy do góry.

Koniec końców, aby dostać się w rejon Punta Mantova, musimy dwukrotnie się przesiadać. Na wysokość ponad 3200 metrów transportują nas łącznie 3 wagoniki.

Podejście w rejon schroniska Citta di Mantova jest dość krótkie (poniżej 1h) i zakłada 300m przewyższenia do pokonania. Tuż po wyjściu z kolejki droga wiedzie rozdeptanym zazwyczaj lodowcem, skąpo (ale jednak) uszczelinionym, szybko jednak wchodząc w skały na lewo i pnąc się całkiem wyraźną (i oznakowaną) ścieżką do góry. Samo schronisko pachnie nowością i zachęca standardem. My jednak udajemy się kilkadziesiąt metrów dalej i wśród licznych, przygotowanych już platform szukamy dogodnego miejsca na nasz domek.

Nazajutrz, nie spiesząc się nadto (wszak się aklimatyzujemy) zbieramy graty i ruszamy do góry. Mijając bez odwiedzania starsze i wyżej położone schronisko Gnifetti (3647 mnpm), udajemy się w kierunku naszego celu na ten dzień, tj. schroniska Bivacco Felice Giordano. Po drodze jesteśmy świadkiem oberwania się potężnego seraka w rejonie Il Naso – zrobiło to na mnie całkiem duże wrażenie i zadziałało na wyobraźnię. W trakcie podejścia spotykamy również pewną ekipę z Krakowa, którzy zanim jeszcze nas dogonią, rzucają za nami krótkie i wesołe: “Jak mają namiot, to muszą to być Polacy” 🙂

Tego dnia zamiarem jest dotarcie do schronu wzniesionego na wierzchołku dość osobliwego czterotysięcznika, Balmenhornu (4167 mnpm). Jego osobliwość polega bowiem na tym, iż faktycznie jest to kawał pokaźnej skały, “wybijającej się” z lodowca, którą “ktoś” zaklasyfikował kiedyś jako szczyt. Ni to turnia, ni to baszta, ale jednak 4000 ma – takie nie wiadomo co. Można tam znaleźć ringi i spity, do powspinania się – chyba w ramach rekreacji i z nudów, jednak na wielowyciągowe drogi nie ma co liczyć 😉

Na ów skałę wejść można przy użyciu stalowej liny i drabinek, my jednak wybieramy wariant na lewo, obchodząc to żelastwo i wchodząc po skałach.

Biwak jest pusty. Jest w nim ciepło i sucho, jednakże smród z pobliskiej “toalety” jest przepotworny. Na moje pytanie o WC Igi beznamiętnie konstatuje: “Wierz mi, nie chcesz tam wchodzić”. Ja jednak nie chcę pozbawiać nas skromnych i tak zasobów śniegu na zewnątrz schronu, które mają posłużyć nam przez najbliższe dni jako źródło wody pitnej – toteż po kilku godzinach natura mnie zmusza, aby “skorzystać”. Koszmar. “I my tu mamy siedzieć 4 dni? Będzie ostro…” – pomyślałam.

Wieczorna burza przygania do naszego schronu dwóch wesołych Włochów, którzy pod Balmenhornem biwakowali w namiocie od 2 dni (czemu się im nie dziwię?), kolejny już weekend przygotowując się do wyjazdu na Muztagh Ata w Chinach, z zamiarem zjechania z tego siedmiotysięcznika na snowboardzie. Poezja 🙂

Kolejnego dnia, o 7 rano wychodzimy ze schronu i udajemy się w kierunku pobliskich szczytów. Pogoda jest wyśmienita. Jako pierwszy wierzchołek obieramy za cel Corno Nero

Użyty sprzęt:

Lina do podejścia po lodowcu, raki, czekan (podpierak), sprzęt lodowcowy (wedle uznania: minimum osobisty).

Zobacz również:

Corno Nero (Monte Rosa), 2011 – relacja

Ludwigshöhe (Monte Rosa), 2011 – relacja

Parrotspitze (Monte Rosa), 2011 – relacja

Zumsteinspitze (Monte Rosa), 2011 – relacja

Signalkuppe / Punta Gnifetti (Monte Rosa), 2011 – relacja

Piramide Vincent (Monte Rosa), 2011 – relacja

Dufourspitze (Monte Rosa), 2009 – relacja

:, , ,