Aiguille du Midi – Grań Cosmiques, 2011

Autor: dnia 2011.08.10

Grań Cosmiques (Arête des Cosmiques), 3532-3800 mnpm, masyw Mont Blanc, Alpy Graickie
Droga: grań SSW, 4a (miejsce 4c), AD
Data: 2011.07.19/22

Pogoda wygnała nas z Monte Rosa 3 dni wcześniej niż planowaliśmy, postanowiliśmy zatem pojechać od razu do Francji i tam poczekać na przyjazd naszego kolegi Pawła. W oczekiwaniu na niego odwiedziliśmy trochę inne, bardziej egzotyczne dla nas rejony Masywu Mont Blanc, jednakże warunki okazały się tam fatalne na obrane przez nas cele – było zwyczajnie za sucho. Drogi, które chcieliśmy zrobić – po prostu chwilowo przestały “istnieć”. Po trzech dniach wróciliśmy zatem do Chamonix i czekaliśmy na naszego towarzysza, w dziurawym i przeciekającym namiocie, podczas gdy na zewnątrz panowała regularna zlewa.

Po przyjeździe Pablo poświęcamy jeden dzień na omówienie planowanych celów i w poniedziałek, w okolicach południa, ruszamy kolejką na Aiguille du Midi. Tego dnia, wyjątkowo, pogoda nam dopisuje – udaje się na spokojnie rozbić namioty na Col du Midi, spojrzeć na okolicę i niektóre potencjalne cele, a także podejść do schroniska Cosmiques, gdzie spędzamy resztę popołudnia, studiując przewodniki i kontemplując okolicę z wysokości tarasu.

Odsłona pierwsza

Wtorkowy poranek wita nas silnym wiatrem i niskimi chmurami. Na naszym plateau przewalają się kłęby białego puchu, raz na jakiś czas odsłaniając to i owo. Ogólna tendencja wskazywała jednak na “dzień restowy”. Mimo to, nie chcemy odpuszczać, toteż wychodzimy z namiotów, pakujemy potrzebny szpej i udajemy się na kawę do “Kosmików” – wszak przy porannym napitku trzeba się właściwie asekurować. Postanawiamy bowiem tam poczekać na polepszenie pogody. Ot, taka wymyślna strategia. Tego dnia, chcieliśmy zaatakować Grań Cosmiques na Aiguille du Midi, traktując ją jako “rozgrzewkę” przed kolejnymi celami. Rozgrzewkę…right.

Minuty mijają, a na zewnątrz nie widać żadnej poprawy. Zaczynamy się niecierpliwić. Wreszcie, w okolicy wczesnego południa postanawiamy wyjść. Nie ma znaczenia, że na zewnątrz widoczność sięga ledwie 50 metrów, że wieje niemiłosiernie i wciąż sypie. To grań, droga jest przecież ewidentna, na pewno wstrzelimy się w nią bez problemu. Takie oto optymistyczne i motywujące do wyjścia hasła padały w naszym “obozie”. Poszliśmy więc.

0 Aiguille du Midi   Grań Cosmiques, 2011 Cosmiques Alpy Aiguille du Midi

Już sam  początek nastręcza problemów z orientacją. Niby wiemy, że aż do pierwszego żandarma idziemy po prawej stronie grani. Niby wiemy, że to trudności max. III. A jednak, dumamy, i to długo, tu i ówdzie “walcząc z kamieniem” zamiast się wspinać. To niezwykle popularna grań, jednak w takiej pogodzie o jakichkolwiek śladach można zapomnieć – dosłownie, rozdziewiczaliśmy teren, poruszając się po omacku. Byliśmy tu sami. Co to jednak dla nas – my nie damy rady, my?!

Wreszcie, docieramy do pierwszego żandarma. Zbyt długo nam to zajęło, ale koniec końców – jesteśmy, gdzie mieliśmy być. To pierwsze ubezpieczone miejsce z przygotowanym stanowiskiem zjazdowym (ring). Zawierucha na moment ustaje. Pojawia się “niebieskie” (nie mylić z dnem od wiadra….), widzimy również wieżę na Aiguille du Midi. Myślimy sobie “No, to jesteśmy w domu!”. Taaa… Lubię ten nasz optymizm, pozwala pokonać wiele realnych trudności na zasadzie wesołej i radosnej nieświadomości zaistniałego problemu.

Teraz czekają nas dwa zjazdy. Pierwszy, na śnieżną platformę tuż przed pierwszą wieżą (ok 20 metrów) i drugi, do podstawy owej wieży (ok 30 metrów). Przebiega nam to dość sprawnie, szybko pojawiamy się w miejscu, w którym dochodzimy do wniosku, że mamy już “rzut beretem” do końca – tak przynajmniej nam się wydawało.

Pogoda znowu zaczyna się psuć – zaczyna konkretnie sypać. Tym razem jednak – w przeciwieństwie do tego, co działo się na początku naszej drogi – śnieg jest ciężki i bardzo szybko się roztapia, w momencie wszystko robi się mokre: ubrania, taśmy, lina. Dosłownie, spływa z nas woda. Akurat przed pierwszym kluczowym kominem…To było dla mnie bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Igi – jako prowadzący – męczył się w tych warunkach solidnie, dochodziły do nas kolejne przekleństwa. Jak przyszła kolej na mnie, to spotkałam tam swoje demony: przeszkadzające okulary, zsuwającą się na oczy czapkę i kask, nad którymi kompletnie nie mogłam zapanować, oraz całkiem solidne w tych warunkach trudności. Mokra skała oraz moje krótkie rączki i za krótkie nóżki tylko przyczyniły się do mojej epopei. Nagle słyszę z góry: “W ostateczności, masz tam na płycie takie dwie dziurki na raki” – rozglądam się zatem i dostrzegam to, o czym mówił Igor. Dwie malutkie dziurki. Na wysokości moich oczu. Prycham śmiechem. “Jaaaasne”. Musiałabym mieć z 10 cm więcej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się naklęłam – chłopaki się nasłuchały… Wreszcie, udaje się wyjść ponad trudności.

Teraz czeka nas przejście ponad Kuluarem Cosmiques. Początkowo, nie widzimy żadnych śladów, dlatego decydujemy się pokonać odległość stąd do drugiej wieży nieco poniżej grani. To jedna z dopuszczalnych opcji – znowu jednak rozdziewiczamy teren i walczymy z trudnościami, z którymi nie powinniśmy. Powinniśmy iść górą, obchodząc wieżę od zachodu, my idziemy jednak dołem. Kosztuje nas to sporo czasu, emocji i nieco szpeju, zanim dotrzemy wszyscy do podnóża drugiej wieży. Wiem, że jest zbyt późno. Wiem, co nas tam czeka – kluczowa płyta i wyjście na taras, poprzedzone dwoma kominami. Wiem, że to najtrudniejsze na drodze miejsca, wiem też, że Igor jest już zmęczony – prowadził cały czas. Jako ostatnia, zbieram cały sprzęt. Czuję duże problemy z odwiązaniem i zawiązywaniem taśm i prusów, lina przechodzi jakby była stalowa – temperatura mocno spadła, wszystko zamarzło. Nasze ubrania przybierają postać i funkcjonalność zbroi, lina sztywnieje, mamy problemy z przekazywaniem sobie sprzętu, który wcześniej namokłszy, teraz zamienia się w sztywne rusztowanie.

Podchodzimy pod płytę. Tego mogliśmy się spodziewać – jest pokryta lodem i śniegiem. Miny mamy mieszane – a gdzie pozostała część drogi?  Patrzmy na zegarek – koszmar. Jest tak późno, że minuty dzielą nas od mroku. Igi rzuca hasło odwrotu – początkowo mentalnie opieramy się z Pablem, który próbuje znaleźć alternatywę i obejść zalodziałą płytę z prawej, nawieszającym się kominem. Po chwili jednak rezygnuje. Przystajemy zatem na propozycję Igora. W nocy wszystko, każda akcja i każde działanie wydłużają się czterokrotnie. Decydujemy się na wycof kuluarem Cosmiques, żlebem o długości ok 200 metrów, wyprowadzającym na grań Cosmiques pomiędzy dwiema wieżami. W skali alpejskich trudności, wyceniony jest na PD. Wiemy, że sprowadzi nas wprost na Col du Midi, a tego potrzebujemy.

Widać, że to regularna droga odwrotu z grani. Napotykamy stanowiska zjazdowe (pierwsze, tuż poniżej drugiej wieży, ubezpieczone). Jako, że teren tutaj wydaje się być bardzo grząski i niepewny, decydujemy się na 50-metrowe zjazdy, których w efekcie wykonujemy trzy. Pozostałą zaś część żlebu schodzimy, bacząc na szczelinę brzeżną, która jest tam wcale niemała, a zalepiona była cienką warstwą świeżego śniegu. Igi sporo czasu namęczył się, aby znaleźć dogodne, względnie bezpieczne miejsce jej przekroczenia. W międzyczasie zapada zmrok, na dodatek Col du Midi całkowicie spowiła mgła, a po całodniowych opadach na plateau nie pozostały żadne ślady – tak więc nawet dotarcie do namiotu jest dla nas wyzwaniem. Obieramy azymut i ruszamy. Trochę to trwa, jednak wreszcie, udaje się dotrzeć do naszych domków.

Druga odsłona

Niedokończona grań swędzi nas, jak gojąca się rana. Zostajemy zatem na Col du Midi i czekamy na poprawę pogody, z zamiarem dokończenia “kosmicznego planu”. Aura nam kompletnie nie sprzyja, a szansa pojawia się dopiero dwa dni później. Wychodzimy z namiotów o 6.00 i zmierzamy w kierunku naszego zjazdowego kuluaru – tamtędy chcemy wrócić na grań.

Szybko pojawiamy się pod kluczową płytą, do której przystawia się Paweł. Teraz wygląda ona zgoła inaczej, niż poprzednio – jest sucha i nawet widać malutkie stopieńki wykute w skale. Nie mieliśmy szans zobaczyć tego dwa dni temu, a tym razem wspinanie jest nawet przyjemne!

Po dotarciu ponad trudności, droga przechodzi na północno-zachodnią część grani,  gdzie czekają nas dwa kominy. Prowadzenie przejmuje Igor. Tematy okazują się całkiem konkretne – do tego stopnia, że w jednym miejscu, po niefortunnym ustawieniu nogi – skręcam sobie moje średnio już sprawne kolano. Czuję, że coś w nim chrupnęło i przeskoczyło, ból jest przepotworny, nie mogę wyprostować nogi – a jestem w środku trudności! Krzyczę do Igora, że mam unieruchomione kolano, ten w odpowiedzi chce wezwać “śmigło”, jednak stanowczo protestuję i idę dalej. Adrenalina działa, po tej stronie grani jest dość zimno, tak więc przezwyciężam ból i kontynuuję wspinanie.

Na grani widać już kolejne zespoły, jeden z przewodników depcze nam po piętach, Paweł jednak wchodząc w drugi, niezwykle wąski komin, uniemożliwia mu wyminięcie nas. Z tej perspektywy mamy również w zasięgu wzroku taras widokowy – koniec naszej grani, na którym gromadzą się już turyści, obserwując bacznie nasze poczynania. Jako, iż jesteśmy pierwszym zespołem tego dnia, który tam się pojawia, stajemy się dużą atrakcją, którą koniecznie i namiętnie trzeba fotografować. Wreszcie, pokonując ostatnie kluczowe trudności jakimi jest drabina, barierki i tłum nie chcących się przesunąć ani o metr gapiów, stajemy na tarasie. Kosmicznie!

Kolano staje się problemem, a że naszym planem tego dnia był zjazd z powrotem do Chamonix, chłopaki zostawiają mnie z całym szpejem i jednym plecakiem, a sami schodzą, aby zebrać namioty. Czekam na nich prawie 4 godziny, zwiedzając całą “okolicę” górnej stacji kolejki na Midi. Przyznam, że z turystycznego punktu widzenia miejscówka jest przepiękna – zupełnie nie dziwi mnie, dlaczego ciągną tu takie tłumy. Teraz, chmury spowiły wszystko do wysokości ok 3.500 m, tak więc widok na wyłaniające się ponad nimi szczyty mógł odebrać mowę: Aiguille Verte, les Droites, les Courtes, les Grandes Jorasses, la Tour Ronde, no i Mont Blanc oczywiście. W oddali widać było nawet Grand Combin, Matterhorna i Monte Rosę. Zjawiskowe. Chociażby dla takiego widoku warto tu przyjechać.

0 Aiguille du Midi   Grań Cosmiques, 2011 Cosmiques Alpy Aiguille du Midi

Ogólne wrażenia:

Absolutny klasyk. Piękna okolica i sceneria. Droga zdecydowanie warta polecenia, choć przy dobrej pogodzie – niezwykle popularna, patrz: zatłoczona. Przy braku założonego śladu i w kiepskich warunkach pogodowych, w kilku miejscach może nastręczać nieco kłopotów natury orientacyjnej. 270 metrów przewyższenia. Czasy przewodnikowe podają ok 3 godziny na przejście, jednak zdaje się to być prognoza dla dwójkowego zespołu, który drogę zna i ma ją wyłącznie dla siebie.

Użyty sprzęt:

Dwie liny połówkowe 50 metrów, pełny zestaw friendów (0,5 – 5), luźne karabinki (ok 7-10), dużo długich pętli (taśmy, prusy, kevlary), przydać się może również podstawowy zestaw haków (w razie „W”), po 3/4 HMSy na osobę, przynajmniej jeden techniczny czekan (czekanomłotek) na osobę, śruby lodowe (przydadzą się w końcowych kominach), raki. Kości również nie zawadzą (kluczowa płyta), chociaż my nie mieliśmy ich ze sobą.

Część zdjęć (oznaczone *) dzięki uprzejmości Pawła icon smile Aiguille du Midi   Grań Cosmiques, 2011 Cosmiques Alpy Aiguille du Midi

:, ,