Alphubel, 2009

Autor: dnia 2009.07.27

Alphubel, 4206m, Alpy, Grupa Mischabel
Droga: SE Ridge, PD/PD+
Data: 2009.07.12-13

Po wielu godzinach męczącej jazdy Kangurem z uszkodzonym, warczącym łożyskiem, pełnej obaw co do szans dojechania do celu, dotarliśmy do szlabanu zagradzającego nam dalszą drogę. Ze szwajcarskiego Täsch do pobliskiego Zermatt można dojechać już tylko koleją, bądź lokalnym busem. Auta trzeba zostawiać na którymś z licznych, płatnych parkingów. My skręciliśmy na wschód, w wąziutką, krętą i stromą drożynkę, by po półgodzinie dojechać do trawiastego zakola w Täschalp na 2200m, które miało od tej pory zostać naszym darmowym parkingiem na najbliższe dni.  Wykonaliśmy szybki przepak, gromadząc sprzęt biwakowy, a jako że nocleg planowaliśmy spędzić grubo poniżej granicy śniegu, braliśmy namiot bazowy i cieńsze ubrania. Objuczeni żywnością na trzy dni (tak nam się wówczas wydawało), ruszyliśmy dziarsko szlakiem turystycznym, by po dwóch godzinach i pokonaniu 500m w pionie, dotrzeć do malowniczego schroniska Täschhütte (2701 m). Kolejne kilkadziesiąt metrów w pionie i docieramy, do wspaniałego, trawiastego wypłaszczenia, nadającego się w sam raz na biwak. Miejsce wygodne, z widokiem na Alphubel z jedniej strony, poprzez Rimpfischhorn, masyw Monte Rosa aż po majestatyczny Weisshorn , najpiękniejszy biwak w Alpach, choć pełen kozich bobków i kłujących ostów. Bobki miały nam towarzyszyć już cały czas pobytu tam, klejąc się do butów, karimaty, kubków i garnków – ot taki Eko-bonus 🙂

Nazajutrz, pobudka jak na Alpy zbyt późna, bo niewiele przed piątą rano, ale ogólnie miał być to dzień restu i klimatyzacji. Myśleliśmy, by przebimbać go w całości, ale zapowiadająca się piękna pogoda, oraz pozorna bliskość szczytu Alphubela zachęciła nas do wyjścia ze śpiworów i próby ataku. Widać było światełka czołówek powoli wspinające się dziarsko na przełęcz. Mieliśmy świadomość późnej pory, ale łatwość drogi i rzekoma dostępność, wyciągała nas z namiotu na wycieczkę. Nie było nas w Alpach równy rok (no może bez dwóch dni), więc zapomnieliśmy już, jak dają w kość podczas pierwszych dni, niezaaklimatyzowanemu.

Szliśmy najpierw po trawkach w górę, a w okolicach ogromnego głazu narzutowego z krzyżem na szczycie, odbiliśmy w prawo, wchodząc na ścieżkę pełną kopczyków. Dalej ścieżką, na lewo przez morenę – najpierw kamienistą, potem pełną błota, by wreszcie wejść w śnieg, gdzie założyliśmy raki. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie już przed przełęczą. Uwidocznił się brak aklimatyzacji i długa podróż,  co przełożyło się na nasze powolne tempo:  przełęcz osiągnęliśmy dopiero około dziesiątej, co oczywiście skutkowało lampą, rozmiękłym w upale lodowcem i mijaniem się z ludźmi schodzącymi ze szczytu. Związaliśmy się liną, i ruszyliśmy w kierunku szczytu, przekraczając szczeliny i słuchając płynącej gdzieś w głębi lodowca wody.

Weszliśmy na średnio eksponowaną grań, prowadzącą nas do niewielkich skałek. Powyżej nich, trawersując zakosami wspinamy się coraz większą stromizną, dochodzącą w jednym momencie do ok 45%. Lód był rozmiękły, więc wbijanie raków nie powodowało przy podejściu większych problemów. Z zejściem mogło być już troszkę trudniej. Widzieliśmy tylko dwie osoby schodzące tą drogą, oraz ślad po śrubie lodowej, której zapewne ktoś użył do zjazdu. Postanowiliśmy, że gdy tylko się będzie dało,  zejdziemy polami śnieżnymi na wschód i powrócimy na przełęcz  płaskim lodowcem.

Szczyt osiągnęliśmy około południa. Pogoda była wyborna, a widoczność wynagrodziła nam trudy wejścia. Spędziliśmy może 25 minut na szczycie i rozpoczęliśmy żmudne schodzenie stromym polem śnieżnym na stronę wschodnią. Przeskoczyliśmy nieciekawą szczelinę, asekurując się na sztywno i rozpoczęliśmy strome zejście. Skóra nam cierpła, gdy co chwilę słyszeliśmy sypiące się lawinki, obawialiśmy się zawalenia ogromnych seraków, pod którymi mieliśmy wkrótce przechodzić. Po osiągnięciu płaszczyzny lodowca, przebiegliśmy pod serakami zwieszającymi się ze wschodniej wystawy Alphubela, by w spokojniejszym już tempie dotrzeć do Alphubeljoch. Dalsza droga odbyła się już bez żadnych problemów. Do namiotu dotarliśmy około szesnastej, czyli w rekordowo długim czasie – ale mogło być gorzej, w sumie była to pierwsza góra powyżej 4000m tego sezonu. Kolejny wieczór i kolejny dzień miał służyć odpoczynkowi, ale nasze obozowisko zaatakował tabun szwajcarskich, dwubarwnych kóz. Hałas, brzęczenie dzwonków, pobekiwanie towarzyszyło nam całą noc. Trawę pokryły nowe pokłady kozich bobków. Rano dodatkowo okazało się, że nasze zapasy żywności są równe zero (jedliśmy widać dwa razy więcej, niż zwykle), zatem podzieliliśmy ostatnią kanapkę na pół, zwinęliśmy obóz i wystartowaliśmy w dół do Kangura, by ruszyć na kemping w Randzie.  Góra okazała się łaskawa, wejście na nią sprawiło nam dużą przyjemność, choć czas przewodnikowy wydłużyliśmy „prawie” dwukrotnie. Zdobyliśmy ją w sumie bez większych problemów, niejako „z drogi”, pozwoliła nam zdobyć aklimatyzację, co zaprocentowało kilka dni później podczas zdobywania Dufourspitze i próby wejścia na Mont Blanc du Tacul.

Zobacz również:

Panorama Alpy okolice Alphubel 4206

Panorama Alpy – Alphubel, widok z okolic Täschhütte

Panorama Alpy – Alphubel, widok z Täschalp

Czterotysięczniki alpejskie- info

:, ,