Aiguille d’Entrèves – trawers, 2013

Autor: dnia 2013.08.11

Aiguille d’Entrèves, 3600 mnpm, Masyw Mont Blanc, Alpy Graickie
Droga: trawers SW –> NE, PD+
Data: 2013.07.12

Kolejny dzień na lodowcu Giganta, pod schroniskiem Torino. Po aklimatyzacji na Gran Paradiso oraz niedługiej i przyjemnej wycieczce na Tour Ronde, kolejny cel wybieramy z nastawieniem dość – żeby nie powiedzieć, jeszcze bardziej – lajtowym. Mamy potrzebę turystycznego wejścia na „coś ładnego, z fajnym widokiem, ale żeby nie było długie”. Przeglądamy nasz przewodnik po rejonie Mont Blanc i naszą uwagę przyciąga Aiguille d’Entrèves, turnia w pobliżu odwiedzonej dzień wcześniej „Okrągłej”. Patrzymy na opis grani południowo-zachodniej: dwa zdania wspominające o ostrej grani, skalnym kominie i stromej wieży. Wycena „PD/PD+”. Hm. To musi być bułka z masłem. Pójdziemy, pomachamy trochę łapami tu i ówdzie, będzie miło, szybko, przyjemnie.

Nasze wizje do tego stopnia nas omamiły, że kolejnego dnia, po miłej porannej (mówimy tu już o ludzkiej porze w rejonie 7 rano) pogawędce z naszymi nowymi, francuskimi sąsiadami z platformy obok, postanawiamy – zamiast ruszyć w kierunku celu – iść na kawę do schroniska :D.

Cappuccino w nowym Torino jest pyszna, a kosztuje – uwaga – 1,5 euro! Myślimy, że Pani się pomyliła. Potem przypominamy sobie, że nie jesteśmy w Szwajcarii, ani nawet w Murowańcu. Jednak mimo wszystko, mały szok przeżyliśmy.

Po przyswojeniu pysznego napoju wracamy do namiotu, pakujemy szpej i w okolicy godziny godz. 8.00 wyruszamy. Jak biali ludzie! 40 minut później jesteśmy na starcie w południowo-zachodnią grań Aiguille d’Entrèves. Wygląda przyjemnie i dostępnie.

Na grani

Na grani

Ruszamy. Skała dobra, fajnie uwarstwiona, przypomina grań Nadelhorna, można iść na lotnej wykorzystując do asekuracji liczne zęby skalne, bez konieczności dodatkowych przelotów. Wreszcie dochodzimy do pierwszego, zaskakującego nas nieco „problematu”: kilkumetrowego kominka (wycena sprawdzona później: 3b). Mam déjà vu z komina Komarnickich na Szarpanych Turniach. Robię niemalże pełny szpagat, zastanawiając się, jak z niego wyjść. Słyszę z góry głos Igora: „musisz pociągnąć z buły!” Cudownie. Z buły mogę cisnąć, i najwidoczniej nie mam innego wyjścia, bo stojąc w takim rozwarciu z nóg nijak wyjść nie jestem w stanie. Nic, raz kozie…..Poszło! Uff.

Widać naszą Igłę

Widać naszą Igłę

Wychodzę ponad komin, a moim oczom ukazuje się przepiękna strzelista turnia, do której prowadzi ostra, wcale powietrzna grań. „No, takiego widoku naszej drogi to się dzisiaj nie spodziewaliśmy” – rzuciłam do Igiego. Ekspozycja całkiem spora, grań momentami tylko na odciąg – pokonujemy ją szybko, technicznie bowiem nie sprawia trudności, jednak jest fajnym testem dla psychy.

Po przejściu tego fragmentu grani podchodzimy pod crux drogi, tj spiętrzenie skalne wyceniane (jak się potem okazuje) na 4b (przewodnicy zainstalowali tam krótką pętlę-drabinkę z jednym stopniem, więc można się nią wspomóc; jednak, da radę bez tego). Przejście okazuje się dość siłowe.A miało być, jak nad morzem… Heh…

Stąd już dość prostym terenem na wierzchołek, z którego postanawiamy zjechać na drugą stronę i zrobić trawers góry. Zjazd w ładnym zacięciu, aż kusi wizją przewspinania go w drugą stronę. Stanowisko zjazdowe znajdujemy tylko na wierzchołku, dalej albo zejście systemem płytkich rys (kiepska asekuracja), albo dołożenie czegoś swojego do stanowiska zjazdowego. Po opuszczeniu głównej turni dalszy teren nie przysparza większych trudności za wyjątkiem jednego trawersu, który ze względu na oblodzoną płytę pod stopami pokonujemy na samych rękach, co akurat jest dość delikatne, acz przyjemne. Piszę to jednak z perspektywy „drugiego”… 😉

Końcówka zejścia okazuje się dość czujna, teren pod startem w północno-wschodnią grań jest całkowicie wylodzony, tak więc ze względu na nachylenie (35-40 st) konieczne jest założenie raków aby bezpiecznie „wylądować” na dole. Po co na samym końcu serwować sobie dupotłucznię?

Grań za nami

Grań za nami

Do namiotu wracamy ciut bardziej zmęczeni niż zakładaliśmy, aczkolwiek wielce zadowoleni. Po dotarciu do obozu znajdujemy w nim pożyczoną wcześniej naszym francuskim sąsiadom łopatę, wraz z miłym akcentem w postaci zimnego, pszenicznego piwa, które w tym konkretnym momencie było najcudowniejszym prezentem-podziękowaniem, jaki mogli nam sprawić. Piękne zakończenie przygody na lodowcu Giganta. Czas odpocząć i zrelaksować się. Najlepiej w Chamonix 😉 Przed nami zaś kolejne, szwajcarskie akcje… 🙂

:, ,