Tag: Wielka Korona Tatr

Rysy – zachodnią ścianą, 2009

by Mooliczek on gru.30, 2009, under Nasze wyjazdy

Rysy (Rysy), 2503 m, Tatry Wysokie
Droga: prawą częścią zachodniej ściany, AD-
Data: 2009.12.28

Temat mojego ponownego pojawienia się na Rysach oddalał się milowymi krokami. Czułam, że dwoma ostatnimi szczytami z Wielkiej Korony Tatr, na których postawię stopę (a może i dwie), będzie Sławkowski Szczyt i właśnie – Rysy. Tak to jest, kiedy nie chce się ruszyć tyłka, żeby przejść te parę naście metrów, z polskiego wierzchołka na słowacki. Potem ma się zaległości. Sierota…

Jednak moi towarzysze sprezentowali mi ładny pomysł całkiem oryginalnego wejścia na ten nadpopularny tatrzański wierzchołek. I tak, postanowiliśmy wejść na Rysy zachodnią ścianą, o której mało kto mówi. To miał być taki fajny, mocny akcent na koniec roku. I był.

Pobudka o 2.00, wyjście o 3.00, z parkingu w Popradzkim Plesie. Po 5 minutach marszu asfaltem „wycinam orła” na lodzie, który przepięknie pokrywał całą powierzchnię drogi. Chwilę później jeden z kolegów idzie w moje ślady. Myślę sobie: „Faaajnie, ciekawe, kiedy będzie wycof…?”. Ale idziemy dalej, twardziele, bez raków… co, my nie damy rady? My ??!

Wszędzie była ślizgawka, totalne szkło. Ciekawa byłam, co zastaniemy na górze… I jak się potem okazało, warunki wcale nas nie rozpieściły.

Po 3 godzinach, tuż przed 6.00 pojawiamy się na Tarasie w Rysach. Było jeszcze dość ciemno, na dodatek widoczność bardzo marna z uwagi na chmury, toteż nadszedł czas na chwilę zastanowienia z klasycznym „hmm… który to żleb?”. Po zidentyfikowaniu naszego przyjaciela, wycenionego w skali skialpinistycznej na IV, S5-, przygotowujemy się do wejścia. tym razem, jest nas pięcioro. Wiążemy się w tramwaj z dwiema linami 2 x 30 metrów. Jacek prowadzi, ja na szarym końcu. Idziemy na lotnej.

Początek żlebu był całkiem ciekawy. Wchodzi się w niego dość stromo podchodzącym zachodem. Tuż nad jego najbardziej stromym odcinkiem Jacek bije haka, a kilkadziesiąt metrów wyżej kolejny przelot, tym razem ze śruby lodowej. Warunki szybko robią się beznadziejne. Lód, lód i jeszcze raz lód, z nawianym, przepadającym śniegiem, który kupy się nie trzymał, i którego naprawdę było niewiele. Nijak nie można było postawić stabilnie nogi. Im wyżej, tym śniegu było coraz mniej, a w górnej partii żlebu, przytulaliśmy się do lodowych nacieków. Taki beton, który nie daje się lubić. Postawienie na tym stopy bokiem było dość ryzykownym manewrem (o czym sama przekonałam się dwukrotnie tego dnia), toteż większość drogi robiliśmy w zasadzie na przednich zębach raków. Łydki chciały odpaść. W pewnym momencie miałam ochotę zostawić to wszystko w cholerę i wrócić na herbatę.. Tylko jakoś tak dziwnie, nie bardzo się dało…

Czułam, że droga mi się dłuży. Miałam wrażenie, że była dłuższa, niż podejście Karczmarzem, co oczywiście było tylko złudzeniem. Wreszcie, ok. godziny 9.30 pojawiamy się na słowackim wierzchołku Rysów. Widoczność niemalże zerowa, ledwo możemy dostrzec wierzchołek polski. Wieje konkretnie, Jacek, który wszedł pierwszy i ściągał nas do siebie na sztywno, czekał i marzł już na stanie od jakiś 20 minut. Nie było zatem na co czekać – parę zdjęć i ruszamy w dół!

Powrót był mocno męczący. Schodziliśmy na Wagę, jednakże górna partia drogi (jakieś 60-80 metrów) pokrywała się z tym, co już zrobiliśmy na podejściu. I tym razem było to rzeźbienie totalne. Mozolnie, powoli, trawersem w dół, znowuż przodem do ściany, wykopując stopnie w lodzie. Nie było w tym nic, ani z mistyki gór, ani ze śmierdzących po górach butów – po prostu w tamtym momencie absolutne -50 punktów do przyjemności. W pewnym momencie poczułam, jak odmarzają mi dłonie – ból był tak przyszywający, że miałam ochotę krzyczeć. Rzuciłam kilka niewybrednych przekleństw, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej, za chłopakami, którzy sami napierając mocno, nie dali mi większego wyboru.

Wreszcie, docieramy do Wagi. Naszym oczom ukazuje się tuż poniżej przełęczy Chata pod Rysami, która – jak się okazało – była otwarta! A w niej czekało na nas upragnione ciepełko i pyszna herbata za 1 EUR. Dodatkowo, na wejściu przywitał nas chatar, który otworzył szeroko oczy ze zdziwienia dowiedziawszy się, którą drogą weszliśmy na Rysy. „Nikt tamtędy nie chodzi…”. A to akuratnie było miłym połechtaniem naszych ego. Szybko zapomnieliśmy o rzucanych po drodze inwektywach i z głupawymi uśmiechami wznieśliśmy toast z herbaty. Przyjemny górski koniec roku. A niespodziewany przystanek w Chacie był naprawdę fajnym akcentem tego dnia.

Około 13-stej ruszamy na dół. Widoczność nie poprawiła się ani o jotę, wiatr nadal dmucha, podrywając radośnie do góry tumany śniegu i ograniczając jeszcze bardziej to, co mogliśmy wokół siebie dostrzec. Idziemy szlakiem. Nie docieramy jednak do miejsca z łańcuchami, za to napotykamy swobodnie zwisające pseudo-poręcze (nylonowe, sizalowe, konopne… pełny wybór). Chętnie z nich korzystamy, szybko schodząc do Doliny Mięguszowieckiej. Reszta drogi upłynęła nam wesoło, aczkolwiek czujnie do samego końca – wszak „orzełka” nadal można było „wyciąć” dosłownie wszędzie.

Całkowicie usatysfakcjonowani odbytą wycieczką, przy samochodzie meldujemy się po 15-stej. Było jeszcze jasno – i to było najdziwniejsze uczucie…

Zobacz również:

Rysy – wejście Rysą, 2008 – relacja

Niżnie Rysy – relacja

Wielka Korona Tatr – info

Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)

5 Comments :, , , more...

Gerlach – Żlebem Karczmarza, 2009

by Mooliczek on gru.08, 2009, under Nasze wyjazdy

Gerlach (Gerlachovský štít), 2655 m, Tatry Wysokie
Droga: przez Żleb Karczmarza, AD
Data: 2009.12.05

Ta Góra, i ta droga, wyssała z nas wszystko. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni byłam tak zmęczona i pozbawiona dokumentnie całej energii. Nigdy wcześniej nie widziałam Jacka w takim stanie, jak podczas tego zejścia. Wcześniej też nie zdarzyło mi się słyszeć własnego krzyku w górach. To było doświadczenie górskie przez duże D.

Czytam opis drogi z WHP: Trudności zimowe odpowiadają alpejskiemu stopniowi AD. „Będzie ciekawie” – pomyślałam. O ile chłopaki narobili się w Alpach dróg o podobnych lub niewiele mniejszych trudnościach, o tyle my z Igim nigdy nawet nie powąchaliśmy tzw. Assez Difficile. Nasz max. to PD+, a i tak leciwe, bo mało. Jednak nasłuchaliśmy się tyle o tej drodze, że w połączeniu z ciągłymi zachętami w stylu „dacie radę”, z marzenia zmieniła się ona w nasz górski cel.

Piątek od rana to był jakiś mentalny koszmar, czas ciągnął się nieubłaganie. Miałam wrażenie, że siedziałam tego dnia w pracy dłużej, niż przez cały poprzedni tydzień razem wzięty. Wreszcie nastąpiła godzina zero – jedziemy!

Z Tatrzańskiej Polanki ruszamy o 2.00. Nie ma pełni, ale i tak jest jasno, jak w dzień, nie ma potrzeby używać czołówek. Pod Śląskim Domem pojawiamy się przed 4.00. Wieje i jest mało przyjemnie. Zachodnie zbocza Wielickich Granatów i Staroleśnej są całkowicie czarne, zapowiadają się nam nieciekawe warunki, jak na zimowe wspinanie. Pojawiają się obawy, czy w ogóle będziemy w stanie urobić cokolwiek, na dodatek zaś chmury znacząco obniżyły swój pułap.

Podchodzimy pod słynny „piargowy stożek”, przypominający raczej olbrzymią hałdę gruzu i złomów, i rozpoczynamy wejście Żlebem Karczmarza, najdłuższym tatrzańskim żlebem, jedynym tutaj o typowo alpejskim charakterze. Idziemy w dwa zespoły, każdy z pełnym sprzętem i liną 60 metrów. Warunki okazały się dobre, śnieg zmrożony na beton, choć nie było go zbyt wiele. Wreszcie, pojawiamy się pod trudnością techniczną numer 1: progiem, zajmującym całą szerokość żlebu i znajdującym się w ok. 1/3 jego wysokości. Zwykle, jak jest dużo śniegu, nie stanowi on większego technicznego problemu, gdyż widać tylko niewielką jego część. Jego pokonanie zajmuje wówczas średnio ½ godziny. No ale cóż. Jako, że u nas zawsze musi być inaczej, to naszym oczom ukazuje się niemalże w całości odsłonięty skalny mur. Wiemy, że powinniśmy go pokonać od lewej, tam jednak wita nas lodowa ścianka o nachyleniu ok. 70 stopni. Przystawiamy się zatem do niego od prawej strony. Męczymy się długo, bez sztywnej asekuracji ani rusz. Końcówka po zalodzonych skałach budzi szczególne emocje, Jacek forsuje dzielnie ten odcinek i ściąga resztę do siebie. Siarczysta „motyla noga” wyrywa się z moich ust po tej próbie. To był konkret. Po ok. 90 minutach kontynuujemy wspinaczkę.

Dalej robi się fantastycznie. Żleb Karczmarza jest na tyle długi, że jest się czym nacieszyć. O 9:45 meldujemy się na Lawiniastej Przełączce. Zdajemy sobie sprawę, że teraz dopiero rozpocznie się „zabawa”. Czytamy raz jeszcze opis z WHP i przypuszczając jedynie, gdzie może być wspomniane „wybitne żeberko” czy inne „siodełko w grani” idziemy szukać dalszej drogi.

Cała nasza czwórka liczyła na to, że ja wraz z Igim będziemy pamiętać tą drogę z naszej ubiegłorocznej wycieczki na Gerlach przez Wielicką Próbę. Nic bardziej mylnego. Oczywiście, droga wyglądała kompletnie inaczej. I oczywiście, wpędziłam nas w warianty z wrótkami i kominkami na czele. Nasz „spacer” zamienił się w niekończącą się historię. To był orientacyjny labirynt, serial brazylijski w odcinkach.

Wreszcie, po 4 godzinach meldujemy się na szczycie Gerlacha.

Widok był niesamowity. Cała Słowacja pod chmurami, efekt inwersji był powalający. Dookoła sporadycznie pojawiał się wierzchołek Kończystej, a za nami Durny z Łomnicą, na zmianę. I oczywiście widmo Brockenu. To uczucie i ten widok wart był każdego wysiłku.

Niestety, musimy szybko schodzić. Wieje niemiłosiernie, zimno jest tak przeszywające, że zaczynamy odczuwać je w każdej cząstce naszego ciała. Król Karpat nie chciał jednak łatwo się nam poddać, a przynajmniej – łatwo oddać. Miał nam jeszcze sprezentować ciekawe przeżycia na zejściu.

Zaczynamy od 120-metrowego zjazdu w dół Batyżowieckiego ŻlebuJck zaś zostaje na górze, męcząc się z zamarzającym szpejem i decydując się na schodzenie na własnych nogach. Jedziemy. Ze zjazdem męczyłam się okrutnie. Lina była tak ciężka, mokra i miejscami zalodzona, że nie chciała w ogóle przechodzić przez przyrząd zjazdowy. A takie 120-metrów waży swoje. W połowie przepinam węzeł, jadę dalej, aż po czasie bliżej nieokreślonym pojawiam się na końcu liny. Wypinam się i schodzę na dół, tuż nad Batyżowiecką Próbę

Po zjeździe, we trójkę, czekamy na Jck. Czekamy długo. Wreszcie, pojawia się… Wyglądał strasznie. Obwieszony zewsząd szpejem, z dwiema linami na plecach, sprawiał wrażenie galernika, który zaraz padnie na twarz i wyzionie ducha. A na dół jeszcze kawał drogi… Robi się mrocznie. Dosłownie i w przenośni.

Z Próby chcemy zjechać, bez kombinowania. Niestety.  Zasada „chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle” miała i tym razem zastosowanie. Linowy koszmar. Preclą się, france, jedna z drugą tak, że nie możemy sobie z tym dać rady. W najgorszym odcinku, kiedy we trójkę jesteśmy przypięci do jednej klamry i czekamy na Jck, po zjeździe do nas okazuje się, że lina się zablokowała i trzeba cały odcinek przewspinać do góry… Siarczyste przekleństwa, przemieszane z nutką zrezygnowania padają z naszych ust. Wszyscy jesteśmy już tak zmęczeni, że nikt nawet ze sobą nie rozmawia. „Ja pójdę” – rzuca cicho Jck. Widzieliśmy wszyscy, w jakim jest stanie. Jacek jednak wykazał się niezłomnością, odwagą i żelazną psychiką. Zostaliśmy tak zawieszeni, na 1m², w ciemności, dygoczący z zimna, kiedy Jck podejmował swoją Próbę w celu odblokowania liny.

Nie pamiętam, jak długo go nie było. Wiem, że chłopaki w międzyczasie po obu moich stronach walczyli z linami, które przypominały kłębowisko żmij. Ja zaś zaczęłam odpływać. Było mi tak koszmarnie zimno, a bezruch potęgował tylko to uczucie. Mięśnie, broniąc się przed hipotermią dygotały bezwolnie na całym ciele. Zamknęłam oczy i zaczęłam wyobrażać sobie, że jest mi ciepło. Wreszcie mocno podniesione głosy chłopaków mnie budziły: „Mulik, otwieraj oczy! Masz być przytomna, rozumiesz?! To najtrudniejszy moment! Ma Ci być zimno, masz być wkurwiona, obudź się!” To było jak kubeł gorącej wody, który wyrwał mnie z otępienia.

Wkrótce potem pojawia się Jacek. Słyszę go nad naszymi głowami, z niewyraźnym: „Tutaj zjadę. Nie chcę schodzić tą Próbą do końca…”.Słowa te były tak ledwo słyszalne, pozbawione jakiejkolwiek siły i mocy, że sprawiały wrażenie jakby rozbrzmiewały tylko w mojej głowie. Wreszcie, zjeżdża do nas.

Po tym, czekał nas ostatni zjazd. Radek rozpoczyna, po pewnym czasie daje się słyszeć z dołu „Tu jest przewieszka”. Myślę sobie: „Jasna cholera, jeszcze przewieszka? Gdzie? Tutaj?! Nie pamiętam takowej, jak schodziliśmy tędy latem.”. Okazuje się jednak, że zamiast na lewo, jak biegnie droga, zjechaliśmy na prawo. Pojawiły się małe wrótka, z których zjazd wprost do małej jaskini widzi się niemalże – cytując Igiego – „jak zjazd do Tartaru”. Na szczęście, to koniec. Chowamy liny i dalej, na dno doliny postanawiamy już dotrzeć na własnych nogach.

Jak się okazuje, trzeba być czujnym do końca. W międzyczasie ujeżdża mi noga i wsiadam do Batyżowieckiego Expressu, szybko znajdując się na dnie Batyżowieckiej Doliny, w towarzystwie różnych wydawanych z siebie mimowolnie dźwięków. Na szczęście, skończyło się na paru guzach.

Zejście do Tatrzańskiej Polanki zajęło nam jeszcze ponad 3 godziny. Na parkingu meldujemy się przed 23.00… Po przeszło 20 godzinach akcji górskiej.

To pierwsze tak alpejskie doświadczenie w Tatrach. Na długo zapadnie w mej pamięci.

Zobacz także:

Gerlach przez Wielicką Próbę – relacja

5 Comments :, more...

Wysoka, 2009

by Mooliczek on lis.23, 2009, under Nasze wyjazdy

Wysoka (Vysoká), 2560 m, Tatry Wysokie
Droga: przez Pazdury i Ławicę, 0+
Data: 2009.11.21

Zaczęło się tak:

jck: … a w ten weekend co robicie? Bo warunki chyba niebardzo…
Mooliczek: No właśnie. Ale myślimy o jakimś lekkim trekku, total lajt.
jck: To może Rysy-Wysoka od SK?
Mooliczek: Brzmi sensownie. – myślę sobie, to 0+, szybka trasa, luz.

A w efekcie było tak:
16 godzin pełnej akcji górskiej bez przerwy, bez jedzenia, bez picia, ze zlizywaniem topiącego się śniegu z porostów, piciem z potoku, pływaniem w rzece i zgubieniem się w dolinie.

O 4:30 wyruszamy z Popradskiego Plesa w kierunku Chaty pod Rysami. Rysy na wstępie odpuszczamy, „chyba, że starczy czasu”… Pod Wagą jesteśmy przed 8.00. Ja o dwóch batonach, nie mam ochoty na jedzenie w ogóle. Patrzymy na „górny zachód w prawo”, trawersujący Ciężki Szczyt, czyli drogę przez Pazdury. Wygląda fajnie. Rozglądam się dookoła. Najwyższy szczyt Polski wygląda całkiem  imponująco… Z tej perspektywy wybitność normalnie 10 metrów. Dalej, na widok Galerii Gankowej uginają mi się kolana, Gerlach wkomponował się pięknie pomiędzy Ganek i Ciężki. Pogoda dopisuje, wygląda na to, że  przynajmniej po tej stronie będziemy mieć beton. Czas napierać.

Jck prowadzi, ale jakoś średnio miał na to ochotę. Do czasu, aż wchodzimy w trawers: zaiste, beton, 45 stopni, momenty na przednie zęby raków, cudo. Micha mu się cieszy, mnie też, Igi na początku z pewną taką nieśmiałością podchodzi do jednego miejsca, ale dzielnie wychodzi z opresji. Wreszcie dochodzimy do kominka pod Przełęczą pod Kogutkiem. Wiążemy się, 2x 30 metrów, ja w środku. Słyszę od Jacy: „Nnnno, to lubię!” I napiera. Trzymam go na sztywno, w końcu słyszę sygnał, że ok, więc ruszam za nim. Jest fantastycznie. W kominku kilka czujnych momentów, sypko, ale dajemy radę. Wreszcie docieramy na Przełęcz.

Po drugiej stronie – lampa. Zaczynamy długi trawers w kierunku Ławicy. Tym razem na lotnej, od wysepki skalnej do wysepki, zaczyna być grząsko. I tak cholernie gorąco… Grzebiemy się, idzie wolno, ale cały czas do przodu.

Mijamy Ławicę, dochodzimy do czujnego miejsca tuż przy żlebie opadającym z przełęczy pomiędzy wierzchołkami Wysokiej wprost do Doliny Złomisk. Zakładamy poręcz z jednej liny, bo miejsce wygląda na średnio przyjazne: przysypane płyty, a wszystko się już sypie, a mieliśmy zamiar wracać tą samą drogą.

W ogóle, fajnych zamiarów wtedy było kilka. Zostawić plecaki na przełęczy i wejść na oba wierzchołki. Przed wejściem może się rozebrać ciut, bo kurde ileż można w takim upale z tyloma warstwami na sobie?? Może zjeść coś na szczycie, bo już popołudnie i żołądki mamy wielkości piłki do tenisa, przyrośnięte do kręgosłupa…

No ale, jak się zamierzyli, tak nie zrobili.

Z plecakami, opatuleni po zęby, napieramy żlebem, wykorzystując na przeloty jakąś starą pętlę, odkopaną klamrę i podszczytowy hak. Wreszcie włazimy na wierzchołek północno-zachodni.

Po ponad 9 godzinach od wyjścia z samochodu…. taki lekki trek…

Widoki piękne. Kilka zdjęć, kilka łyków resztek wody, nadal zero żarcia, czasu nie ma, spadamy.

Już wiemy, że powrót przez Wagę trwałby chyba do następnego dnia. Decydujemy się zatem schodzić żlebem, bezpośrednio do Doliny Złomisk. Fatal error…

Wracamy jeszcze po poręcz. Zostało tam parę fajnych friendów, które dopiero co dostałam na urodziny, toteż wywierałam mocną presję, żeby po nie wrócić (hehe). Odwiązuję Igora, bo fuczy na mnie, że napieram na mocno w dół. Ruszamy w kierunku poręczy, biorę Jacka na sztywno, Ten podejmuje wyzwanie i ryzyko – co tu dużo mówić – i idzie demontować to skomplikowane coś, co założył wcześniej.

Słońce chyli się już ku zachodowi, zaczynamy epopeję zejścia bezpośrednio nad Popradskie Pleso.

To była istna masakra. Złomy na wpół zasypane śniegiem, gdzie wpadanie co chwila, to jedną, to drugą nogą po samą pachwinę do dziury było w standardzie. W sumie zaskakujące, że mam jeszcze całe nogi, przy moim pechu…

Jacek mocno nas wyprzedził, ot, dobrze się czuje na zejściach. Ja nigdy. Wraz z Igim, jak dwóch paralityków, zaczynamy kuśtykać. Zapada zmrok, gubimy ścieżkę, gubimy Jacę, w ogóle jest fajnie. Igi zaczyna już szukać miejsca na spanie. Dzwonię do kolegi, mówię mu, gdzie jestem i pytam, gdzie iść, bo nie chcemy wylądować nad wodospadem, a tej doliny nie znam dobrze. W końcu odnajdujemy ścieżkę…

Głodni i wypompowani, meldujemy się ok 19:00 pod schroniskiem. Tam się dowiadujemy, że Jck uczestniczył jeszcze w małej „akcji ratunkowej”, samemu przy okazji gubiąc się i wpadając do rzeczki, opodal krzaczka.

Nasz lekki, wysokogórski trekking kończy się o 20.00, gdzie zalegamy w aucie, mocno zmęczeni, ale uradowani, w najcudowniejszym smrodku z możliwych…

Zobacz także:

Wielka Korona Tatr – info

2 Comments :, , , more...

Pośrednia Grań – Ławką Dubky’ego, 2009

by Mooliczek on wrz.28, 2009, under Nasze wyjazdy

Pośrednia Grań (Prostredný hrot), 2441 m, Tatry Wysokie
Droga: Ławką Dubky’ego – granią przez Małą Pośrednią Grań, I
Data: 2009.09.26

Po zaostrzeniu apetytu weekend wcześniej, kiedy to chłopakom nie udało się zrealizować celu i wejść na Pośrednią Grań przez Grań Kościołów, postanowiliśmy z Igim zrobić do szczytu podejście numer 2, tym razem od strony Lodowej Dolinki.

Startujemy o 4:00 ze Starego Smokovca i szybko zdążamy w kierunku Chaty Tery’ego.  Na miejsce docieramy nad wyraz szybko, więc fundujemy sobie jeszcze podwójną porcję herbatki w schronisku. Zaraz po tym wychodzimy i podążamy w kierunku Lodowej Dolinki, skąd prowadzi żleb na Przęłączkę pod Żółtą Ścianą.

Jest krucho, szybko jednak wychodzimy na Przełączkę. W międzyczasie Igi rzuca kilka niewybrednych tekstów pod adresem swojego aparatu, który frywolnie powiewa mu na szyi, skutecznie przeszkadzając we wspinaczce. Gdy dochodzimy na Przełączkę, nie możemy sobie odmówić „zboczenia z trasy” i podejścia na Żółtą Ścianę – cel wielu wspinaczy, niezwykle atrakcyjny z uwagi na ciekawe drogi i stosunkowo łatwy doń dostęp, gdyż wznosi się tuż nad Chatą Tery’ego. No i sam widok na schronisko jest przedni.

Schodzimy z Żółtej Ściany i kierujemy się w stronę Ławki Dubky’ego – szerokiego i długiego zachodu, przecinającego północną ścianę Pośredniej Grani niemalże na całej jej szerokości. Zachód nie stanowi żadnego technicznego wyzwania, jednakże dostęp do niego broni krótka, aczkolwiek mocno eksponowana grań i ok 2-metrowa pionowa ścianka. Dla bezpieczeństwa, warto tam mieć na podorędziu kawałek sznurka.

Ławkę przechodzimy szybko i bez problemu pojawiamy się na Pośredniej Przełęczy. Tutaj znowu odbijamy, w prawo na zachód, aby poświęcić dodatkowe pół godziny i wejść na Żółty Szczyt, skąd roztacza się piękny widok na całą Dolinę Staroleśną, grań Jaworowych, masyw Lodowego , Durny i Łomnicę. No i oczywiście, widać z niego obie Pośrednie Granie, właściwą, i Małą z jej niesamowitą, zachodnią ścianą. Puszki szczytowej niestety brak.

Wracamy na Przełęcz i zaczynamy najciekawszy odcinek naszej drogi. Aby dodać troszkę smaczku, postanawiamy obrać wariant poprzez grań Małej Pośredniej Grani. Bardzo ciekawa droga, jest nad czym myśleć podczas wspinaczki, są też czujne momenty. Drogi wycenione na I w skali tatrzańskiej mają to do siebie, że często zawierają w sobie wiele niezbyt trudnych wariantów, ale jednak trzeba wiedzieć, który obrać, aby nie wejść w nieprzewidziane trudności. Mnie się to tyczyło szczególnie, z uwagi na wrodzony talent do szukania utrudnień wszędzie, włączając w to drogi asfaltowe… Tutaj było podobnie. Kilkukrotnie zastanawiałam się poważnie nad kierunkiem, ale opisy z WHP i Chmielewskiego pomogły. Po niedługim czasie stajemy na szczycie Małej Pośredniej Grani. Tutaj również odnotowano brak puszki szczytowej…

Schodzimy na Wyżnią Pośrednią Przełączkę i przed nami  pozostaje ostatni odcinek: grań wyprowadzająca na szczyt. Tutaj też w kilku miejscach znajdujemy stałe punkty asekuracyjne (ringi zjazdowe), droga jest raczej ewidentna i nie przysparza większych problemów technicznych.

Wreszcie, stajemy na szczycie Pośredniej Grani. Puszka jest! Jest też parę innych osób, które sukcesywnie do nas dołączają. Pamiątkowe wpisy, pamiątkowe zdjęcia, piknik – i powstaje pytanie, którędy zejść? Po konsultacjach na szczycie decydujemy się na zejście Żlebem Stilla.

To była ciężka próba.

Po pierwsze – trzeba być bardzo uważnym i czujnym, żeby nie przegapić właściwego wejścia w żleb. Człowiek początkowo ma wrażenie, że schodzi nie na tą stronę, co trzeba (Still wyprowadza z powrotem do Doliny Małej Zimnej Wody, jednakże zejście ze szczytu w jego kierunku rozpoczyna się na stronę przeciwną, do Doliny Staroleśnej). Łatwo przeoczyć właściwy skręt w lewo (lub skręcić w lewo nazbyt wcześnie). Z zasłyszanych relacji pamiętalismy jednak, że należy kierować się koniecznie na Przełączkę pod Ciemniastą Turnią i przy niej odbić na stronę Doliny Małej Zimnej Wody.

Koniec końców, znajdujemy to nieszczęsne miejsce. Żleb Stilla okazuje się koszmarem zejściowym. U góry sypki jak kopce na żwirowni, zaś obie ograniczające go ściany zostają (dosłownie) człowiekowi w dłoniach. Niżej, robi się tak trawiasto, że przy dużym spadku temperatury wilgoć zamienia go w jedną wielką ślizgawkę. U samego jego wyjścia, na dole, ogranicza go duży próg, z którego latem często spływa niewielki wodospad. Tam też zamontowane są dwa ringi zjazdowe, z których warto skorzystać. Zrobiliśmy takowoż, jednakże i tak dostaliśmy na zejściu konkretnie po tyłku, z uwagi na nachylenie i grząski teren. Następnego dnia zakwasy chciały zabić.

Ale było warto. Wycieczka zdecydowanie udana i niezwykle ciekawa.

Przebyta droga:

Stary Smokowiec – Dolina Małej Zimnej Wody – Chata Tery’ego – Lodowa Dolinka – Przełęcz pod Żółtą Ścianą – (Żółta Ściana i z powrotem na Przełęcz) – Ławka Dubky’ego – Pośrednia Przełęcz – (Żółty Szczyt i z powrotem na Przełęcz) – Mała Pośrednia Grań przez pn-zach grań – Wyżnia Pośrednia Przełączka – Pośrednia Grań przez pn-zach grań – Przełęcz pod Ciemniastą Turnią – Żleb Stilla – Dolina Małej Zimnej Wody – Stary Smokowiec.

Zobacz również:

Wielka Korona Tatr – info

1 Comment :, , more...

Łomnica – granią z Durnego Szczytu 2009

by Mooliczek on sie.05, 2009, under Nasze wyjazdy

Łomnica (Lomnicky stit), 2634, Tatry Wysokie
Droga: Trawers grani Durny Szczyt – Łomnica, II/II+
Data: 2009.07.31

Łomnica to jedna z tych gór, na którą jak patrzysz, to czujesz całą paletę emocji. Jej widok hipnotyzuje, zaś myśl o Jej zdobyciu elektryzuje, a czasem i paraliżuje. Ma Ona w sobie coś takiego, co nie pozwala przestać o Niej myśleć, a jednocześnie człowiek ma wrażenie, że jest na tyle maluczki, że nie powinien nawet wyciągać ku Niej swych chciwych i żądnych dotknięcia Jej skały palców. Prawdziwa Królowa. Piękna, potężna, wzbudzająca pożądanie, ale też sroga i majestatyczna.

Była tatrzańskim marzeniem każdego z nas.

Pomysł wejścia od strony północnej zrodził się zapewne w głowie Jck już jakiś czas temu, ale wypowiedziany na głos został całkiem niedawno. Myśl o zdobyciu tej wspaniałej Góry granią z Durnego Szczytu wydała się opcją tak interesującą, że zdecydowaliśmy się na to bez wahania.

Schodząc dzień wcześniej z Lodowego Szczytu patrzyliśmy z Jck na nasz kolejny cel. Musieliśmy zejść na sam dół, do Starego Smokowca po to, aby pojechać do Zakopanego po Igiego i wrócić z nim w to samo miejsce. Sama myśl o ponownym pokonywaniu szlaku do schroniska Tery’ego napawała nas wręcz obrzydzeniem, ale mawiają, że jak wszyscy to wszyscy, babcia też…. Bez Igiego na Łomnicę nie idziemy. Przynajmniej zrobimy trzy wspaniałe tatrzańskie szczyty od samego dołu. Honorniej.

Kolejna noc spędzona na parkingu w Smokowcach. Jck urządził nam pobudkę o 2.00, pół godziny przed planowanym budzikiem. Argument o niepomyślnych prognozach na popołudnie oraz o długości drogi przekonał nas do wcześniejszego wstania. Byliśmy przekonani, że po Lodowym z dnia poprzedniego będziemy się wlec do Terinki jak muchy w smole. A tu niespodzianka: udało się wykręcić czas lepszy o 10 minut. Łomnica przyciąga, oj tak…

Dziwne, ale było nam zimno, jak diabli. Czy to ze zmęczenia, niewyspania, głodu? Ubraliśmy szmaty i skryliśmy się w Terince, z której szacowny Gospodarz wyrzucił nas bardzo szybko (ponoć hałasowaliśmy i odbieraliśmy drogo-cenny sen gości). Chcąc opuścić przeszywającą zimnem, wietrzną Dolinę, udaliśmy się w stronę Małej Durnej Przełęczy.

Droga nie jest aż tak ewidentna mimo, iż cel jednoznacznie maluje się na horyzoncie. Prowadzi ona złomistym, kruchym żlebem, który ciągnie się w nieskończoność. Na początku najtrudniejszy technicznie odcinek, przy którym trzeba chwilę pomyśleć (ok. 2-metrowy próg). Postanowiłam go przeżywcować, Jck za mną. Igi stwierdził, że forma na razie nie dopisuje, więc wyjęliśmy sznurek. Później jednak lina powędrowała z powrotem do plecaka, nie była potrzebna, aż do samej przełęczy.

Na Małej Durnej Przełęczy zastaliśmy Jck (który sporo nas wyprzedził) z miną raczej nie tryskającą optymizmem. „Idzie dupsko” stwierdził, patrząc na nadciągające z północnego zachodu chmury. Nie ma czasu, trzeba działać szybko, przed nami kawał grani. Wyjęliśmy szpej i linę i ruszyliśmy dalej.

Droga na Mały Durny Szczyt, a następnie na Durny Szczyt przebiegała spokojnie i przyjemnie. Jck prowadził. W międzyczasie wypogodziło się, co uczyniło wspinaczkę jeszcze atrakcyjniejszą. Odcinek MDS – DS nie stworzył w zasadzie żadnych większych, technicznych trudności. Na Durnym Szczycie pojawiliśmy się ok. 9:20, po niecałych 7 godzinach od wyruszenia ze Starego Smokovca. Nasza Królowa pozostawała cały czas w chmurach, „za woalką”, niekiedy pokazując nieśmiale lico, które tak pragnęliśmy ujrzeć. U naszych stóp rozpościerała się zaś nasza droga: urodziwa grań, z licznymi turniami i turniczkami, wąskimi przełączkami i kominkami. Jej widok lekko nas onieśmielił, ale cel działał jak silne pole magnetyczne. Szybko, po zrobieniu kilku nieudolnych, pamiątkowych zdjęć z samowyzwalacza i dumnym wpisaniu się do książki wejść, rozpoczęliśmy naszą graniową epopeję w kierunku Łomnicy.

Wygodna ścieżka bardzo szybko wyprowadziła nas w pierwsze trudności. Wiedzieliśmy, że przy zejściu z Durnego czekają nas dwa ok. 20-metrowe zjazdy. I tak też było. Pierwszy uskuteczniliśmy z ringa zjazdowego, zlokalizowanego przez Jck, z drugim jednak nie poszło już tak łatwo. Nie udało się znaleźć kolejnego stałego punktu asekuracyjnego, a brakło nam ok. 5 metrów aby zjechać we w miarę bezpieczne i wygodne miejsce (lina 60 metrów nie starczyła na całość). Zamontowaliśmy zatem przelot z taśmy 180 cm, która pewnie teraz radośnie tam powiewa (ku rozpaczy Igiego – był z nią emocjonalnie związany), i zjechaliśmy na dół.

Dalsza droga dostarczała nam wrażeń, ale byliśmy przekonani, że największe techniczne trudności zostawiliśmy za sobą, na zejściu z Durnego. W końcu to wycena II / II+ .Pogoda jednak powoli przestawała nam sprzyjać. Zrobiło się zimno i mało przyjemnie, a grań i otaczające ją szczyty spowiło kłębowisko chmur, co znacznie ograniczyło widoczność i utrudniło wyszukiwanie drogi na odcinkach dalszych, niż parę – paręnaście metrów. Przypuszczalnie to spowodowało, że w pewnym momencie, w okolicach Zębatej Turni, Jck odbił w prawo próbując ją obejść od strony Doliny Pięciu Stawów Spiskich, zamiast iść granią. Tym samym zaserwowaliśmy sobie dodatkowe, techniczne trudności w postaci całkiem emocjonującego kominka ( III ), który nie był w planie, a który okazał się najtrudniejszym momentem na całej drodze. Szarpaliśmy się z liną, która się kończyła na odcinku JckIgi, założona przez Jck kostka wypadła i tym sposobem jedynym punktem, który go trzymał był zlokalizowany od niego w poziomie o ok. 10-12 metrów hex. „Jak poleci, albo pierdzielnie o glebę na półce skalnej, albo poleci dalej i zrobi wahadło” – pomyślałam. Z kominka daje się słyszeć zdecydowane „Tylko mnie teraz nie ściągnijcie!”. Szamotanina i zamieszanie, najpierw komenda „Weźcie mnie na sztywno!”, potem „Lina, dajcie linę!” Koniec końców Jck dał radę sam i wylazł z tego nieciekawego miejsca, zanim cokolwiek zdążyliśmy sensownego zrobić.

Potem było już tylko łatwiej. Z prawej strony, z Doliny Pięciu Stawów Spiskich dołączyła do nas Droga Jordana. Pojawiły się również ubezpieczenia: klamry i łańcuchy (te pierwsze zdecydowanie przydatne, głownie do zakładania przelotów; te drugie nie były już konieczne wszędzie tam, gdzie je założono). Poślednią Turnię obeszliśmy z lewej strony po to, by zaraz zostać zmiażdżonymi widokiem, który wyłonił się zza jej ścian. Łomnica. Wyrosła przed nami, niczym potężny, czarny smok, piękna, taka doskonała w swych kształtach…. Staliśmy u jej podnóża, była w zasięgu ręki. To już „ostatnia prosta” i będziemy na szczycie.

Końcówka prowadzi przez pionowy Komin Franza (łańcuchy) i wychodzimy na grań szczytową. W mgle wyłania się budynek obserwatorium, barierki, a przy nich gapie, którzy patrzą na nas, jakbyśmy pojawili się tam z nikąd (wszak wyłoniliśmy się z chmur niemalże). Robią nam zdjęcia, jak jakimś cudakom. W końcu wchodzimy na taras. Jesteśmy na Łomnicy. Nareszcie!

Zalegliśmy na ławkach przed ekskluzywnym lunch barem, gdzie kelnerzy w muszkach i kamizelkach zbierali dookoła nas kufle po piwie i popielniczki. Dziwnie się czuliśmy, tacy łachmaniarze dzwoniący żelastwem, wyjmujący suchy chleb i żółty ser, siedzą przed wejściem do lokalu, gdzie przeciętny turysta musi zapłacić 20 EUR, aby się do niego dostać (cena biletu na kolejkę, tam i z powrotem). Przeżuwaliśmy w milczeniu, z głupawym, ale zadowolonym uśmiechem na twarzach. Królowa dopuściła nas do siebie. Co za dzień…

Zejście planowaliśmy drogą normalną, wiodącą przez ramię, aż do Łomnickiej Przełęczy. Jako, że mam problemy z kolanami postanowiłam, że w pierwszym możliwym miejscu wezmę „lanovkę” i sama zjadę na sam dół, do Tatrzańskiej Łomnicy, zabierając większość betów i podjadę do Starego Smokowca po auto. Chłopaki miały zaś zejść szlakiem. Jednak ku naszemu zaskoczeniu operator górnej stacji kolejki, zobaczywszy nas od razu zaproponował, że nas zwiezie przystanek niżej (bez żadnych kosztów), bo „widzi, że wracamy z gór”… To był jeden z najmilszych akcentów drogi powrotnej, poczuliśmy wszyscy niewypowiedzianą ulgę i wdzięczność.

Podróż nad Skalnate Pleso trwała ok. 15 minut, pozwoliło to nam odprężyć się, zmarznąć i przekonać do idei, że jedziemy kolejką na sam dół. Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy wrócić do domu. Było późno, a gdzie Gliwice, gdzie Katowice, a gdzie Kraków?? Trochę się kręciliśmy, szukając kasy biletowej, aż pewna starsza pani, pracownica restauracji wyszła do nas i zapytała po słowacku „czy aby nie potrzebujemy pomocy?”. Skorzystaliśmy chętnie, a pani skierowała nas do kasy. Musieliśmy faktycznie wyglądać nieciekawie, skoro wzbudzaliśmy w ludziach takie odruchy litości i bezinteresownej chęci pomocy. Zapłaciliśmy po 6,30 EUR za bilet i chwilę później pojawiliśmy się w Tatrzańskiej Łomnicy, po 15,5 h akcji górskiej. Kolejka do Starego Smokowca miała przyjechać dopiero za 1,5 h, chcąc więc oszczędzić cenny czas, którego nam brakowało, poszłam łapać stopa i w ciągu 10 minut pojawiłam się przy aucie.

Do domu wracaliśmy ze spełnionym tatrzańskim marzeniem w myślach, w nogach, ale przede wszystkim w sercu.

Zobacz także:

Wielka Korona Tatr – info

1 Comment :, , , more...

Lodowy Szczyt – granią z Kopy Lodowej, 2009

by Mooliczek on sie.04, 2009, under Nasze wyjazdy

Lodowy Szczyt (L’adovy stit), 2627, Tatry Wysokie
Droga: Trawers grani Kopa Lodowa – Lodowy Szczyt, II/II+
Data: 2009.07.30

Trawers grani Lodowego Szczytu przez Kopę Lodową był pomysłem Jck. Chcieliśmy połączyć fajną wspinaczkę w terenie o umiarkowanych trudnościach z jakimś „honornym” szczytem. Łomnica czekała na Igiego, więc padło na trzeci najwyższy szczyt Tatr.

Ledwo wyruszyliśmy z Krakowa z planem na dwa dni (Lodowy + Pośrednia Grań bez schodzenia na dół), jak dostajemy smsa od Igiego, że pojawi się pierwszego dnia wieczorem w Zakopanem, i czy przypadkiem nie będziemy w okolicy. Grunt, to być elastycznym i szybko dostosować się do zmieniających się okoliczności, pomyśleliśmy… Myśl o schodzeniu spod schroniska Tery’ego do Starego Smokowca po to, by dnia następnego (a raczej nocy) wejść tam ponownie (i zaatakować Łomnicę) wzbudzała w Jck odruchy wymiotne. Szybka analiza SWOT przekonała nas jednak, że cenimy towarzystwo Igora ponad wygodną kolebę w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich i pogodziliśmy się z myślą o ponownym podchodzeniu pod Terinkę, kolejnego dnia.

Plan został zatem szybko zmodyfikowany. Dzień 1 – grań Lodowego, dzień 2 – grań Durny Szczyt – Łomnica. Z takim postanowieniem pomknęliśmy w stronę Starego Smokovca.

Noc na parkingu, pobudka o 3:30. Godzinę później jesteśmy pod stacją kolejki na Hrebenioku (szkoda, że nie wożą całodobowo…), skąd szybko przemieszczamy się Magistralą do Chaty Zamkowskiego. Wrzucamy szybko coś na ząb i ruszamy przez Dolinę Zimnej Wody do schroniska Tery’ego, gdzie docieramy po 2h 45 minutach od wyjścia z parkingu. Odpoczynek w cieniu jest mało przyjemny, postanawiamy zatem iść dalej, w poszukiwaniu pierwszych promieni słońca, które pozwoliłyby nam podładować trochę akumulatory, Jackowi – wysuszyć skarpety, no i oczywiście, rozleniwić się. Koniec końców zatrzymujemy się dopiero przy Lodowym Stawie, gdzie w pobliskim potoku napełniamy butelki wodą (mniam, mniam), chwilę odpoczywamy i ruszamy w kierunku Lodowej Przełęczy, podążając cały czas oznakowanym szlakiem.

Tu zaskoczenie: podejście nie prowadzi osuwistym piarżyskiem, jak się spodziewaliśmy. Słowacy wrzucili tam kilka belek i zrobili schody. Masakra dla kolan, fajnie przeprosić się tam z kijkami.

Na przełęczy rozpościera się przed nami piękna panorama Tatr Wysokich, z Jaworowym Szczytem na pierwszym planie. Horyzont zamyka masyw Gerlacha i Wysokiej, i dalej, szczyty niekończącej się Doliny Jaworowej. Po krótkiej przerwie i pełnym wysublimowanej kultury przeganianiu os, rozpoczynamy podejście pod Kopę Lodową.

Ścieżka biegnie w sposób dość oczywisty, krucho, ale łatwo. Szybko docieramy na wierzchołek, gdzie wyjmujemy szpej i linę. Tutaj zaczyna się właściwy element naszej wycieczki: grań łącząca Kopę Lodową i Lodowy Szczyt.

Jck prowadzi. Początkowo idzie łatwo, w jednym czy dwóch miejscach zakładamy coś na sztywno, ale z reguły idziemy na lotnej. Wspinaczka jest przyjemna, pogoda jeszcze też, nikogo w okolicy. Z prawej podziwiamy nasz kolejny cel, Durny Szczyt i Łomnicę, z lewej spoglądamy na Staroleśną, Gerlach, Wysoką, Rumanowy i Żłobisty Szczyt. Dochodzimy do pierwszego progu, przy którym Jck zaczyna kombinować, głównie na zejściu. Tutaj trzymamy się na sztywno. Próg okazuje się ciekawym miejscem, kilkumetrową (3-4 metry) ścianką, przy której trzeba chwile pomyśleć, zanim zrobi się do niej przystawkę. Bardziej problematyczne okazuje się zaś zejście z niej, z uwagi na ekspozycję. Jck sprawnie pokonuje ten odcinek i ściąga mnie do siebie. W tym momencie dostrzegamy na grani biegnącego (dosłownie) w naszym kierunku człowieka. „Jakiś solista grań żywcuje” – pomyślałam. Jegomość, znalazłszy się w zasięgu naszego wzroku, okazał się być pracownikiem Horskej Záchrannej Služby, który wyglądał, jakby granią Lodowego uskuteczniał poranny jogging. Wyprzedził nas i szybko pobiegł w kierunku szczytu.

Po krótkiej wymianie zdań na temat tego, czy ów kolega wchodzi już tutaj tyłem z zamkniętymi oczami, czy jeszcze nie, zbieramy się i napieramy dalej. Docieramy do drugiego, technicznie trudniejszego miejsca. Kolejny próg, tym razem wyższy, z którego zejście jest już lekko przewieszone. Powietrznie, trzeba zatem znowu opatentować zejście. W pewnym momencie Jck wyrzuca z siebie pełne zdziwienia pomieszanego z lekkim niedowierzaniem: „K***a mać, jak on tędy zlazł??”, słowa te jednak zadziałały chyba jak zaklęcie, bo w kolejnej sekundzie próg „się poddał” i ja z kolei mogłam podjąć swoją próbę, z sukcesem.

Po tym odcinku wyszliśmy na „ostatnią prostą”. Zbliżając się do szczytu naszym oczom ukazał się trójnóg, na nim zaś powiewały radośnie … suszące się gatki człowieka z HZSa. Proces suszenia trwał jakieś 15 minut, po czym mogliśmy wreszcie uwiecznić siebie na szczycie, z trójnogiem na pierwszym planie, a pięknymi tatrzańskimi szczytami w tle. W międzyczasie doszły jeszcze kolejne ekipy od strony drogi normalnej, jedna z przewodnikiem i jedna bez. Wpisujemy się do puszki pamiątkowej i ruszamy w dół, tzw. „normalem”.

Szybko dochodzimy do słynnego Lodowego Konia, który okazuje się raczej małym mułem, takim mulikiem (sic!). Oczywiście, trzeba uważać, ale generalnie, strach ma wielkie oczy. Idziemy więc dalej, w stronę Lodowego Zwornika, gdzie chowamy sznurek, a ja wyjmuję ponownie kijki i zaczynam zabawę w mafię geriatryczną. Zejście drogą normalną okazuje się dla mojego zmaltretowanego kolana koszmarem: sypko, krucho, żwirowato, muszę uważać na każdy krok. Patrząc na Jck, który sukcesywnie zamienia się w coraz to mniejszą, czarną plamkę na horyzoncie, zaczynam czuć się beznadziejnie. Kuternoga z górskimi aspiracjami, szlag by to…

Koniec końców, docieramy do Terinki, gdzie po krótkim odpoczynku nabieram animuszu i pędzimy dalej. Każdy kolejny jednak kwadrans pogarsza nasze samopoczucie. Upał i dłużyzna drogi powoduje, że do samochodu docieramy naprawdę umęczeni tym zejściem, po 13,5 h akcji. Stamtąd ruszamy z powrotem do Polski, po Igiego. Łomnica czeka…

Zobacz także:

Wielka Korona Tatr – info

2 Comments :, , more...

Kończysta, 2008

by Mooliczek on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Kończysta (Koncista), 2538, Tatry Wysokie
Droga: grań Tupy i zachodni żleb, 0+
Data: 2008.08.30

Ta wycieczka zapowiadała się dość ciekawie o tyle, że tydzień wcześniej Igi zbierał mnie półprzytomną ze szlaku na Krywań, gdzie dostałam zapaści na skutek nagłego ataku hipoglikemii reaktywnej – a mówiąc po ludzku: bardzo gwałtownego spadku cukru. Myśląc podówczas, że dostałam zawału (!), jak tylko doszłam do siebie popędziłam na wszelakie możliwe badania serca. Efekt? Wycieczka na Kończystą miała się odbyć w towarzystwie pełnego okablowania i oprzyssawkowania, zwanego pospolicie holterem.

Opatulona w kabelki i inne elektroniczne ustrojstwa mające monitorować pracę mojego dzielnego serca przez całą dobę, wyruszyłam z chłopakami w stronę Szczyrbskiego Plesa. Krótki sen w samochodzie na parkingu, aż niemiłosierny budzik dzwoni o 3.00 i wzywa nas na pole bitwy. Dość marudni, wyruszamy wreszcie po 4.00 z parkingu, w stronę Popradzkiego Plesa. Pod schroniskiem jesteśmy dość szybko, ale jeszcze przed świtem. Obieramy kolejny punkt wycieczki: Przełęcz pod Osterwą. Droga wiodąca przez zdające się nie kończyć zakosy wyprowadza nas po godzinie 6 rano na otwartą przestrzeń, gdzie wieje niemiłosiernie. Chowamy się szybko za niewielkim kamiennym murkiem, ubieramy kurtki i wszystko, co tylko jeszcze może nas osłonić przed wiatrem. Jck w międzyczasie postanawia zdobyć najwybitniejszy szczyt w okolicy, co kompletnie mi umyka. Pełen rozpierającej go dumy wraca po 20 minutach, z dorobkiem górskim wzbogaconym o wspaniałą Osterwę.

Dalej, kierujemy się w stronę Tępej (słow. Tupa), granią, skąd planujemy zejście do Stwolskiej Doliny, przez okolice Lucnego Sedla. Zefirek to nam pomaga – dosłownie pchając nas do przodu, to przeszkadza – stawiając czynny opór, tudzież spychając wesoło z grani w takim kierunku, gdzie śmiało byłoby gdzie otworzyć spadochron. No… może nie spadochron, ale na pewno policzyć śmiało do 5ciu, zanim pooglądalibyśmy z bliska kamienie na dnie Doliny Złomisk. Dorzućmy do tego jeszcze dość śliskie, miejscami pokryte glazurą skały, i już mamy kolejny odcinek „gwiazdy tańczą na lodzie”.

Niedługo po wschodzie słońca osiągamy Stwolską Przełęcz, skąd rozpoczynamy podejście pod nasz główny cel – Kończystą. Ostatnia część naszej drogi na wierzchołek jest dość mozolna i mało emocjonująca. Ogranicza się do podejścia zachodnim zboczem Kończystej, najpierw po złomach, potem kruchych piargach, w górę szerokim żlebem, który wyprowadza nas wreszcie na Wyżnie Pasternakowe Wrótka. Końcówka żlebu pokonywana była przeze mnie i Igiego w dwóch parach skarpet: jedne spełniały swoją podstawową funkcję, drugie robiły za rękawiczki, których zapomnieliśmy. Ot, taka nowa, niskopiennogórska moda. A łapawice wg najnowszych trendów przydały się wyśmienicie: górne partie góry były już całkowicie pokryte warstewką lodu, co było dla nas dość zaskakujące, zważywszy na to, iż mieliśmy jeszcze sierpień (w prawdzie ostatni dzień, ale jednak).

Ku naszemu rozczarowaniu widok w kierunku wschodnim, na który tak liczyliśmy, obfitował jedynie w chmury. Wiatr dął nadal nieprzyjemnie, więc nie pozostało nam nic, jak tylko schodzić. Przed zejściem Jck podjął jeszcze próbę wejścia na słynne Kowadło, jednakże brak asekuracji oraz lód na skałach ostatecznie odwiódł go od tego pomysłu.

Po zejściu na dół tą samą drogą, trasa powrotna biegła spokojnie dnem doliny aż do momentu, kiedy to w całej Stwolskiej rozbrzmiał osławiony już ówczesny dzwonek telefonu Jck – Diazinon. Trzeba jednoznacznie przyznać: techno w rezerwacie – to było coś… Ubawieni, skierowaliśmy się dalej wzdłuż zboczy Tępej, aż do osiągnięcia Tatrzańskiej Magistrali, skąd z powrotem, w kierunku Przełęczy pod Osterwą i w dół, do Popradzkiego Plesa.

Nazajutrz odczyt holtera, ku późniejszemu przerażeniu mojego kardiologa, pokazał średnie dobowe tętno: 150 uderzeń na minutę. „Nie ma to, jak trening kardio” – pomyślałam ;)

Zobacz również:

Wielka Korona Tatr – info

2 Comments :, , more...

Gerlach przez Wielicką Próbę, 2008

by Mooliczek on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Gerlach (Gerlachovsky stit), 2655, Tatry Wysokie
Droga: przez Wielicką Próbę, I, A0
Data: 2008.06.02

Gerlach z przewodnikiem? Zupełnie nie wiem, czemu zdecydowaliśmy się na taką opcję… Wtedy wydawała się jedyna sensowna.

Ale decyzja zapadła, solidna kasa poszła na cudze konto – nie pozostało nic innego, jak iść. Poza tym, towarzystwo było przednie, więc plusy dodatnie przebiły plusy ujemne.

Wieczorem dotarliśmy do Śląskiego Domu, przy którym zaparkowaliśmy auto. Nikt z nas nie myślał o tym, że możemy dostać za to mandat, Noel nawet olał sprawę i powiedział, że 1000 SKK to on za nocleg płacić nie będzie (i słusznie), noc zatem spędził w samochodzie.

Nazajutrz, ok. 5:30 wyruszyliśmy we dwie ekipy, każda licząca 4 osoby + przewodnik.

Przemieszczaliśmy się szybko: ze Śląskiego Domu za zielonymi znakami do Wielickiego Stawu, skąd odbijamy w lewo i kierujemy się w stronę Wielickiej Próby, pierwszej trudności na drodze. Niegdyś ubezpieczona łańcuchami i klamrami, teraz odarta z żelastwa niemalże całkowicie piętnastometrowa skalna ściana nie stanowi dla nas większego problemu. Szybko wchodzimy w Wielicki Żleb, cały czas spoglądając na drugą część naszego zespołu, idącą przed nami. Tydzień wcześniej wróciliśmy z Igim z Blanka…. Myśleliśmy zatem, że na Gerlach pomkniemy na skrzydłach. Oj, nic bardziej mylnego, zdychaliśmy i klęliśmy pod nosem na swoją formę (a raczej jej brak). Co wysokość i inne trunki robią z ludźmi… Ale pogoda przynajmniej dopisuje, póki co.

W końcu wychodzimy na Przełączkę nad Kotłem. Chwila restu, parę zdjęć i dalej, zachodnią częścią grani przechodzimy nad Gerlachowskim Kotłem aż pod wierzchołek Małego Gerlacha. Po drodze mijamy wyjście ze słynnego Żlebu Karczmarza, a także „kamień prawdy” – jak gminna wieść niesie, ten pokaźnych rozmiarów głaz, niefortunnie blokujący drogę obnaża prawdę o „mięśniu piwnym”. Jak okazuje się on zbyt duży, to człowiek ma ponoć problem z jego obejściem (a obejść go należy w dużej ekspozycji). Wszyscy przeszli… ale rozczarowanie chłopaków było duże: to oznacza, że piwa jednak było za mało…

Spod Małego Gerlacha możemy w końcu dojrzeć wierzchołek główny, pod i na którym widać już kilka ekip. Idziemy dalej, trawersując pd-zach zbocze Pośredniego Gerlacha i kierując się lekko w stronę Doliny Batyżowieckiej, by w końcu dotrzeć do górnych partii Batyżowieckiego Żlebu, skąd szczyt już w zasięgu ręki.

Na szczycie jesteśmy o 8:50. Widoki zacne, wstrzeliliśmy się też w lukę i opórcz „naszych” była tam jeszcze tylko jedna ekipa (ale to i tak tłum…). Niestety, swobody mamy niewiele – 15 minut później już jesteśmy na zejściu w Batyżowieckim Żlebie, tym razem odbijając w prawo.

O ile w drodze na szczyt przewodnik był na prowadzeniu, o tyle teraz szedł jako ostatni. Dopiero tutaj dotarło do nas, jak skomplikowana orientacyjnie może być ta droga. Co chwila słyszeliśmy za plecami „Nie tędy!… Tamtędy”. Łatwo można było wejść w całkiem interesujące trudności.

Gdy dochodzimy do Batyżowieckiej Próby, pojawiają się pierwsze emocje. To tylko 6 metrów ubezpieczonej ściany skalnej, ale ekspozycja całkiem miła. Próba zostaje jednak zaliczona pomyślnie, szybko pojawiamy się na dnie Doliny Batyżowieckiej. Stamtąd prostą drogą w kierunku Batyżowieckiego Stawu i dalej, do Śląskiego Domu.

Niestety, niewiele więcej mogę o tej wycieczce powiedzieć… Pomimo naprawdę fajnej ekipy i profesjonalnych przewodników odarta ona była dla mnie z jakichkolwiek emocji. Wycieczka z przewodnikiem na pewno ma swoje dobre strony, chociażby stosunkowo szybkie pokonanie trasy trudnej orientacyjnie. Jednak to prowadzenie (a raczej ciągnięcie) na sznurku, popędzanie i brak swobody kompletnie mnie dobił. Trasa piękna, ale zabrakło mi wolności w górach, gnaliśmy tam wszyscy w jednym kierunku, wielu z nas bez większej świadomości tego, co się wokół nich dzieje.

Myślę zatem, że moja pierwsza wycieczka z przewodnikiem będzie jednocześnie moją jedyną…

Zobacz również:

Gerlach – przez Żleb Karczmarza

Wielka Korona Tatr – info

2 Comments :, , more...

Rysy – wejście Rysą, 2008

by Mooliczek on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Rysy (Rysy), 2499, Tatry Wysokie
Droga: Rysą (wariant zimowy), PD/PD+
Data: 2008.06.14

W zasadzie, celem były po prostu Rysy. A że warunki sprzyjały wykorzystaniu zimowego jeszcze wejścia, postanowiliśmy z tego skorzystać.

Całość trasy zajęła nam ok 11 godzin, od opuszczenia parkingu w Palenicy, aż do powrotu do samochodu. Wyruszyliśmy w pełnym składzie ok 6.00, nad Morskim Okiem jednak dzielimy się na dwie ekipy: Jck z Noelem opuszczają nas, aby udać się w kierunku Mnicha.

Mimo, iż był czerwiec, śniegu nad Czarnym Stawem było jeszcze całkiem sporo. Rysa była całkowicie zasypana, jednakże część z nas weszła w nią bez pełnego zimowego wyposażenia. Nie przysporzyło nam to problemów, choć byliśmy świadkami ok 20-metrowego zjadu przypadkowego turysty, który był bez raków i bez czekana. Zatrzymawszy się chyba siłą woli, zdecydował się wycofać. Psychika nie wytrzymała, tudzież zdrowy rozsądek wrócił.

Całość drogi jest przyjemna, aczkolwiek dla niewprawionych kondycyjnie może być męcząca. Standardowo musieliśmy być czujnymi pod Bulą, gdyż tam zawsze coś lubi polecieć. Samo wejście w Rysę jest ewidentne i nie przysparza większych problemów technicznych, z czasem robi się coraz wężej i stromiej. Można zapomnieć o widokach – Rysa to rynna, z lewej i z prawej ograniczają nas skalne ściany i niewiele widać dookoła, aż do momentu wyjścia na grań. To najbardziej czujny moment, nastromienie może sięgać (w zależności od ilości śniegu) nawet do 50 stopni. Potem było już luźno, spokojnie weszliśmy, zeszliśmy (górna partia tyłem) i powróciliśmy na parking.

Zobacz również:

Wielka Korona tatr – informacje praktyczne

Rysy – Zachodnia ściana, 2009 – relacja

Niżnie Rysy – relacja

3 Comments :, , more...

Wielka Korona Tatr (WKT)

by Mooliczek on wrz.06, 2010, under Informacje praktyczne

Szczyt Wysokość
(mnpm)
Wybitność Relacja
Gerlach 2655 m 2355 m Wielicka Próba (2008)
Żleb Karczmarza (2009)
Łomnica 2634 m 442 m granią z Durnego Szczytu (2009)
Lodowy Szczyt 2627 m 286 m granią z Kopy Lodowej (2009)
Durny Szczyt 2623 m 111 m od Małego Durnego Szczytu (2009)
Wysoka 2560 m 305 m Przez Pazdury i Ławicę (2009)
Kieżmarski Szczyt 2558 m 143 m Z Huncowskiej Przełęczy (2008)
Kończysta 2540 m 205 m z Doliny Stwolskiej (2008)
Baranie Rogi 2526 m 137 m -
Rysy 2503 m 163 m Rysa (2008)
Zachodnia ściana (2009)
Krywań 2494 m 400 m -
Staroleśna 2476 m 276 m -
Ganek 2465 m 182 m -
Sławkowski Szczyt 2452 m 177 m -
Pośrednia Grań 2440 m 131 m Ławką Dubky’ego – granią przez Małą Pośrednią Grań (2009)
7 Comments :, more...



Szukasz czegoś konkretnego?