Tag: Topo
Marmolada – północną ścianą, 2010
by Mooliczek on sie.12, 2010, under Nasze wyjazdy
Marmolada – Punta Penia, 3342, Dolomity, Grupa Marmolada
Droga: Północna ściana, AD/AD+
Data: 2010.08.07
Geneza tego wyjazdu jest dość osobliwa:
Jck: No to co w ten weekend?
Mulik: Tatry… Wspin?
Jck: Nie mam formy, nie byłem w górach od miesiąca.
Mulik: Tatry turystycznie?
Jck: Będzie lało. Wszędzie sprawdzałem.
Mulik: Canyoning? :D
Jck: Ej noo…
<cisza>
Jck: Marmolada?
<cisza>
Mulik: Widziałam na kamerkach tą ścianę – marnie to teraz wygląda.
<cisza>
Jck: To weźmiemy cały zestaw do lodu.
Tym sposobem we czwartek podjęliśmy decyzję o wyjeździe na weekend w Dolomity.
Cel: Marmolada, północną ścianą. Długa na 350 metrów, wyceniana na AD, kulminuje niewiele poniżej wierzchołka.
Sami byliśmy ciekawi, czy się da. Pomysł wyjazdu był tak spontaniczny i szalony, że wzbudzał w teamie powszechną wesołość. Ale co tam! Jedziemy!
Jck: Sprawdzałem 6 serwisów pogodowych, ma być lampa.
Mulik: A zostawże w cholerę te serwisy! Jedziemy i robimy. Koniec jojczenia, że warunków nie ma!
Mobilizacja – 100%.
W składzie: ja, Igi, Jacek, wyjeżdżamy „po robocie”, w piątek, ok. 17.30 z Gliwic. Jedziemy całą noc, przecinając Czechy, a potem Austrię – w paskudnym deszczu. W międzyczasie Jck daje się namówić na skorzystanie nazajutrz z kolejki. Mój argument? – będzie więcej czasu na łojenie w ścianie. Argument Jacka? – „Przynajmniej pośpię”.
Na parking przy tamie na Passo di Fedaia dojeżdżamy o 5.30 nad ranem. Jako, że pierwsza kolejka odjeżdża o 8.30, kimamy 2 godziny. Tzn usiłujemy – nie przywykłam do zasypiania w samochodzie o wschodzie słońca, przy akompaniamencie chrapiącego Igiego ;)
7.30 – zrywamy się na nogi. Szybki przepak i do kolejki. Przed kasą słyszę radosne: „Mulik, Ty masz…kolczyki!”. Tak, jak stałam w piątek w biurze, tak pojechałam. Nie zwróciwszy nawet uwagi na akcesoria. Cóż… w końcu jestem we Włoszech, to mogę się trochę polansować ;)
Kupując bilety, Igi ujawnia swe lingwistyczne zdolności:
- Andata e ritorno?
- Andatritorno.
Parę minut po 9.00 jesteśmy już powyżej 2.600 mnpm. Piękna pogoda, zainteresowanych wejściem na Marmoladę jest sporo, toteż nie czujemy się tam nazbyt osamotnieni. Nastroje mamy fantastyczne – dalej nie możemy w zasadzie uwierzyć, że tu jesteśmy :) Trochę to dziwna pora na początek wspinaczki. Coś, jak „second shift climbing”.
Szybko identyfikujemy wejście w ścianę i podążamy w jej kierunku. Za nami – ku naszemu zdziwieniu – rusza tramwaj ok. 6-7 osób. Nie sądziliśmy, że ktokolwiek do nas dołączy, to chyba mało popularny cel, bo i zapisków w necie mało. Gdy tylko nas doganiają okazuje się, że nie tej drogi szukali. Skierowaliśmy ich w stronę pożądanej ferraty, a sami przystąpiliśmy do podziału sprzętu.
Porozumienie było szybkie: Igi bierze śnieg, Jacek lód, ja – skałę. Tak też się uposażyliśmy i związani jedną 60-metrową liną ruszyliśmy do góry.
Jako, że początek był śnieżny, idziemy w kolejności: Igi, ja i Jck. Widoki przepyszne. I chociaż muszę przyznać, że Dolomity to nie moja bajka, te przerośnięte skały i big wall’e zrobiły na mnie wrażenie. W sam raz na romantyczną wycieczkę we dwoje ;) To jednak nie moje poczucie górskiej estetyki.
Na początku, warunki w ścianie fantastyczne. Aż byliśmy zdziwieni. Śnieg kapitalnie nas przyjmuje, nachylenie „do 60 stopni” jest nieodczuwalne.
W międzyczasie dogania nas…. grupa trzech latynoskich ‘prawdziwków’. Patrzymy zdumieni, jak amigos żwawo nas wyprzedzają z prawej, pakując się centralnie w lawinisko i napierając do góry. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż kontrastowaliśmy ze sobą mocno: my uzbrojeni w szpej po zęby, oni – na lekko, bez jakiegokolwiek sprzętu zimowego, w trekach i krótkich rękawkach :)
„Ale demotywacja!” – rzuca Jacek.
Myślimy sobie, że to pewnie wymiatacze, jakich mało. Szybko jednak okazuje się, że mieli w planie inną niż my drogę, a niepewnie konsultowana i obracana w rękach mapa utwierdziła nas w końcu w przekonaniu, że to generalnie … wesołe chłopaki :D
Napieramy.
Igi dochodzi wreszcie do skalnej bariery, przy której droga układa się naturalnie i prowadzi dalej odbijającym w lewo zachodem. Tutaj śnieg już nie jest tak przyjemny, jak niżej. Robi się sypko. Wcześniej, dwa dni z rzędu był opad – co właśnie dało się odczuć. Z każdym krokiem było bardziej grząsko, każdy zbyt długi postój w jednym miejscu owocował lekkim osunięciem.
Podchodzimy wyżej – zaczynają się skały i kluczenie.
Mulik: To co, teraz ja?
Igi: Nie, spoko. Idę dalej.
Tym sposobem Igor przejął całość prowadzenia – i utrzymał je już do końca.
Droga robi się skomplikowana, a wyższe partie góry zaczynają spowijać chmury. Widoczność spada do 15-20 metrów.
Przyjeżdżając na miejsce żałowałam, że zapomniałam haków. Wchodząc jednakże coraz bardziej w – powiedzmy – skalny teren, z nieskrywanym osłupieniem patrzyłam na fatalną jakość tamtejszej skały. Potworna kruszyzna! Każdy założony przez Igiego przelot nie wytrzymał próby i zostawał mu w rękach, wyrywając przy tym pokaźny fragment tego, w czym właśnie był osadzany.
Nie mieliśmy gdzie czego zakładać. Najmocniejszymi przelotami okazywały się stany zrobione z wkopanego w śnieg czekana. To było wspinanie „Na słowo honoru – nie odpadać!”.
Idziemy dalej. Widoczność marna, a teren swoim ukształtowaniem zaczyna przypominać trawers Małego Gerlacha, który uskutecznialiśmy zimą. Liczne żeberka i żlebki, które częściowo przysypane świeżą warstwą kompletnie niezwiązanego śniegu tworzą formację ciekawą, aczkolwiek dość kłopotliwą do przejścia – zwłaszcza przy, de facto, zerowej asekuracji. Ten fragment ściany nie przypominał w niczym zdjęć, które oglądaliśmy.
Po cichu liczyliśmy na śnieg, a jeśli nie – to chociaż na lód. Zastaliśmy mursz i ledwo przysypaną śniegiem łupkowatą skałę, tworzące teren na tyle grząski, aby pojawił się ścisk pośladków. Daleko temu było do pięknej, śnieżnej formacji, gdzie wspin to czysta przyjemność i spacer. Czyli standard – znowu wpierdzielamy się w ulubione klimaty :D
Wreszcie pojawia się światełko w tunelu: zbliżamy się do grani. Igi wychodzi pierwszy, znikając nam z pola widzenia. Czekamy. Wreszcie słyszymy: „Koniec, to tu!”. Uffff.
Jedno po drugim wychodzimy ze ściany na grań, w której zbiega się również końcówka drogi normalnej, ubezpieczonej ferratą. Na górze sporo ludzi, daje się też słyszeć rodzimy język. Na moje „Cześć!” koledzy z kraju odwracają wzrok. Potem się dowiedziałam od Igora, że jego wyjście ze ściany na grań spotkało się z rzuconym pogardliwie komentarzem: „A ten gościu skąd, k***a, wyszedł?”. W podtekście „Chyba jednak poje***y im się drogi”. No tak. Jako naród, w górach jesteśmy zawsze ekspertami, ale przynajmniej – nie kryjemy się z tym. To cenne :)
Olbrzymia radość i ulga – tak można określić nasze emocje. Przejście ściany zajęło nam 4 godziny. Wykaz użytego na drodze sprzętu lekko nas onieśmiela: śruba lodowa skrócona krawatem i friend no 3. Tyle….
Zostaje jeszcze podejście na wierzchołek, na co – o dziwo – nie wszyscy mają parcie ;) Jednakże oczywistym jest, że się tam pojawiamy, w kompletnym mleku. Szybkie zdjęcie przy szczytowym krzyżu, i zbiegamy w dół, aby zdążyć na ostatnią kolejkę o 16.30. Zbiegamy dosłownie. Pokonanie odcinka z ferratą zajmuje nam dokładnie 10 minut, całość drogi z wierzchołka pod kolejkę – godzinę. Grunt, to mieć odpowiednią motywację!
Zjeżdżamy na dół i – dumnie się prężąc przed sobą samymi, jak dzieciaki :D – przestawiamy auto jakieś 200 metrów dalej, na darmowy „Moto Park”, na którym – po przyswojeniu sporej ilości napojów izotonicznych – zasypiamy. Budzik zrywa nas na równe nogi o 6.30 dnia następnego. Jest niedziela. Wracamy do kraju :)
Rysy – zachodnią ścianą, 2009
by Mooliczek on gru.30, 2009, under Nasze wyjazdy
Rysy (Rysy), 2503 m, Tatry Wysokie
Droga: prawą częścią zachodniej ściany, AD-
Data: 2009.12.28
Temat mojego ponownego pojawienia się na Rysach oddalał się milowymi krokami. Czułam, że dwoma ostatnimi szczytami z Wielkiej Korony Tatr, na których postawię stopę (a może i dwie), będzie Sławkowski Szczyt i właśnie – Rysy. Tak to jest, kiedy nie chce się ruszyć tyłka, żeby przejść te parę naście metrów, z polskiego wierzchołka na słowacki. Potem ma się zaległości. Sierota…
Jednak moi towarzysze sprezentowali mi ładny pomysł całkiem oryginalnego wejścia na ten nadpopularny tatrzański wierzchołek. I tak, postanowiliśmy wejść na Rysy zachodnią ścianą, o której mało kto mówi. To miał być taki fajny, mocny akcent na koniec roku. I był.
Pobudka o 2.00, wyjście o 3.00, z parkingu w Popradzkim Plesie. Po 5 minutach marszu asfaltem „wycinam orła” na lodzie, który przepięknie pokrywał całą powierzchnię drogi. Chwilę później jeden z kolegów idzie w moje ślady. Myślę sobie: „Faaajnie, ciekawe, kiedy będzie wycof…?”. Ale idziemy dalej, twardziele, bez raków… co, my nie damy rady? My ??!
Wszędzie była ślizgawka, totalne szkło. Ciekawa byłam, co zastaniemy na górze… I jak się potem okazało, warunki wcale nas nie rozpieściły.
Po 3 godzinach, tuż przed 6.00 pojawiamy się na Tarasie w Rysach. Było jeszcze dość ciemno, na dodatek widoczność bardzo marna z uwagi na chmury, toteż nadszedł czas na chwilę zastanowienia z klasycznym „hmm… który to żleb?”. Po zidentyfikowaniu naszego przyjaciela, wycenionego w skali skialpinistycznej na IV, S5-, przygotowujemy się do wejścia. tym razem, jest nas pięcioro. Wiążemy się w tramwaj z dwiema linami 2 x 30 metrów. Jacek prowadzi, ja na szarym końcu. Idziemy na lotnej.
Początek żlebu był całkiem ciekawy. Wchodzi się w niego dość stromo podchodzącym zachodem. Tuż nad jego najbardziej stromym odcinkiem Jacek bije haka, a kilkadziesiąt metrów wyżej kolejny przelot, tym razem ze śruby lodowej. Warunki szybko robią się beznadziejne. Lód, lód i jeszcze raz lód, z nawianym, przepadającym śniegiem, który kupy się nie trzymał, i którego naprawdę było niewiele. Nijak nie można było postawić stabilnie nogi. Im wyżej, tym śniegu było coraz mniej, a w górnej partii żlebu, przytulaliśmy się do lodowych nacieków. Taki beton, który nie daje się lubić. Postawienie na tym stopy bokiem było dość ryzykownym manewrem (o czym sama przekonałam się dwukrotnie tego dnia), toteż większość drogi robiliśmy w zasadzie na przednich zębach raków. Łydki chciały odpaść. W pewnym momencie miałam ochotę zostawić to wszystko w cholerę i wrócić na herbatę.. Tylko jakoś tak dziwnie, nie bardzo się dało…
Czułam, że droga mi się dłuży. Miałam wrażenie, że była dłuższa, niż podejście Karczmarzem, co oczywiście było tylko złudzeniem. Wreszcie, ok. godziny 9.30 pojawiamy się na słowackim wierzchołku Rysów. Widoczność niemalże zerowa, ledwo możemy dostrzec wierzchołek polski. Wieje konkretnie, Jacek, który wszedł pierwszy i ściągał nas do siebie na sztywno, czekał i marzł już na stanie od jakiś 20 minut. Nie było zatem na co czekać – parę zdjęć i ruszamy w dół!
Powrót był mocno męczący. Schodziliśmy na Wagę, jednakże górna partia drogi (jakieś 60-80 metrów) pokrywała się z tym, co już zrobiliśmy na podejściu. I tym razem było to rzeźbienie totalne. Mozolnie, powoli, trawersem w dół, znowuż przodem do ściany, wykopując stopnie w lodzie. Nie było w tym nic, ani z mistyki gór, ani ze śmierdzących po górach butów – po prostu w tamtym momencie absolutne -50 punktów do przyjemności. W pewnym momencie poczułam, jak odmarzają mi dłonie – ból był tak przyszywający, że miałam ochotę krzyczeć. Rzuciłam kilka niewybrednych przekleństw, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej, za chłopakami, którzy sami napierając mocno, nie dali mi większego wyboru.
Wreszcie, docieramy do Wagi. Naszym oczom ukazuje się tuż poniżej przełęczy Chata pod Rysami, która – jak się okazało – była otwarta! A w niej czekało na nas upragnione ciepełko i pyszna herbata za 1 EUR. Dodatkowo, na wejściu przywitał nas chatar, który otworzył szeroko oczy ze zdziwienia dowiedziawszy się, którą drogą weszliśmy na Rysy. „Nikt tamtędy nie chodzi…”. A to akuratnie było miłym połechtaniem naszych ego. Szybko zapomnieliśmy o rzucanych po drodze inwektywach i z głupawymi uśmiechami wznieśliśmy toast z herbaty. Przyjemny górski koniec roku. A niespodziewany przystanek w Chacie był naprawdę fajnym akcentem tego dnia.
Około 13-stej ruszamy na dół. Widoczność nie poprawiła się ani o jotę, wiatr nadal dmucha, podrywając radośnie do góry tumany śniegu i ograniczając jeszcze bardziej to, co mogliśmy wokół siebie dostrzec. Idziemy szlakiem. Nie docieramy jednak do miejsca z łańcuchami, za to napotykamy swobodnie zwisające pseudo-poręcze (nylonowe, sizalowe, konopne… pełny wybór). Chętnie z nich korzystamy, szybko schodząc do Doliny Mięguszowieckiej. Reszta drogi upłynęła nam wesoło, aczkolwiek czujnie do samego końca – wszak „orzełka” nadal można było „wyciąć” dosłownie wszędzie.
Całkowicie usatysfakcjonowani odbytą wycieczką, przy samochodzie meldujemy się po 15-stej. Było jeszcze jasno – i to było najdziwniejsze uczucie…
Zobacz również:
Rysy – wejście Rysą, 2008 – relacja
Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)
Wysoka, 2009
by Mooliczek on lis.23, 2009, under Nasze wyjazdy
Wysoka (Vysoká), 2560 m, Tatry Wysokie
Droga: przez Pazdury i Ławicę, 0+
Data: 2009.11.21
Zaczęło się tak:
jck: … a w ten weekend co robicie? Bo warunki chyba niebardzo…
Mooliczek: No właśnie. Ale myślimy o jakimś lekkim trekku, total lajt.
jck: To może Rysy-Wysoka od SK?
Mooliczek: Brzmi sensownie. – myślę sobie, to 0+, szybka trasa, luz.
A w efekcie było tak:
16 godzin pełnej akcji górskiej bez przerwy, bez jedzenia, bez picia, ze zlizywaniem topiącego się śniegu z porostów, piciem z potoku, pływaniem w rzece i zgubieniem się w dolinie.
O 4:30 wyruszamy z Popradskiego Plesa w kierunku Chaty pod Rysami. Rysy na wstępie odpuszczamy, „chyba, że starczy czasu”… Pod Wagą jesteśmy przed 8.00. Ja o dwóch batonach, nie mam ochoty na jedzenie w ogóle. Patrzymy na „górny zachód w prawo”, trawersujący Ciężki Szczyt, czyli drogę przez Pazdury. Wygląda fajnie. Rozglądam się dookoła. Najwyższy szczyt Polski wygląda całkiem imponująco… Z tej perspektywy wybitność normalnie 10 metrów. Dalej, na widok Galerii Gankowej uginają mi się kolana, Gerlach wkomponował się pięknie pomiędzy Ganek i Ciężki. Pogoda dopisuje, wygląda na to, że przynajmniej po tej stronie będziemy mieć beton. Czas napierać.
Jck prowadzi, ale jakoś średnio miał na to ochotę. Do czasu, aż wchodzimy w trawers: zaiste, beton, 45 stopni, momenty na przednie zęby raków, cudo. Micha mu się cieszy, mnie też, Igi na początku z pewną taką nieśmiałością podchodzi do jednego miejsca, ale dzielnie wychodzi z opresji. Wreszcie dochodzimy do kominka pod Przełęczą pod Kogutkiem. Wiążemy się, 2x 30 metrów, ja w środku. Słyszę od Jacy: „Nnnno, to lubię!” I napiera. Trzymam go na sztywno, w końcu słyszę sygnał, że ok, więc ruszam za nim. Jest fantastycznie. W kominku kilka czujnych momentów, sypko, ale dajemy radę. Wreszcie docieramy na Przełęcz.
Po drugiej stronie – lampa. Zaczynamy długi trawers w kierunku Ławicy. Tym razem na lotnej, od wysepki skalnej do wysepki, zaczyna być grząsko. I tak cholernie gorąco… Grzebiemy się, idzie wolno, ale cały czas do przodu.
Mijamy Ławicę, dochodzimy do czujnego miejsca tuż przy żlebie opadającym z przełęczy pomiędzy wierzchołkami Wysokiej wprost do Doliny Złomisk. Zakładamy poręcz z jednej liny, bo miejsce wygląda na średnio przyjazne: przysypane płyty, a wszystko się już sypie, a mieliśmy zamiar wracać tą samą drogą.
W ogóle, fajnych zamiarów wtedy było kilka. Zostawić plecaki na przełęczy i wejść na oba wierzchołki. Przed wejściem może się rozebrać ciut, bo kurde ileż można w takim upale z tyloma warstwami na sobie?? Może zjeść coś na szczycie, bo już popołudnie i żołądki mamy wielkości piłki do tenisa, przyrośnięte do kręgosłupa…
No ale, jak się zamierzyli, tak nie zrobili.
Z plecakami, opatuleni po zęby, napieramy żlebem, wykorzystując na przeloty jakąś starą pętlę, odkopaną klamrę i podszczytowy hak. Wreszcie włazimy na wierzchołek północno-zachodni.
Po ponad 9 godzinach od wyjścia z samochodu…. taki lekki trek…
Widoki piękne. Kilka zdjęć, kilka łyków resztek wody, nadal zero żarcia, czasu nie ma, spadamy.
Już wiemy, że powrót przez Wagę trwałby chyba do następnego dnia. Decydujemy się zatem schodzić żlebem, bezpośrednio do Doliny Złomisk. Fatal error…
Wracamy jeszcze po poręcz. Zostało tam parę fajnych friendów, które dopiero co dostałam na urodziny, toteż wywierałam mocną presję, żeby po nie wrócić (hehe). Odwiązuję Igora, bo fuczy na mnie, że napieram na mocno w dół. Ruszamy w kierunku poręczy, biorę Jacka na sztywno, Ten podejmuje wyzwanie i ryzyko – co tu dużo mówić – i idzie demontować to skomplikowane coś, co założył wcześniej.
Słońce chyli się już ku zachodowi, zaczynamy epopeję zejścia bezpośrednio nad Popradskie Pleso.
To była istna masakra. Złomy na wpół zasypane śniegiem, gdzie wpadanie co chwila, to jedną, to drugą nogą po samą pachwinę do dziury było w standardzie. W sumie zaskakujące, że mam jeszcze całe nogi, przy moim pechu…
Jacek mocno nas wyprzedził, ot, dobrze się czuje na zejściach. Ja nigdy. Wraz z Igim, jak dwóch paralityków, zaczynamy kuśtykać. Zapada zmrok, gubimy ścieżkę, gubimy Jacę, w ogóle jest fajnie. Igi zaczyna już szukać miejsca na spanie. Dzwonię do kolegi, mówię mu, gdzie jestem i pytam, gdzie iść, bo nie chcemy wylądować nad wodospadem, a tej doliny nie znam dobrze. W końcu odnajdujemy ścieżkę…
Głodni i wypompowani, meldujemy się ok 19:00 pod schroniskiem. Tam się dowiadujemy, że Jck uczestniczył jeszcze w małej „akcji ratunkowej”, samemu przy okazji gubiąc się i wpadając do rzeczki, opodal krzaczka.
Nasz lekki, wysokogórski trekking kończy się o 20.00, gdzie zalegamy w aucie, mocno zmęczeni, ale uradowani, w najcudowniejszym smrodku z możliwych…
Zobacz także:
Szatan, 2009
by Mooliczek on wrz.04, 2009, under Nasze wyjazdy
Szatan (Satan), 2422 m, Tatry Wysokie
Droga: Młynicka Dolina- Szatania Przełęcz, I
Data: 2009.08.22
Uczestnicy: Mooliczek, jck
Po spektakularnym wycofie z Doliny Staroleśnej dnia poprzedniego (pragnienie wygrało ze wspinaczkowymi ambicjami) i upojnym browarniczo wieczorze spędzonym na parkingu w Novej Lesnej, dzień kolejny zaczęliśmy przede wszystkim z niemałym kacem. Plany oczywiście były ambitne (w nocy padła propozycja wejścia na Wielkie Solisko drogą za II/III), ale poranek szybko je zweryfikował. Dodatkowo prognozy na ten dzień nie były pomyślne – w okolicach południa miało ostro lunąć. Koniec końców część ekipy wylądowała w Starym Lomie (Tatrzańska Kotlina) bijąc haki i lecząc kaca, natomiast ja i jck postanowiliśmy, że urobimy cokolwiek szybkiego, byleby nie musieć się wspinać. Padło na Szatana.
Jak na wprawnych i doświadczonych turystów tatrzańskich przystało, z parkingu w Szczyrbskim Plesie wyruszamy bardzo wcześnie, tj. o 9:30. Po 1 godzinie i 15 minutach jesteśmy już przy Stawie nad Skokiem. Podeszliśmy nieco dalej, w okolice Niżniego Koziego Stawu i tam szukamy naszej drogi wejściowej. Po drodze, w samochodzie jck czytał opis, a ja w pełnym zaufaniu miałam zamiar iść za nim, jak za księdzem. I tak też się stało. Dopiero na zejściu mieliśmy się zorientować, że pomyliliśmy drogi.
Wybieramy żleb wyprowadzający pod Diablowinę. Początkowo prowadzi przyjemną, wydeptaną ścieżką po trawkach, póżniej zamienia się w kruchy i złomiasty teren. Ewidentnie, mało kto tu zagląda, po drodze znajdujemy może ze 2-3 kopczyki, generalnie trasa się nam sypie pod palcami. Przyznać jednak trzeba, że wysokość zdobywa się tu szybko.
Trawersujemy pod Diablowiną i wychodzimy na Szatanią Przełęcz. W międzyczasie zaczyna kropić, skały robią się mokre i śliskie (porosty, I love it…), a my oczywiście nie mamy szpeju, bo i po co? To ma być droga za 0+, więc obraliśmy opcję turistas. Do wierzchołka pozostało 10, może 15 minut, jck puszcza mnie pierwszą, a ja oczywiście zamiast wybrać drogę ewidentną, pakuję się w jakieś eksponowane fragmenty, gdzie zaczynam rzeźbić i stękać. Wchodzę na grań, a tam gładź i ślizgawka. Gdyby to pociągnąć do końca, byłoby ciekawie, ale nie mamy sznurka, pada, i buty średnio się skały trzymają. Odbijamy zatem w prawo i wracamy na normalną drogę, wariantom dziękujemy, Mooliczek pokornie wraca na drugiego.
Po chwili jesteśmy na pierwszym, północnym wierzchołku Szatana. Dookoła nic nie widać, mleko totalne. W oddali słychać odgłosy nadciągającej burzy, zaczynamy mieć wątpliwości, którędy zejść. Droga, którą weszliśmy nie będzie w deszczu prezentować się nazbyt ciekawie, postanawiamy zatem przejść na wierzchołek główny, a stamtąd ryzyk-fizyk, granią w dół. Szybko jednak znajdujemy ścieżkę prowadzącą nas w trawiasto-kamienny żleb, z radością witamy perspektywę zejścia z grani w takich okolicznościach pogodowych. Dopiero tam orientujemy się, że droga, którą schodzimy miała być naszą drogą wejściową (jck pilnie odrobił lekcję czytania opisu drogi ze zrozumieniem, a ja łażenia za nim, jak cielę). W pewnym momencie dopada nas gradobicie, ale z uśmiechniętymi michami schodzimy dalej. Lać ma już do końca, szybko tracimy ostatnie suche elementy naszej garderoby. Trzymając portki w garści, co by nie zleciały, odbijamy w prawo i schodzimy zachodem z powrotem nad Niżnie Kozie Pleso. Wracamy, jak przyszliśmy, Doliną Młynicką. Przy samochodzie jesteśmy po 6 godzinach i 45 minutach marszu.
Zobacz również:
Czerwony Żleb- trawers Szatana- relacja
Grań Baszt- informacje praktyczne
Niżnie Rysy, 2009
by Mooliczek on cze.08, 2009, under Nasze wyjazdy
Niżnie Rysy (Niźne Rysy), 2430, Tatry Wysokie
Droga: południowo- zachodnie zbocze, 0+
Data: 2009.06.07
Uczestnicy: Mooliczek, Igi.
