Tag: Rysy

Rysy – zachodnią ścianą, 2009

by Mooliczek on gru.30, 2009, under Nasze wyjazdy

Rysy (Rysy), 2503 m, Tatry Wysokie
Droga: prawą częścią zachodniej ściany, AD-
Data: 2009.12.28

Temat mojego ponownego pojawienia się na Rysach oddalał się milowymi krokami. Czułam, że dwoma ostatnimi szczytami z Wielkiej Korony Tatr, na których postawię stopę (a może i dwie), będzie Sławkowski Szczyt i właśnie – Rysy. Tak to jest, kiedy nie chce się ruszyć tyłka, żeby przejść te parę naście metrów, z polskiego wierzchołka na słowacki. Potem ma się zaległości. Sierota…

Jednak moi towarzysze sprezentowali mi ładny pomysł całkiem oryginalnego wejścia na ten nadpopularny tatrzański wierzchołek. I tak, postanowiliśmy wejść na Rysy zachodnią ścianą, o której mało kto mówi. To miał być taki fajny, mocny akcent na koniec roku. I był.

Pobudka o 2.00, wyjście o 3.00, z parkingu w Popradzkim Plesie. Po 5 minutach marszu asfaltem „wycinam orła” na lodzie, który przepięknie pokrywał całą powierzchnię drogi. Chwilę później jeden z kolegów idzie w moje ślady. Myślę sobie: „Faaajnie, ciekawe, kiedy będzie wycof…?”. Ale idziemy dalej, twardziele, bez raków… co, my nie damy rady? My ??!

Wszędzie była ślizgawka, totalne szkło. Ciekawa byłam, co zastaniemy na górze… I jak się potem okazało, warunki wcale nas nie rozpieściły.

Po 3 godzinach, tuż przed 6.00 pojawiamy się na Tarasie w Rysach. Było jeszcze dość ciemno, na dodatek widoczność bardzo marna z uwagi na chmury, toteż nadszedł czas na chwilę zastanowienia z klasycznym „hmm… który to żleb?”. Po zidentyfikowaniu naszego przyjaciela, wycenionego w skali skialpinistycznej na IV, S5-, przygotowujemy się do wejścia. tym razem, jest nas pięcioro. Wiążemy się w tramwaj z dwiema linami 2 x 30 metrów. Jacek prowadzi, ja na szarym końcu. Idziemy na lotnej.

Początek żlebu był całkiem ciekawy. Wchodzi się w niego dość stromo podchodzącym zachodem. Tuż nad jego najbardziej stromym odcinkiem Jacek bije haka, a kilkadziesiąt metrów wyżej kolejny przelot, tym razem ze śruby lodowej. Warunki szybko robią się beznadziejne. Lód, lód i jeszcze raz lód, z nawianym, przepadającym śniegiem, który kupy się nie trzymał, i którego naprawdę było niewiele. Nijak nie można było postawić stabilnie nogi. Im wyżej, tym śniegu było coraz mniej, a w górnej partii żlebu, przytulaliśmy się do lodowych nacieków. Taki beton, który nie daje się lubić. Postawienie na tym stopy bokiem było dość ryzykownym manewrem (o czym sama przekonałam się dwukrotnie tego dnia), toteż większość drogi robiliśmy w zasadzie na przednich zębach raków. Łydki chciały odpaść. W pewnym momencie miałam ochotę zostawić to wszystko w cholerę i wrócić na herbatę.. Tylko jakoś tak dziwnie, nie bardzo się dało…

Czułam, że droga mi się dłuży. Miałam wrażenie, że była dłuższa, niż podejście Karczmarzem, co oczywiście było tylko złudzeniem. Wreszcie, ok. godziny 9.30 pojawiamy się na słowackim wierzchołku Rysów. Widoczność niemalże zerowa, ledwo możemy dostrzec wierzchołek polski. Wieje konkretnie, Jacek, który wszedł pierwszy i ściągał nas do siebie na sztywno, czekał i marzł już na stanie od jakiś 20 minut. Nie było zatem na co czekać – parę zdjęć i ruszamy w dół!

Powrót był mocno męczący. Schodziliśmy na Wagę, jednakże górna partia drogi (jakieś 60-80 metrów) pokrywała się z tym, co już zrobiliśmy na podejściu. I tym razem było to rzeźbienie totalne. Mozolnie, powoli, trawersem w dół, znowuż przodem do ściany, wykopując stopnie w lodzie. Nie było w tym nic, ani z mistyki gór, ani ze śmierdzących po górach butów – po prostu w tamtym momencie absolutne -50 punktów do przyjemności. W pewnym momencie poczułam, jak odmarzają mi dłonie – ból był tak przyszywający, że miałam ochotę krzyczeć. Rzuciłam kilka niewybrednych przekleństw, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej, za chłopakami, którzy sami napierając mocno, nie dali mi większego wyboru.

Wreszcie, docieramy do Wagi. Naszym oczom ukazuje się tuż poniżej przełęczy Chata pod Rysami, która – jak się okazało – była otwarta! A w niej czekało na nas upragnione ciepełko i pyszna herbata za 1 EUR. Dodatkowo, na wejściu przywitał nas chatar, który otworzył szeroko oczy ze zdziwienia dowiedziawszy się, którą drogą weszliśmy na Rysy. „Nikt tamtędy nie chodzi…”. A to akuratnie było miłym połechtaniem naszych ego. Szybko zapomnieliśmy o rzucanych po drodze inwektywach i z głupawymi uśmiechami wznieśliśmy toast z herbaty. Przyjemny górski koniec roku. A niespodziewany przystanek w Chacie był naprawdę fajnym akcentem tego dnia.

Około 13-stej ruszamy na dół. Widoczność nie poprawiła się ani o jotę, wiatr nadal dmucha, podrywając radośnie do góry tumany śniegu i ograniczając jeszcze bardziej to, co mogliśmy wokół siebie dostrzec. Idziemy szlakiem. Nie docieramy jednak do miejsca z łańcuchami, za to napotykamy swobodnie zwisające pseudo-poręcze (nylonowe, sizalowe, konopne… pełny wybór). Chętnie z nich korzystamy, szybko schodząc do Doliny Mięguszowieckiej. Reszta drogi upłynęła nam wesoło, aczkolwiek czujnie do samego końca – wszak „orzełka” nadal można było „wyciąć” dosłownie wszędzie.

Całkowicie usatysfakcjonowani odbytą wycieczką, przy samochodzie meldujemy się po 15-stej. Było jeszcze jasno – i to było najdziwniejsze uczucie…

Zobacz również:

Rysy – wejście Rysą, 2008 – relacja

Niżnie Rysy – relacja

Wielka Korona Tatr – info

Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)

5 Comments :, , , more...

Niżnie Rysy, 2009

by Mooliczek on cze.08, 2009, under Nasze wyjazdy

Niżnie Rysy (Niźne Rysy), 2430, Tatry Wysokie

Droga: południowo- zachodnie zbocze, 0+

Data: 2009.06.07
Uczestnicy: Mooliczek, Igi.

Rysy

1 Comment :, , more...

Rysy – wejście Rysą, 2008

by Mooliczek on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Rysy (Rysy), 2499, Tatry Wysokie
Droga: Rysą (wariant zimowy), PD/PD+
Data: 2008.06.14

W zasadzie, celem były po prostu Rysy. A że warunki sprzyjały wykorzystaniu zimowego jeszcze wejścia, postanowiliśmy z tego skorzystać.

Całość trasy zajęła nam ok 11 godzin, od opuszczenia parkingu w Palenicy, aż do powrotu do samochodu. Wyruszyliśmy w pełnym składzie ok 6.00, nad Morskim Okiem jednak dzielimy się na dwie ekipy: Jck z Noelem opuszczają nas, aby udać się w kierunku Mnicha.

Mimo, iż był czerwiec, śniegu nad Czarnym Stawem było jeszcze całkiem sporo. Rysa była całkowicie zasypana, jednakże część z nas weszła w nią bez pełnego zimowego wyposażenia. Nie przysporzyło nam to problemów, choć byliśmy świadkami ok 20-metrowego zjadu przypadkowego turysty, który był bez raków i bez czekana. Zatrzymawszy się chyba siłą woli, zdecydował się wycofać. Psychika nie wytrzymała, tudzież zdrowy rozsądek wrócił.

Całość drogi jest przyjemna, aczkolwiek dla niewprawionych kondycyjnie może być męcząca. Standardowo musieliśmy być czujnymi pod Bulą, gdyż tam zawsze coś lubi polecieć. Samo wejście w Rysę jest ewidentne i nie przysparza większych problemów technicznych, z czasem robi się coraz wężej i stromiej. Można zapomnieć o widokach – Rysa to rynna, z lewej i z prawej ograniczają nas skalne ściany i niewiele widać dookoła, aż do momentu wyjścia na grań. To najbardziej czujny moment, nastromienie może sięgać (w zależności od ilości śniegu) nawet do 50 stopni. Potem było już luźno, spokojnie weszliśmy, zeszliśmy (górna partia tyłem) i powróciliśmy na parking.

Zobacz również:

Wielka Korona tatr – informacje praktyczne

Rysy – Zachodnia ściana, 2009 – relacja

Niżnie Rysy – relacja

3 Comments :, , more...



Szukasz czegoś konkretnego?