Tag: Mont Blanc
Mont Blanc du Tacul, 2009
by Mooliczek on paź.07, 2009, under Nasze wyjazdy
Mont Blanc du Tacul, 4248 m, Alpy, Masyw Mont Blanc
Droga: normal, północną ścianą, PD
Data: 2009.07.19-21
Jako jeden z punktów programu podczas tegorocznego wyjazdu w Alpy miał być po raz kolejny Mont Blanc. Tym razem mieliśmy pójść drogą od Aiguille du Midi, zwaną niekiedy „3M”. Miał to być nasz drugi, większy cel w tym roku, po Dufourspitze. Okazało się jednak, że Biała Góra nie zdzierżyła miana celu „drugorzędnego”… A ja w końcu miałam przekonać się, jak to jest, kiedy doświadczasz braku parcia, sił i motywacji.
Wygnani ze Szwajcarii przez marne prognozy pogody i warunki śniegowe, lądujemy we Francji, na Col du Midi. Zadziwiające, jak szybko można przetransportować się z ciepłego Chamonix na lodowiec. Jeszcze przed chwilą pałaszowaliśmy łapczywie bagietkę z serem pleśniowym na ławce przy dworcu kolejowym, by po chwili okopywać namiot na 3.500 metrów, w promieniach popołudniowego słońca. Kolejka na Aiguille du Midi działa jak gwiezdne wrota.
Patrzymy na Mont Blanc de Tacul – pierwszy szczyt, który mamy nazajutrz przetrawersować po drodze w kierunku Białej Góry. Jest mocno uszczeliniony i wyrasta tuż ponad nami, jest w zasadzie w zasięgu ręki i robi spore wrażenie. Dalej za nim piętrzy się Mont Maudit. O 50 metrowej, lodowej ściance zlokalizowanej na jego północno-wschodnim zboczu czytaliśmy nie raz i w zasadzie nie mogliśmy się doczekać, jak pod nią podejdziemy. W oddali zaś prezentuje się ładnie nasz cel główny.
Ścieżki nie widać. Opady z ostatnich dni kompletnie ją zmiotły. Spoglądamy na topo z poprzedniego roku, i uśmiechamy się pod nosem… Stanowi ono ciekawe porównanie typu „jak było, a jak nie jest” – okazało się w zasadzie bezużyteczne, od tamtego czasu wiele się zmieniło. Będziemy zatem bankowo iść za przewodnikami – taka zapadła decyzja.
Kładziemy się spać koło 18stej, bezlitosny budzik dzwoni o 1.00. Zrywamy się na równe nogi, topienie śniegu, herbata, śniadanie, uprzęże, wszystko już gotowe. Wyglądam przez lufty z namiotu – na zewnątrz ciemno. Żadnych czołówek, czy to na zboczu Tacul‘a, czy na grani z Cosmiques’a… nikt nie idzie. Kręcę się tak coraz bardziej nerwowo, parcie mam duże, mobilizacja 110%. Zerkam to tu, to tam, sprawdzam średnio co 2-3 minuty, ale na zewnątrz czarna pustka, nic się nie dzieje. W końcu, po 2 godzinach czekania odpuszczam i kładę się spać.
Nazajutrz piękna pogoda. Po krótkim rekonesansie w obozie na Col du Midi okazuje się, że nikt tej nocy nie wyszedł w kierunku Blanka. Nad ranem wyrusza jedna dwójkowa ekipa – zaczynamy śledzić ich losy. Szybko się orientujemy, że zaczynają błądzić, zamiast obejść seraki i szczeliny aby wyjść na ramię Tacul‘a klasycznie od północnego zachodu, idą na wprost. Tym samym czeka ich podejście min. 45-50 stopni. Koniec końców, dają jednak radę i wchodzą na szczyt. Za nimi poszło w ciągu dnia parę innych osób, ale zawróciły. Wszyscy natomiast, jak jeden mąż, poszli po błędnie założonych śladach, które wyprowadziły ich w efekcie w większe niż przewidywane trudności.
I tak cały dzień upłynął nam na nicnierobieniu i monitorowaniu tego, co się dzieje na Tacul. W międzyczasie dostaliśmy od Jck informację, że za dwa dni pojawią się naprawdę solidne wiatry i mogą nam zamknąć kolejkę. Poza tym, pogoda może ulec zdecydowanemu pogorszeniu. Czasu mamy zatem mało, a to kiepska perspektywa w obliczu zdobywania Mont Blanc dość zajmującą i czasochłonną drogą, za jaką uważana jest 3M.
Pod koniec dnia podejmujemy zatem decyzję, że Blanka w tym roku odpuszczamy. Nic na siłę. To nie góra na „uzupełnienie” programu, trzeba jej poświęcić jednak ciut więcej czasu i uwagi.
Rodzi się zatem pomysł, żeby chociaż wejść na samego Tacul’a, którego w normalnych warunkach tylko byśmy przetrawersowali. Pobudka zatem po raz kolejny w środku nocy. Tym razem sznur czołówek zmierzających w kierunku szczytu przekonuje nas do wyjścia. Początek idzie całkiem dobrze, aklimatyzacja sprawia, że doganiamy zespoły, które wyszły mniej więcej godzinę przed nami. Już nikt się nie zastanawia, którędy powinna biec droga, wszyscy poszli po śladach założonych dzień wcześniej. My też…
Szybko zdobywamy wysokość. Zanim zdążyłam się zorientować byliśmy powyżej poziomu Aiguille du Midi. Spojrzałam na zachód – a tam czarno. I to nie z powodu nocnego nieba, już świtało. Był to potężny front, który szybko przesuwał się w naszym kierunku. Zwróciłam na to uwagę Igiego, ten zaś dostał strzał jak z bicza i zaczął pędzić do przodu. A mnie – jak ręką odjął – opuściły siły i motywacja…. Przedziwne.
Nie ma nic bardziej deprymującego niż świadomość, że lina, którą jesteś związany z prowadzącym partnerem zaczyna być permanentnie napięta. Czułam, że nagle po prostu przestałam chcieć iść do przodu. Nie opuszczało mnie wrażenie, że im bardziej Igi napiera, tym mniej ja mam ochotę na dalszą wędrówkę. W jego przekonaniu ja wlokłam się niemiłosiernie, jak nigdy. Dla mnie z kolei on pędził bardziej, niż kiedykolwiek przedtem, nie oglądając się za siebie. Prawda zapewne leży gdzieś po środku, niemniej jednak w efekcie nie udało nam się wyjść na ramię Tacul’a przed śnieżycą, która dopadła nas jakieś pół godziny przed szczytem.
Pokonaliśmy szczeliny, minęliśmy seraki, nawet wspomniane wcześniej nachylenie na omyłkowo dobranym odcinku drogi nie stanowiło dla nas problemu. A tu śnieżyca… Białego puchu przybywało w zastraszającym tempie, z niepokojem obserwowaliśmy, jak ścieżka za nami znika, a pod nogami robi się coraz bardziej grząsko i sypko. Tam, gdzie staliśmy nachylenie było spore, z uwagi na końcówkę podejścia przed wyjściem na grzbiet. W pewnym momencie przed nami wyrosła jak z nikąd czwórka Ukraińców – zjeżdżali na dół. Chwila zastanowienia, wymiana porozumiewawczych spojrzeń między mną i Igim. Wycof. Zaczynamy szybko schodzić, niemalże zbiegać tam, gdzie się dało przodem, a w pozostałych miejscach tyłem. Kilka razy podpięliśmy się przy zjazdach do naszych wschodnich sąsiadów. Minęliśmy główne trudności i…. śnieżyca ustała. Powoli zaczęły nas mijać zespoły idące z przeciwnego kierunku, które postanowiły wyjść nieco później. I oczywiście, weszli na szczyt…
Na Col du Midi schodziliśmy w milczeniu, każde ze swoimi przemyśleniami. Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy do Chamonix. Pierwszy raz poczułam się w górach tak marnie, bezsilna, bez motywacji. Obwniałam się o to, że nie weszliśmy. Rozumiałam, co się stało, czego mi wtedy zabrakło, nie do końca jednak wiedziałam, dlaczego. Dobry humor wrócił jednak całkiem szybko. W końcu to tylko góra. Poczeka.
Pozostaje zatem wrócić tam ponownie, kiedyś…
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie – informacje praktyczne
Album zdjęć z Mont Blanc.
by igi on lip.07, 2009, under Nasze wyjazdy
Zdjęcia z naszych wypraw na Mont Blanc w latach 2006 – 2008
Mont Blanc, 2006
by igi on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy
Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2006.06.05 – 2006.06.11.
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie – info
Mont Blanc, 2008
by Mooliczek on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy
Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2008.07.18-27
Wyjechaliśmy z Katowic 18 lipca ok 21:00. Praktycznie od razu zaczęły się problemy, bo Kangur igiego zaczął się buntować. Ale przymusiliśmy autko do jazdy i pojechaliśmy w stronę Niemiec, przez Szwajcarię, aż do Francji.
Droga raczej w stresie, czy dojedziemy. Najpoważniejsze problemy pojawiły się na przejechaniu przez szwajcarsko-francuską granicę, gdzie auto się zbuntowało i powiedziało, że na takim nachyleniu to ono nie pojedzie. Koniec końców – do Chamonix Mont Blanc dojechaliśmy nie po 14, a po 22 godzinach jazdy, wymęczeni. Po drodze mijaliśmy Jezioro Genewskie, a w okolicy pojawiły się chmury na kształt soczewkowych, które zwiastują zwykle kłopoty w wyższych partiach gór.
Soboty nie zostało za wiele, rozbiliśmy więc namiot na campingu Les Molliasses (polecam!). Wycieczkę rozpoczęliśmy w niedzielę rano. Po przepakowaniu sprzętu, z pobliskiej miejscowości Les Houches wjechaliśmy kolejką (gondolą) zwaną Telepherique de Bellevue do stacji końcowej, skąd nastąpiła przesiadka na Tramway du Mont Blanc (TMB), który pozwalając podziwiać piękne widoki, zawiózł nas na wysokość ok. 2300 mnpm. Stamtąd wyruszyliśmy pieszo w kierunku naszego pierwszego celu, okolic schroniska Tete Rousse (Refuge de Tete Rousse). Przy wejściu na trasę zaskoczył nas przedstawiciel tamtejszego „tepeenu” sugerujący, że nie możemy nocować w namiocie i że trzeba mieć rezerwację w schronisku. Prawda jest, że biwakowanie jest nielegalne na długości całej drogi, jednakże pod Tete Rousse można rozbić namiot.
Po drodze mijaliśmy odrestaurowane (szumnie nazwane) ruiny Baraque Forestiere, gdzie niektórzy nocują (w celach aklimatyzacyjnych jest to jednak bezcelowe – za nisko).
Droga pod Tete Rousse ma dość tatrzański charakter, prowadzi kamiennym podejściem przez 98% jej części, a dopiero pod sam koniec pojawia się granica śniegu.
Podczas wędrówki, w międzyczasie nad naszymi głowami zaczęły gromadzić się ciężkie, burzowe chmury, nie zwiastujące nic dobrego.
Po dotarciu pod Tete Rousse (3187 mnpm), nieopodal schroniska rozbiliśmy namiot, mocując go czym popadnie (rozmontowane kijki trekkingowe, czekany) i okopując go śniegiem przy użyciu pożyczonej łopaty. Widoczność „w górę” była kiepska, więc strzeliliśmy kilka fotek poniższych lodowców.
Wieczorem zaliczyliśmy burzę, która ustała dopiero w środku nocy. Wtedy postanowiłam wyjrzeć z namiotu celem „rozpoznania” – to, co zobaczyłam, wepchnęło mnie dosłownie do namiotu z krótkim „O k***a!” na ustach. Tak oto Mulik po raz pierwszy znalazła się w środku Alp, w bezchmurną, gwieździstą noc, przy pełni księżyca, z krzyczącą nad nią wielką górą (której przez chmury wcześniej widać nie było).
Ok. 5:00 wyruszyliśmy w kierunku tejże góry, którą okazała się Aiguille du Gouter. Celem było schronisko stojące tuż pod jej szczytem, a raczej pole namiotowe znajdujące się powyżej, na grani. Po drodze mijaliśmy osławiony niechlubnie Le Grand Couloir (Wielki Kuluar), zwany potocznie „Rolling Stones” z uwagi na lecące z góry kamienie.
Na szczycie Aiguille du Gouter (3863 mnpm) byliśmy ok. godz. 10:00, po posileniu się i wypiciu 3 litrów herbaty w schronisku poniżej (1 litr = 5 EUR). Namiot rozbiliśmy na polu namiotowym „na dziko”, na którym przeważał język polski i rosyjski. Ten dzień (poniedziałek) przeznaczyliśmy na aklimatyzację.
Kiedy rozum nakazywał położenie się spać, jak reszta obozowiska (z uwagi na plan wyruszenia ok. 3:00 w kierunku szczytu), nie mogłam się powstrzymać, żeby nie sfotografować zachodu słońca.
Noc była ciężka. Zerwał się silny wiatr, który niemiłosiernie zaczął miotać naszym nieprzystosowanym do takich warunków namiotkiem. Ok. godz. 2:30 wyjrzeliśmy na zewnątrz – kłębiaste, szybko przemykające nad Dome du Gouter chmury, majaczący księżyc w pełni i migające światła czołówek tych, którzy zdecydowali się jednak wyruszyć – to był niezapomniany widok. Ale nie my – w naszym małym obozie decyzja zapadła: czekamy do świtu, może puści. Ok. 5:30 we wtorek wyszliśmy z namiotu, spakowaliśmy do plecaków tylko śpiwory, wodę i gaz, położyliśmy namiot z resztą ekwipunku w środku, przysypawszy go bryłami zmrożonego śniegu (żeby nie odleciał) i wyruszyliśmy w kierunku Dome du Gouter. Wiatr jak wiał, tak wiał. Niemiłosiernie. Pierwszy raz doświadczyłam czegoś podobnego.
Po drodze mijaliśmy ekipy powracające. Część z tarczą, część na tarczy. Szło się coraz wolniej, coraz krótsze kroki i walka z wiatrem. Wysokość zaczynała być odczuwalna. Nie było szans na robienie zdjęć.
Ok. godz. 10:00 dotarliśmy do schronu Vallot (4362 mnpm), ostatniego możliwego do „przekoczowania” zadaszonego miejsca przed szczytem.
A w środku zastaliśmy skulonych pod śpiworami ludzi, w pełnym ekwipunku, przemarzniętych i trzęsących się z zimna. Wyjęliśmy nasze śpiwory, gaz i wodę którą zagotowaliśmy i wypiliśmy łapczywie. Odwodnienie było potężne, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak duże.
Wszyscy czekali na poprawę pogody. Przez okno porażające słońce, na zewnątrz – przewracający wiatr i mróz. Urok gór, które można już nazwać wysokimi.
Większość osób to byli Polacy, znalazło się też kilku Francuzów i Włochów. Nie mieliśmy pewności, czy da się jeszcze dzisiaj wyjść na szczyt. Czy trzeba będzie zawrócić? Ulokowaliśmy się w śpiworach i usiłowaliśmy się przespać. igi chyba z sukcesem (jeżeli spanie w takim miejscu jest w ogóle możliwe), ja siedziałam przytomna i z każdą minutą robiło się coraz zimniej, głównie na skutek wszechobecnej wilgoci. W pewnym momencie do schronu weszła grupa francuskich przewodników z prowadzoną grupą. Podszedł do mnie człowiek dużej postury, spojrzał błędnymi oczyma. Zapytałam: „Ça va???” A on po prostu runął koło mnie, jakby stracił przytomność. Wędrówka na szczyt go tak wyczerpała, że padł jak nieżywy i zasnął.
Usiłowałam wyciągnąć jakiekolwiek informacje od przewodników nt. warunków. Francuzi jednak potwierdzili to, co o nich myślę. Z uśmiechem na ustach odparli, że udało im się zrobić zdjęcia i że wieje. Ech. Igi zasemesował do jck z prośbą o prognozę. Coś wszakże trzeba było zrobić. Sms zwrotny nas utwierdził w decyzji: idziemy. Bo potem mogło być tylko gorzej…„Nie ma co tu gnić” stwierdził igi. O 12:30 wyruszyliśmy w kierunku szczytu, biorąc ze sobą jedynie czekany. Aby zredukować powierzchnię boczną igi zadecydował, że zostawiamy plecaki i idziemy całkowicie „na lekko”.
Wiatr na grani okazał się ciut słabszy, niż na Col du Dome, przełęczy tuż pod Vallotem. Był nadal silny, ale stabilny, bez gwałtownych podmuchów. Pozwoliło to nam zachować równowagę i stabilność marszu. Grań okazała się szersza, niż się spodziewałam. Miejscami trawersowała stronę włoską szczytu, gdzie wiatr zdawał się w ogóle nie istnieć. Po drodze minęła nas jedna dwójka, Polak i związany z nim liną mieszkaniec RPA. Byli szybsi i lepiej zaaklimatyzowani od nas.
Końcówka podejścia to była już walka z odwodnieniem, wiatrem i wysokością. Odliczałam kroki, do 20-stu, i przerwa. Powoli, ale konsekwentnie. Igi mnie wyprzedził, był w lepszej formie.
Pogoda spowodowała, że byliśmy na szczycie sami. To było fantastyczne.
Zejście poszło szybko. Nasz powrót do Vallota z udanym wejściem zachęcił niektórych do wyjścia i podjęcia próby.
Planem było zejśc do Chamonix jeszcze tego samego dnia. Plan jednak okazał się niewykonalny. Postanowiliśmy wrócić do namiotu i zostać jeszcze jedną noc na Aiguille du Gouter.
Dzień później, we środę wczesnym porankiem rozpoczęliśmy zejście w stronę Tete Rousse. Zejście przez żebro Aiguille du Gouter przysporzyło nam sporo wrażeń. Igi docenił umiejętności wspinaczy, którzy potrafią złapać się ściany na jednym palcu ;) po drodze lecące kamienie wielkości od cegły do walizki… i w końcu przejście przez Rolling Stones. A potem spod Tete Rousse wyścig z czasem i potwornym bólem stóp ( w moim przypadku, gdyż buty okazały się na miarę, czyli…za małe! ) w stronę Tramway du Mont Blanc. Do stacji kolejki doszłam w stanie agonalnym, pod czujnym okiem igiego, drepczącego uważnie kilkanaście metrów przede mną.
Czwartek i piątek pozostawiliśmy dla Chamonix i regeneracji. Do Polski wróciliśmy w niedzielę, 27 lipca.
Zobacz również:
Mont Blanc, 2007
by igi on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy
Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2007.08.25 – 2007.09.01
Wyjazd z jednej strony nieudany, z drugiej zaś cenne źródło doświadczeń na przyszłość. Zlepek pechowych sytuacji i co tu dużo mówić, braku doświadczenia.
W skrócie – ruszamy z Polski niskobudżetowo: bagażnik cuchnie ropą z Polski w butelkach 5l po wodzie, bez winiety na Szwajcarię, z silnym postanowieniem unikania autostrad we Francji. BŁĄD! Przez oszczędności wydłużamy czas dojazdu ponad dwukrotnie.
Postanawiamy nie wjeżdżać kolejkami… Kolejna porażka – w naszym przypadku, ze zbyt ciężkimi plecakami, tracimy zbyt dużo cennych sił… Dodatkowo na podejściu pod Tete Rousse spada w dół moreny mój plecak. Wypada i ginie cenna w tych warunkach puszka z gazem i wygina się duralowy czekan. Pod samym schroniskiem Tete Rousse ktoś kradnie moje ciepłe ubrania, co owocuje niezbyt komfortowym noclegiem w temperaturze ujemnej. Nic to jednak. Wstajemy zbyt późno, grzebiemy się niemiłosiernie, dzięki czemu podchodzimy pod słynny Żleb „Rolling Stones” w momencie, gdy zaczynają nim przechodzić pierwsze schodzące ze szczytu ekipy.
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie – info
