Tag: Czterotysięczniki alpejskie

Nadelhorn, 2010

by igi on sie.26, 2010, under Nasze wyjazdy

Nadelhorn 4327m, Alpy Pennińskie, Grupa Mischabel
Droga: Windgrat (normal), PD (UIAA I/II)
Data: 2010.07.18

Wycieczkę na ten przepiękny alpejski szczyt, leżący w masywie Mischabel, rozpoczęliśmy wczesnym porankiem na ogromnym, piętrowym parkingu w Saas Fee (Kanton Valais, Szwajcaria). Cała miejscowość jest zamknięta dla normalnego ruchu kołowego, na jej wąziutkich uliczkach można spotkać jedynie wózki z napędem elektrycznym, podobnie jak w leżącym w sąsiedniej dolinie Zermatt.

Podążamy przez senne jeszcze o tej porze uliczki Saas Fee w kierunku położonego w centralnej części miasta kościoła – tam bowiem rozpoczyna się szlak do schroniska Mischabel (Mischabelhutte). Szlak początkowo pnie się trawiastymi zboczami, z których roztacza się przepiękny widok na leżące w dolinie malownicze miasteczko.

Pniemy się coraz wyżej, osiągając warstwę niskich chmur. Wchodzimy w białą pustkę, robi się chłodno i cicho, odgłosy są stłumione, rosa osiada na nas drobnymi kropelkami. Podświadomie przyspieszamy kroku wiedząc, że nad chmurami mocno grzeje słońce. W końcu pokrywa rozstępuje się nad nami i zamienia w puchaty kobierzec ścielący się u naszych stóp. Spomiędzy snujących się jeszcze tu i ówdzie kłaczków wyłaniają się przepiękne widoki – majestatyczne szczyty czterotysięczników: Allalinhorna i Alphubela.

Szlak zaczyna się piąć coraz stromiej, pojawiają się pierwsze sztuczne ułatwienia takie jak klamry, drabinki, oraz stalowa linka via ferraty. Teren nie jest mocno eksponowany a przez mnogość ubezpieczeń raczej nietrudny, jest też sporo miejsc, gdzie można się bezpiecznie minąć ze schodzącymi z góry turystami.

Robi się bardzo ciepło, nastroje dopisują, żwawo wędrujemy pod górkę, co chwila oglądając się do tyłu na przepiękne czterotysięczne masywy Weissmies i Lagginhorna.

Ani się nie obejrzeliśmy, jak znaleźliśmy się pod schroniskiem, duże nastromienie pozwala szybko osiągnąć wysokość. Zasiadamy na ganku, rozkładamy kuchnię, pod rynnę podstawiamy menażki, nabierając spływającą wodę, pochodzącą z resztek topiącego się na dachu śniegu. To niestety jedyne ujęcie bieżącej wody poniżej lodowca. Po odpoczynku i popasie, schodzimy 50m niżej schroniska, do dwóch niewielkich platform biwakowych. Rozkładamy namioty i odpoczywamy starając się nabrać jak najwięcej sił, przed nocnym wyjściem na szczyt. Słońce przypieka niemiłosiernie, nie pozwalając nam zasnąć w namiotach. Wreszcie nadchodzi upragniony zmierzch – słońce powoli zachodzi a temperatura spada do kilku stopni powyżej zera, to i tak bardzo ciepło jak na tę wysokość. Wchodzimy do śpiworów i usypiamy przerywanym snem.

Wstajemy w środku nocy, jest niewiarygodnie ciepło – przez co nie ma najmniejszych problemów z wyjściem ze śpiworów. Podchodzimy z powrotem pod śpiące jeszcze schronisko, mijamy je i podążamy wyżej za stalówkami. W pewnym momencie schodzimy ze skał na wypłaszczenie lodowca. Wiążemy się liną w tramwaj i idziemy po płaskim śniegu, by pod koniec wspiąć się kilkoma zakosami na łagodną przełęcz. Idzie nam szybko i sprawnie, bo mamy dobrą aklimatyzację – jesteśmy już w Alpach ponad tydzień. Na przełęczy szybka przekąska, odpoczywamy chwilę i kierujemy się granią do góry. Zaczyna trochę dmuchać, ubieram dodatkowy polar na kurtkę i przyspieszamy ruchy. Kilka miejsc jest mocno oblodzonych, ale wybite są głębokie stopnie, więc idzie się sprawnie. Końcówka jest już pozbawiona całkowicie śniegu. Rozpoczynamy wejście na szczyt, płyty są solidne, chwyty pewne, skała sucha i nieoblodzona. Wreszcie osiągamy wierzchołek, który niestety okazuje się być zbyt mały na cały nasz zespół – jedno z nas musi niestety zadowolić się staniem metr poniżej krzyża, który wieńczy czubek Nadelhorna.

Niebo rozświetla rubinowy kolor wschodzącego słońca, wiatr cichnie, w dole morze chmur. Jest przepięknie i majestatycznie. Za nami ogromny Dom de Mischbel, wierzchołek którego zdobyliśmy kilka dni wcześniej. Z tej perspektywy widać jego potęgę i przepiękną linię grani Festi wyprowadzającej na jego wierzchołek drogą pierwszych zdobywców.

Schodzimy szybko ze szczytu, aby móc minąć się z wchodzącymi zespołami w wygodniejszym miejscu, niż podszczytowe skały, a ludzi jest sporo – widać, że szczyt ma powodzenie. Najpierw po skałach, potem już śnieżną granią podążamy żwawo na dół w kierunku przełęczy, by o jak najwcześniejszej porze pokonać lodowiec.

Na lodowcu nie ma żadnych problemów, więc szybko dostajemy się z powrotem w okolice schroniska. Tam odsypiamy kilka godzin, pakujemy się i schodzimy do doliny. Zdobycie szczytu i przepiękna pogoda towarzysząca nam do samego końca sprawia, że nastroje mamy wyśmienite, mimo że musimy tego dnia pokonać dość sporą różnicę wzniesień z niemałym ciężarem na plecach.

Garść informacji:
Wysokość: 4327 m n.p.m; Wybitność (MDW): 206m.
Położenie Alpy, Grupa Mischabel.
Trudność: PD; I/II; śnieg maksymalnie do 40% [1].

Podejście do schroniska Mischabel 1550m (4-5h); ze schroniska na szczyt 1000m (3-4h).
Punkt startowy: Saas-Fee, Kanton Valais, Szwajcaria.

[1]Richard Goedke, „Alpejskie czterotysięczniki”, Sklep Podróżnika, Warszawa, 2006, wydanie I.

Zobacz również:


Leave a Comment :, , , more...

Dom de Mischabel – Festigrat, 2010

by Mooliczek on sie.10, 2010, under Nasze wyjazdy

Dom de Mischabel, 4545, Alpy Pennińskie, Grupa Mischabel
Droga: Festigrat, PD+, UIAA II/II+
Data:2010.07.13-2010.07.14

Najwyższa, w całości znajdująca się na terenie Szwajcarii, miała być głównym celem wyjazdu. Plan pierwotny zakładał kulminację na Dom de Mischabel. Plan jednak zmieniliśmy – wszak Weissmies na pewno dała nam wystarczającą aklimatyzację, więc po co czekać? Zróbmy ją od razu… Bohaterowie.

To wymagająca góra. Przede wszystkim – kondycyjnie. Od punktu startu – czyli miejscowości Randa - jest do przejścia 3 kilometry w pionie. I nie ma zmiłuj, bo i kolejki żadnej nie ma.

Startujemy o 8.00. Droga wiedzie początkowo lasem, wychodząc następnie na odkryte, skalno-trawiaste tereny, by wreszcie wejść w kilkuset metrowy żleb, ubezpieczony stalówkami i klamrami, prowadzący niemalże stricte pod Domhutte.

Pogoda dopisuje – idziemy więc w lampie. Cóż za rozkosz… Jak na złość, Weisshorn pozostaje cały czas w chmurach – nie na taki widok liczyłam…

Przed 14stą meldujemy się pod schroniskiem (2940 m), omijamy je jednak szerokim łukiem nie wchodząc do środka i człapiemy dalej w górę, szukając miejsca na biwak. Znajdujemy je jakieś 200 metrów wyżej: kilka przygotowanych platform, otoczonych skalnymi murkami. Miejsce znane, bo i jedno z nas biwakowało już tu wcześniej, przed kilkoma laty. Miejscówkę mamy niezmiernie urokliwą, zważywszy sąsiadów Dom: Weisshorn (dalej lico skrywa za woalką), Zinalrothorn, wreszcie Matterhorn. Za nami zaś – nasz majestatyczny cel.

Szukamy wody – strasznie sucho tego lata. Żeby ugotować zupę czy herbatę, musimy schodzić kilkadziesiąt metrów niżej, na lodowiec. Z uwagi na odległość, mniej nosimy, częściej zaś tam gotujemy – taka prowizoryczna i fajna kuchnia (nie było przenośnych).

Plan na dzień kolejny zakłada wyjście o 3.00, tak więc dość wcześnie kładziemy się spać. Nazajutrz pobudka i start przebiegają sprawnie: kiedy na zewnątrz temperatura w plusie, nawet zwyczajna niechęć do wyjścia z namiotu ustępuje i gramolimy się dość sprawnie. Kolejność jak na Weissmies: Mulik-saper, chłopaki robią za potencjalne wyciągarki. Gdy wchodzimy na lodowiec jeszcze w totalnej ciemności, zaczyna się kluczenie. Kingletscher na tym odcinku okazuje się być uszczelniony bardziej, niż się spodziewaliśmy. Był jednak prawie satysfakcjonująco wytopiony. Prawie – gdyż po drodze Matti wpada do szczeliny. Na szczęście – tylko jedną nogą. Igi reaguje błyskawicznie, ja na przedzie nawet tego nie odczułam – zauważyłam jedynie, że ekipa się zatrzymała.

Po chwili postoju idziemy dalej. Zaczynam odczuwać zmęczenie…

„Hm. Dziwne, już?”.

Myśleliśmy, że będziemy pierwszym zespołem atakującym – okazuje się jednak, że po wejściu na lodowcowe plateau migają nam przed oczami dwie czołówki. Za nami również zaczyna się „migotanie” – ruszają tramwaje z Domhutte. Im bliżej jesteśmy przełęczy Festi (Festijoch), tym ekipy prowadzone przez przewodników bardziej depczą nam po piętach. W pewnym momencie odbijamy zbyt wcześnie w kierunku przełęczy, żeby zorientować się, iż droga nie biegnie już tamtędy. Teraz, wejście na przełęcz prowadzi niemalże w linii prostej jej spadku, czysto skalnym terenem o umiarkowanych trudnościach (UIAA II+), ubezpieczonym zawieszonymi na stałe linami.

Mijają nas dwie ekipy – ślimaczymy się. Po 2h 30m od wyjścia z namiotu stajemy na Festijoch – wznosi się ona jakieś 50 metrów ponad lodowcem Kin. Na miejscu okazuje się, że po drodze musiałam zgubić aparat…

“Znowu????”

Chwytam doła, a wczesny świt nad Matterhornem i Weisshornem uwieczniają na zdjęciach chłopaki.

Przygotowujemy sprzęt do podejścia. Wybraliśmy grań Festi (Festigrat) – długą na niemalże 1800 metrów, drogę pierwszego wejścia na Dom, wycenianą na PD+. Jest praktyczniejsza niż droga normalna: wyprowadza wprost na wierzchołek, podczas gdy ‘normal’ prowadzi w dół na lodowiec, a następnie szerokim łukiem omija szczeliny i pnie się zygzakami po północnej ścianie, będąc przy tym dłuższym i bardziej nużącym. Jest on  jednak na pewno opcją bezpieczniejszą…

Skał na grani było nad wyraz dużo – o niebo więcej, niż na jakimkolwiek zdjęciu z Festi, które oglądałam dotychczas. Łącznie, sięgały jakiś 300 metrów ponad Festijoch. Trudności rzędu II, może II+, nie więcej, i to w kilku zaledwie miejscach. Idziemy wszyscy na jednej linie, 50 m.  Początek śnieżny, szybko jednak wchodzimy w skały. Nie są trudne. Ja jednak zaczynam zwyczajnie zdychać. Mam wrażenie, że nie wytrzymam narzuconego tempa, choć walczę i napieram. Dla chłopaków robi się chyba za wolno.

“Co jest grane, do cholery?? Gdzie ta klima? Jeszcze nie osiągnęliśmy 4 tysięcy, a ja już ledwo żyję. Nie tak to miało wyglądać….”.

Słyszę z przodu krótkie “Męczące te skały.”, ale nijak nie wpłynęło to na tempo akcji. Napieramy, nie ma co jojczyć. Za mną Igi z Mattim nie dają nic po sobie poznać, Igi czuje się wręcz doskonale. W pewnym momencie muszę chwycić się mocniej skały, co by nie stracić równowagi, bo zaczynam mieć autentycznie mroczki przed oczami. Odlot – pierwszy raz czegoś takiego doświadczam. Nogi słabną, zaczynają się plątać. W pewnym momencie, wychodząc na pokryty lodem teren za słabo wbijam w podłoże rak i ujeżdżam, naszczęście, nie szłam pierwsza…

Potem robi się lepiej, organizm się powoli przyzwyczaja, do biegania jednak mi daleko. Gdy wychodzimy z tego terenu uświadamiamy sobie, że dalsza część ‘śnieżna’ to w efekcie lód, przynajmniej w stale zacienionych miejscach. Śnieg był przewiany i wytopiony, a opadów nie było od dłuższego czasu. W pewnym momencie Igi bierze cały szpej do lodu i przejmuje prowadzenie. Świetna forma w skałach jednak niestety ustępuje, i również zaczyna odczuwać kondycyjne trudności wspinaczki. Teren oferuje gdzieniegdzie miejsca wyłącznie na przednie zęby raków. Takiego oblodzenia się tu nie spodziewaliśmy. Śruby idą w ruch.

Mijają kolejne minuty. Wchodzimy mozolnie coraz wyżej, dostrzegając powoli dobiegającą do naszej drogę normalną, a na niej ludzi, którzy jeszcze niedawno wchodzili na Festijoch po nas…

„Świetne mamy tempo…”

Końcówka w fajnie zmrożonym śniegu, wyprowadza nas wreszcie na wierzchołek w okolicy godziny 10 rano. Jak się okazuje – jesteśmy ostatnim teamem z całej plejady, która wyruszyła o podobnej porze. Prawdziwi herosi ;) Humory jednak mamy doskonałe :)

Chwilka na szczycie, podziwiamy dookoła… wszystko w zasadzie. Całe Alpy Pennińskie, plus wiele innych olbrzymów w oddali, w tym nawet Gran Paradiso czy masyw Blanka.

Schodzimy drogą normalną – przedeptaną jak nartostrada. Ciągnie się niemiłosiernie, momentami wręcz zatacza takie koło, jakby miała wyprowadzać w przeciwną stronę (pod Lenzjoch). Po drodze przechodzimy koło seraków, wiszących nad nami jak siekiera kata, wielkich jak kilkunastopiętrowe budynki. Instynkt samozachowawczy nakazuje szybki marsz przez ten rejon, jednak sił brakuje, mimo, iż ewidentne ślady nie tak dawnych obrywów przecinają nam drogę. Dodatkowym demotywatorem jest konieczność podejścia jeszcze na przełęcz Festi. Zejście z przełęczy z powrotem na lodowiec Kin wygląda dość ciekawie w naszym wykonaniu, kiedy plączemy się we własnych i zawieszonych na stałe linach. Od tego momentu, z nieskrywaną, niepoprawną wręcz nadzieją, szukam mojego aparatu.

Do ostatniej chwili…

Znajduję go w namiocie, po 12 godzinach od ‘rozstania’ – na ułożonych przez nas wcześniej przed wyjściem śpiworach. Radość moja nie ma granic! Żałuję, że znalazca nie zrobił sobie nim zdjęcia – może miałabym okazję podziękować? :)

Dom to kawał góry. Pięknej góry. Bez dobrej aklimatyzacji – może jednak zamienić się w męczarnię. Schodzimy następnego dnia. Zmęczeni, jak konie po Wielkiej Pardubickiej, ale z ogromną satysfakcją.

Po zejściu do Randy przenosimy się z powrotem do Saastalu, gdzie czeka na nas jeszcze jedno zadanie: ambitne, budzące wątpliwość, czy aby wykonalne w takich warunkach. Nadelgrat.

Zobacz również:

Czterotysięczniki alpejskie- info


Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)


7 Comments :, , more...

Weissmies, 2010

by Mooliczek on sie.01, 2010, under Nasze wyjazdy

Weissmies, 4023 m, Alpy Pennińskie, Grupa Weissmies
Droga: Trift, PD
Data: 2010.07.10-11

Weissmies miała nas przygotować do kolejnych alpejskich celów podczas tego wyjazdu. Wysoka na niewiele ponad 4 tysiące metrów, wznosi się ponad szwajcarską doliną Saas, mając po przeciwnej stronie dumnie prężący się przed nią Masyw Mischabel – nasz główny cel.
Ale po kolei.
Po 15 godzinach jazdy przyjeżdżamy w sobotę do Saas Grund. I już pierwsza prognoza przesłana przez Jck: „w niedzielę okno pogodowe, potem dupa”. Zamiast 5-godzinnego marszu do naszego miejsca biwakowego, postanawiamy zatem wziąć kolejkę do Hohsaas, aby czym prędzej dostać się na poziom 3 tysięcy metrów i zostać tam względnie jak najdłużej. Zależało nam a) na odpoczynku po podróży, b) przede wszystkim – na aklimaztyzacji.
Namioty rozbijamy nieopodal górnej stacji kolejki, na przygotowanych przez poprzedników platformach. Dookoła skała, lodowców w masywie Weissmies jest o dziwo, niewiele. Po tej stronie doliny, klimat wygląda mało alpejsko, rzekłabym – dość jałowo i „pustynnie”. Jedynie nasza góra zaciekawia swym kształtem i formą – silnie uszczeliniony lodowiec Trift, spływający z jej północno-zachodnich zboczy daje nam wyobrażenie o terenie, który mamy nazajutrz pokonać.
Wyjście o 4.00, jako pierwszy zespół w okolicy. Po przeciwnej stronie doliny, w okolicach Mischabel Hutte widać migające, maciupkie światełka czołówek. „Za parę dni to będą nasze światełka” – pomyślałam.

Po przejściu szerokiego jak spacernik chodnika, po ok 30 minutach dostajemy się na lodowiec. Kolejność ustalona – idę pierwsza, jako czujka szczelinowa.

Boże drogi, męczę się. Powolutku, krok za krokiem, wysokość daje znać o sobie. Żadnych bólów głowy, sensacji żołądkowych czy sraczek – po prostu dyszę i sapię. Czuję, że chłopaki z tyłu najchętniej pogoniłyby mnie dziabą, ale cóż – wystawili mnie na front, to teraz poczekają.

Mijamy jedną, drugą, piątą szczelinę. Wszystko pootwierane, a im podchodzimy wyżej po śnieżnym, lodowcowym plateau, tym robi się ciekawiej.
Docieramy na wysokość seraków opadających spod zachodniego wierzchołka Weissmies. Formacje wielkie jak domy, wznoszące się nad szczelinami, w których z powodzeniem zmieściłaby się katedra. W tym momencie wschodzące słońce zalewa czerwienią naszych sąsiądów: Mischabel, z górującymi Taschhorn, Dom i Lenzspitze, a dalej na południe: Monte Rosę.
Trawersujemy pod zachodnim wierzchołkiem i idziemy dalej, w kierunku szczytu, cały czas podążając w cieniu. W dole, na lodowcowym plateau pojawiają się kolejne zespoły.
Zbliżając się do głównego wierzchołka teren stromieje, na szczęście trafił nam się tylko niewielki fragment pokryty ciemnym jak ziemia lodem – pozostała część drogi oferowała bardzo dobre warunki śniegowe.
Tup, tup, tup, tup, tup, tup….Taktowanie na „raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa…”. Zbliżam się do kopuły szczytowej, która z tej perspektywy wygląda imponująco! Miarowe człapanie – przed oczami staje mi finałowa scena z K2, kiedy Taylor i Harold wchodzą na szczyt. Miałam takie samo tempo….z tą drobną różnicą, że nasza akcja toczyła się ponad 4 kilometry niżej….

Wreszcie, w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, stajemy na pustym jeszcze wierzchołku Weissmies.

Rozglądamy się dookoła… „Właśnie po to tu przyjeżdżamy! Ech”. Nieopodal dostrzegamy południowy przedwierzchołek, który tuż pod szczytem pokonują zwykle zespoły robiące trawers góry: startując z Saas Almagell, a kończąc na Saas Grund. Prowadzi na niego dość wąska, ale ciekawie wyglądająca śnieżna grań – postanawiamy tam podejść.
Na miejscu, kilkunastominutowy popas, a w międzyczasie od drugiej strony dochodzą do nas kolejne zespoły, które wybrały trawers.
Po chwili postanawiamy wrócić na szczyt i rozpocząć zejście w dół, tą samą drogą. Słońce zaczyna skutecznie nam dogrzewać. Wczesny poranek, a my już czujemy się jak w saunie. Wysokość 4 tysięcy metrów, a my mamy temperaturę grubo w plusie! Rodem z „Goło i wesoło” zaczynam systematycznie zrzucać kolejne części mojej garderoby. Chłopaki grają twardzieli twierdząc, że po zejściu na plateau na pewno wejdziemy w strefę mroku i będzie, jak w lodówce. Miałam to jednak gdzieś, czułam, że oczy mi zaraz wyparują.
Obawialiśmy się rozmiękłego śniegu na lodowcu i przekraczaniu szczelin – to zawsze jest nieprzyjemny moment. Nic się na szczęście nie wydarzyło. O 10.30 jesteśmy pod namiotami.
Zastanawiamy się, co robić dalej… Nadal zależało nam na odpoczynku, ale i na aklimatyzacji. Bilety na kolejkę mamy jednak wykupione „tam i z powrotem”, a pora jest wczesna – podejmujemy zatem decyzję, że zjeżdżamy na dół, jeszcze tego samego dnia. „Klimę już powinniśmy mieć”, rzuciliśmy z małym przekonaniem.
Jak się miało potem okazać – byliśmy w błędzie.
Zobacz również:

Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)

4 Comments :, , , more...

Mont Blanc du Tacul, 2009

by Mooliczek on paź.07, 2009, under Nasze wyjazdy

Mont Blanc du Tacul, 4248 m, Alpy, Masyw Mont Blanc
Droga: normal, północną ścianą, PD
Data: 2009.07.19-21

Jako jeden z punktów programu podczas tegorocznego wyjazdu w Alpy miał być po raz kolejny Mont Blanc. Tym razem mieliśmy pójść drogą od Aiguille du Midi, zwaną niekiedy „3M”. Miał to być nasz drugi, większy cel w tym roku, po Dufourspitze. Okazało się jednak, że Biała Góra nie zdzierżyła miana celu „drugorzędnego”… A ja w końcu miałam przekonać się, jak to jest, kiedy doświadczasz braku parcia, sił i motywacji.

Wygnani ze Szwajcarii przez marne prognozy pogody i warunki śniegowe, lądujemy we Francji, na Col du Midi. Zadziwiające, jak szybko można przetransportować się z ciepłego Chamonix na lodowiec. Jeszcze przed chwilą pałaszowaliśmy łapczywie bagietkę z serem pleśniowym na ławce przy dworcu kolejowym, by po chwili okopywać namiot na 3.500  metrów, w promieniach popołudniowego słońca. Kolejka na Aiguille du Midi działa jak gwiezdne wrota.

Patrzymy na Mont Blanc de Tacul – pierwszy szczyt, który mamy nazajutrz przetrawersować po drodze w kierunku Białej Góry. Jest mocno uszczeliniony i wyrasta tuż ponad nami, jest w zasadzie w zasięgu ręki i robi spore wrażenie. Dalej za nim piętrzy się Mont Maudit. O 50 metrowej, lodowej ściance zlokalizowanej na jego północno-wschodnim zboczu czytaliśmy nie raz i w zasadzie nie mogliśmy się doczekać, jak pod nią podejdziemy. W oddali zaś prezentuje się ładnie nasz cel główny.

Ścieżki nie widać. Opady z ostatnich dni kompletnie ją zmiotły. Spoglądamy na topo z poprzedniego roku, i uśmiechamy się pod nosem… Stanowi ono ciekawe porównanie typu „jak było, a jak nie jest” – okazało się w zasadzie bezużyteczne, od tamtego czasu wiele się zmieniło. Będziemy zatem bankowo iść za przewodnikami – taka zapadła decyzja.

Kładziemy się spać koło 18stej, bezlitosny budzik dzwoni o 1.00. Zrywamy się na równe nogi, topienie śniegu, herbata, śniadanie, uprzęże, wszystko już gotowe. Wyglądam przez lufty z namiotu – na zewnątrz ciemno. Żadnych czołówek, czy to na zboczu Tacul‘a, czy na grani z Cosmiques’a… nikt nie idzie. Kręcę się tak coraz bardziej nerwowo, parcie mam duże, mobilizacja 110%. Zerkam to tu, to tam, sprawdzam średnio co 2-3 minuty, ale na zewnątrz czarna pustka, nic się nie dzieje. W końcu, po 2 godzinach czekania odpuszczam i kładę się spać.

Nazajutrz piękna pogoda. Po krótkim rekonesansie w obozie na Col du Midi okazuje się, że nikt tej nocy nie wyszedł w kierunku Blanka. Nad ranem wyrusza jedna dwójkowa ekipa – zaczynamy śledzić ich losy. Szybko się orientujemy, że zaczynają błądzić, zamiast obejść seraki i szczeliny aby wyjść na ramię Tacul‘a klasycznie od północnego zachodu, idą na wprost. Tym samym czeka ich podejście min. 45-50 stopni. Koniec końców, dają jednak radę i wchodzą na szczyt. Za nimi poszło w ciągu dnia parę innych osób, ale zawróciły. Wszyscy natomiast, jak jeden mąż, poszli po błędnie założonych śladach, które wyprowadziły ich w efekcie w większe niż przewidywane trudności.

I tak cały dzień upłynął nam na nicnierobieniu i monitorowaniu tego, co się dzieje na Tacul. W międzyczasie dostaliśmy od Jck informację, że za dwa dni pojawią się naprawdę solidne wiatry i mogą nam zamknąć kolejkę. Poza tym, pogoda może ulec zdecydowanemu pogorszeniu. Czasu mamy zatem mało, a to kiepska perspektywa w obliczu zdobywania Mont Blanc dość zajmującą i czasochłonną drogą, za jaką uważana jest 3M.

Pod koniec dnia podejmujemy zatem decyzję, że Blanka w tym roku odpuszczamy. Nic na siłę. To nie góra na „uzupełnienie” programu, trzeba jej poświęcić jednak ciut więcej czasu i uwagi.

Rodzi się zatem pomysł, żeby chociaż wejść na samego Tacul’a, którego w normalnych warunkach tylko byśmy przetrawersowali. Pobudka zatem po raz kolejny w środku nocy. Tym razem sznur czołówek zmierzających w kierunku szczytu przekonuje nas do wyjścia. Początek idzie całkiem dobrze, aklimatyzacja sprawia, że doganiamy zespoły, które wyszły mniej więcej godzinę przed nami. Już nikt się nie zastanawia, którędy powinna biec droga, wszyscy poszli po śladach założonych dzień wcześniej. My też…

Szybko zdobywamy wysokość. Zanim zdążyłam się zorientować byliśmy powyżej poziomu Aiguille du Midi. Spojrzałam na zachód – a tam  czarno. I to nie z powodu nocnego nieba, już świtało. Był to potężny front, który szybko przesuwał się w naszym kierunku. Zwróciłam na to uwagę Igiego, ten zaś dostał strzał jak z bicza i zaczął pędzić do przodu. A mnie – jak ręką odjął – opuściły siły i motywacja…. Przedziwne.

Nie ma nic bardziej deprymującego niż świadomość, że lina, którą jesteś związany z prowadzącym partnerem zaczyna być permanentnie napięta. Czułam, że nagle po prostu przestałam chcieć iść do przodu. Nie opuszczało mnie wrażenie, że im bardziej Igi napiera, tym mniej ja mam ochotę na dalszą wędrówkę. W jego przekonaniu ja wlokłam się niemiłosiernie, jak nigdy. Dla mnie z kolei on pędził bardziej, niż kiedykolwiek przedtem, nie oglądając się za siebie. Prawda zapewne leży gdzieś po środku, niemniej jednak w efekcie nie udało nam się wyjść na ramię Tacul’a przed śnieżycą, która dopadła nas jakieś pół godziny przed szczytem.

Pokonaliśmy szczeliny, minęliśmy seraki, nawet wspomniane wcześniej nachylenie na omyłkowo dobranym odcinku drogi nie stanowiło dla nas problemu. A tu śnieżyca… Białego puchu przybywało w zastraszającym tempie, z niepokojem obserwowaliśmy, jak ścieżka za nami znika, a pod nogami robi się coraz bardziej grząsko i sypko. Tam, gdzie staliśmy nachylenie było spore, z uwagi na końcówkę podejścia przed wyjściem na grzbiet. W pewnym momencie przed nami wyrosła jak z nikąd czwórka Ukraińców – zjeżdżali na dół. Chwila zastanowienia, wymiana porozumiewawczych spojrzeń między mną i Igim. Wycof. Zaczynamy szybko schodzić, niemalże zbiegać tam, gdzie się dało przodem, a w pozostałych miejscach tyłem. Kilka razy podpięliśmy się przy zjazdach do naszych wschodnich sąsiadów. Minęliśmy główne trudności i…. śnieżyca ustała. Powoli zaczęły nas mijać zespoły idące z przeciwnego kierunku, które postanowiły wyjść nieco później. I oczywiście, weszli na szczyt…

Na Col du Midi schodziliśmy w milczeniu, każde ze swoimi przemyśleniami. Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy do Chamonix. Pierwszy raz poczułam się w górach tak marnie, bezsilna, bez motywacji. Obwniałam się o to, że nie weszliśmy. Rozumiałam, co się stało, czego mi wtedy zabrakło, nie do końca jednak wiedziałam, dlaczego. Dobry humor wrócił jednak całkiem szybko. W końcu to tylko góra. Poczeka.

Pozostaje zatem wrócić tam ponownie, kiedyś…

Zobacz również:

Mont Blanc – relacja 2008

Mont Blanc – relacja 2007

Mont Blanc – relacja 2006

Czterotysięczniki alpejskie – informacje praktyczne

2 Comments :, , , more...

Dufourspitze – Monte Rosa, 2009

by Mooliczek on sie.25, 2009, under Nasze wyjazdy

Dufourspitze, 4634 m, Alpy, Grupa Monte Rosa
Droga: normal przez Sattle, PD+
Data: 2009.07.15-16

Część pierwsza by Igi

Po klimatyzacyjnym wejściu na Alphubel, przyszła kolej na cel główny naszego wyjazdu, mianowicie dach Szwajcarii – najwyższy szczyt Masywu Monte RosaDufourspitze. Pomysł wejścia na ten szczyt pojawił się na krótko przed wyjazdem w Alpy i był pochodną podpuszczenia i męskiej ambicji, spotęgowanej złocistymi gorzkimi płynami:

Mooliczek: „patrz jakie fajne zdjęcie” (i tu zostaje pokazany skalisty szczyt, o niewielkiej powierzchni, na który wdrapują się przy pomocy wszystkich kończyn, omotani linami alpiniści)

Igi: „za ile?”

Mooliczek: „PD+”

Igi: „gulp” – tu nastąpiło głośne przełknięcie śliny, którego na szczęście nikt nie usłyszał (do tej pory maksimum naszych „osiągów” było PD, a i tak chwilowo.)

Igi: „wygląda super, wejdźmy tam koniecznie.” (i tu nastąpił efekt znany pod nazwą „Co? Że ja nie dam rady? Ja?”, katalizatorem był czteropak piwa o swojskiej nazwie, blisko związanej z pewnym tatrzańskim zbójcą).

Pierwotny plan „zaliczenia” jak największej liczby (około 5) okolicznych czterotysięczników, o niewielkiej wybitności i trudnościach, został porzucony na rzecz jednej solidniejszej góry, która miała nam pokazać, czy nadajemy  się do czegoś więcej niż li tylko trekking wysokogórski, czy może kiedyś zasłużymy na miano choćby ćwierć alpinistów.

Zatem siedzimy w kolejce zębatej, wiozącej nas z Zermatt, na przedostatnią stację – Rotenboden, smarujemy się kremem z filtrem i jesteśmy szczęśliwi, że już za chwilę zobaczymy cały masyw Dufoura, na własne oczy, którego zdjęcie na Wikipedii studiowałem całymi godzinami, a jego ogrom zapierał mi dech w piersi. Wychodzimy z kolejki i górską ścieżką idziemy za drogowskazami kierującymi do Monte Rosa Hütte. Widnieje na nich informacja, że do schroniska są 3 godziny drogi. Ja nie wierzę jednak w tak krótki czas, na plecach mam ogromną ilość jedzenia i wodę, pogoda na Dufourze jest raczej kiepska i mamy zamiar oblegać górę aż do skutku, tzn. do pojawienia się okna pogodowego.

Idziemy ścieżynką wśród trawek i pachnących ziół, trawersem ponad płynącym w dole, ogromnym lodowcem Gornergletscher, a wszędzie piętrzą się ogromne zbocza. Szczyty ukryte są niestety pośród chmur, ale ich ogrom jest wyczuwalny przez skórę. (zobacz  panoramę)

Widzimy także, jak daleko mamy do lodowca w dół i ile czeka nas potem podejścia. W kontekście wielkiego i ciężkiego plecaka nie nastraja mnie to optymizmem, kolana bolą mnie na samą myśl. Zapobiegawczo założyłem ściągacz na prawe kolano, ale wiem że na długo to nie wystarczy. Do szczeliny brzeżnej docieramy po godzinie i piętnastu minutach. Jest ona dość duża, ale przerzucono przez nią chybotliwy mostek, dzięki czemu można ją pokonać bez problemu, bez użycia sprzętu. Idziemy po lodzie pokrytym kamieniami, klucząc między skałkami. W końcu docieramy do kolejnej moreny. Ściągamy raki, by przekraczając ją nie tępić zębów – nie wiemy bowiem, czy nie będą potrzebne na Dufourze, w wielu opisach wejścia wspominają coś o kilkunastometrowym, zalodzonym kominku. Wchodzimy wreszcie na główny „nurt” lodowca, szczeliny są duże, ale pootwierane, dzięki czemu widać je doskonale. Kluczenie między nimi zajmie nam kolejne dwie godziny – czas jak widać mamy marny, ale cóż, zapasy żywności na tydzień i obolałe kolana nie sprzyjają szybkiemu tempu. Przekraczamy szczelinę i wchodzimy w teren skalny, ścieżka jest wyraźnie oznaczona, w wielu miejscach są liny poręczowe, łańcuchy i drewniane stopnie, dzięki czemu wciągnięcie wielkich plecaków nie przysparza nam większych problemów, nie stwarzają one niebezpieczeństwa utraty równowagi, którego trochę się obawiałem. Wejście skałą, od krawędzi lodowca do schroniska Monte Rosa (2795m) zajęło nam nieco ponad godzinę, więc nie jest aż tak źle, zważywszy, że po drodze robiliśmy sporo zdjęć :) Siedzieliśmy na lądowisku helikoptera koło schroniska ponad pół godziny i podziwialiśmy roztaczający się widok. Chmury się podniosły i mogliśmy zobaczyć przepiękne szczyty pobliskiego Lyskamm, Castora, Polluxa, a także masyw Breithorna, otaczające nas zewsząd. Powoli wychodziło słońce, a w jego promieniach ich wielkość nie była już tak przytłaczająca – teraz te piękne pagóry były po prostu wspaniałe i ślicznie połyskiwały serakami wielkości wieżowców. Ze schroniska udaliśmy się ścieżką w kierunku Untere Plattje, szukając dogodnego miejsca na biwak. Zakładaliśmy spędzić tu minimum 3-4 dni (prognozy były mało optymistyczne), więc chcieliśmy znaleźć coś wygodnego, z dostępem do wody, leżącego jak najwyżej, ale jeszcze poniżej granicy śniegu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że aklimatyzacja na Alphublu może być niewystarczająca, więc chcieliśmy cały następny dzień odpoczywać i nabierać sił, gdyż wiedzieliśmy, co nas czeka. Na szczyt Dufourspitze droga jest dość długa (wg przewodnika 5-7h ze schroniska MRH), przewyższenie również do najmniejszych nie należy (1700m), zaś trudności skalnej grani rozpoczynają się w końcowym etapie wycieczki, kiedy człowiek jest już zmęczony długą wędrówką lodowcem i niemałym przewyższeniem. Warto dodać, że wycena na grani to miejscami III, (wg summitpost.org na suchej skale; w ocenie Mooliczka max. za II+), brak stałych punktów, niezbyt wiele miejsc do założenia własnej asekuracji.  Do szczytu zostaje jeszcze śnieżna grań długości ok. 1 km i przewyższenie ponad 130m.

Część druga by Mooliczek

Te argumenty przekonywały nas do pozostania na biwaku dłużej i magazynowania sił przed wyjściem w kierunku szczytu. Wieczorem jednak przyszedł sms od Jck: jutro okno pogodowe, potem kicha. Biliśmy się z myślami, koniec końców jednak determinacja zwyciężyła. Idziemy. Szybkie przepakowanie szpeju (kwestia , że idziemy na lekko była oczywista i nie podlegała w ogóle dyskusji), lina, żelastwo, butelka wody na głowę, opakowanie chrupkiego pieczywa i parę batonów – tyle.

Wstajemy o 2:30 z zamiarem wyjścia o 4:00, jednakże już po trzeciej nasz namiot zaczynają mijać tramwaje czołówek. Igi zaczyna się emocjonować, że wstaliśmy za późno, więc ambicja wypycha nas na drogę pół godziny wcześniej, niż planowaliśmy. Jak się później okazało, była ona motorem napędowym, a w połączeniu z rywalizacją pozwoliła wszystkim na utrzymywanie całkiem przyzwoitego tempa.

I tak, wchodząc na Obere Plattje mijamy kilka grupek (aklimatyzacja działa), potem idziemy w miarę zwartą grupą w kierunku stromego zbocza Sattletole, krocząc mozolnie po lodowcu Monte Rosa. Droga biegła zakosami, pomiędzy szczelinami, czasem bezpośrednio pod, a czasem omijając pola seraków. W pewnym momencie Igi przywołuje mnie do rzeczywistości: „Wyglądasz, jakbyś miała mi tu zejść, jesteś trupioblada, wręcz zielona”. Byłam zaskoczona, ale widocznie wyglądałam gorzej, niż się czułam. Jego słowa obudziły mnie ze stanu zamroczenia i pół letargu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że się wyłączyłam i człapię i człapię, coraz mniej świadoma tego, w którym kierunku. Igi z kolei chciał za wszelką cenę dotrzeć na Siodło (przełęcz Sattle) jak najszybciej: tam zaczyna się nasza grań podszczytowa, a wiedzieliśmy, że im później tam wejdziemy, tym mniejsze szanse na zdobycie góry w normalnym czasie. Widmo kolejek i mijanek popędziło nas do przodu. Podkręciliśmy tempo, do tego stopnia, że kolejne alarmujące słowa Igiego obudziły już nas oboje: „Czy my w ogóle idziemy w dobrym kierunku???” Spojrzeliśmy po sobie, potem przed siebie – okazało się, że napierając do przodu zapędziliśmy się w kierunku sąsiadującego z Dufourspitze Nordenda. Na właściwą ścieżkę wróciliśmy trawersując pole śnieżne, ale tracąc przy tym cenny czas.

Wraz ze wzrostem wysokości, zwarta z początku grupa kilkudziesięciu osób rozpraszała się w różnych kierunkach. Część odbiła na Nordend, część w planach miała podejście na Dufoura od strony Silbersattel, reszta obrała taki sam cel i drogę, jak my, ale tempo już było różne. Wreszcie, po 4 h marszu stajemy na Sattle, tuż za wesołą ekipą pięciu Hiszpanów. Południowcy uderzyli od razu do góry, my za nimi. Rozpoczęła się 2,5 godzinna wędrówka w kierunku szczytu, po śnieżno-skalnej grani. Był to najciekawszy, ale i najbardziej emocjonujący odcinek.

Igi prowadzi. Nachylenie na śnieżnej grani ok. 40-45 stopni, grań wąska, ale do przeżycia. Warunki sprzyjają, za plecami nasze zmagania wspinaczkowe obserwuje bacznie Matterhorn, a na prawo Lyskamm. Igi napiera tak, jakby 2,5 kilometrowa lufa po prawej nie robiła na nim żadnego wrażenia. Po drodze mijamy wąskie mostki śnieżne, eksponowane półki skalne, nawieszające się głazy i oblodzone kominki. Pierwsza, krótsza część grani skalnej okazuje się trudniejsza z uwagi na praktyczny brak możliwości założenia jakichkolwiek punktów asekuracyjnych. Druga część – dłuższa, daje możliwości zarzucania pętli i zakładania kości. Finalnie, podchodzimy pod komin, w którym od połowy wysokości wisi gruba lina, ułatwiająca wspinaczkę na tym odcinku. Resztę jednak trzeba przeżywcować (jeżeli chce się to zrobić szybko), lub założyć asekurację na stałe (jeżeli ma być bezpiecznie).

Wreszcie, po 7 godzinach stajemy na szczycie Dufourspitze. Dokoła nas wspaniałe Matterhorn, Weisshorn, masyw Mischabel z Dom i Taschhorn na czele, ale też bliższe, rozpoztarte u stóp Dufoura pomniejsze szczyty Masywu Monte Rosa: Zumsteinspitze, Signalkuppe, Parrotspitze, Ludwigshohe, i Balmenhorn, a dalej wspaniały Lyskamm, Castor i Pollux, oraz masyw Breithorna. Na horyzoncie majaczy do nas Mont Blanc…. Pięknie.

Na miejscu spotykamy wesołych Hiszpanów, którym oddajemy wspaniałomyślnie pożyczonego nam po drodze frienda. Szczyt jest jednak tak wąski i mały w stosunku do ilości odwiedzających, że nie mam mowy o sesji zdjęciowej – pstrykamy zaledwie kilka fotek i decydujemy się na szybkie zejście tą samą drogą.

Pierwszy kominek pokonujemy ze stałą asekuracją: najpierw ja Igiego, potem Hiszpanie mnie. Naczekaliśmy się jednakże, aż wyjdzie z niego piątka Polaków (mijanki, a jednak…) zanim wstrzeliliśmy się w niego pełną parą. Reszta poszła szybciej – wszak znaliśmy już drogę. Szybko stajemy na Sattle, a potem dalej w dół. W międzyczasie gubimy drogę, skręcając w lewo zbyt wcześnie. W efekcie, lądujemy na drodze prowadzącej z naszego biwaku do schroniska Margherita, co – jak się potem okazało – było wariantem dużo szybszym. Namiot osiągamy po 13 godzinach akcji górskiej.

Nazajutrz, z uwagi na prognozy o burzy, decydujemy się szybko zbierać graty i wracać. Czeka nas niekończący się marsz powrotni przez moreny lodowca Gornergletscher i zbocza Gornergrat, aż do stacji Rotenboden. Początkowo w planach było zejście aż do Zermatt, jednakże kolano odmawia mi posłuszeństwa. W efekcie, Igi urządza sobie 2-godzinny spacer w dół, a ja korzystam z kolejki i kończę wycieczkę w sklepach z pamiątkami, szukając prezentu urodzinowego dla Jck. Półtora godzinna eskapada rodzi we mnie nienawiść do Matterhorna, którego wizerunek atakuje zewsząd, łącznie z papierem toaletowym (prezentując się jednakże zawsze z tej samej, północno-wschodniej perspektywy..ciekawe…). Ostatecznie, kończę na ławce koło kościoła w Zermatt, czekając na Igiego i gapiąc się na wszechobecnego Tobleronka. Wewnątrz rodziło się wrażenie, że tak naprawdę, to my chyba nic nie urobiliśmy, że tutaj jest tylko jedna Góra. Dobrze, że to straszne uczucie było tylko chwilowe ;)

Zobacz również:

Czterotysięczniki alpejskie – info


3 Comments :, , , more...

Alphubel, 2009

by igi on lip.27, 2009, under Nasze wyjazdy

Alphubel, 4206m, Alpy, Grupa Mischabel
Droga: SE Ridge, PD/PD+
Data: 2009.07.12-13

Po wielu godzinach męczącej jazdy Kangurem z uszkodzonym, warczącym łożyskiem, pełnej obaw co do szans dojechania do celu, dotarliśmy do szlabanu zagradzającego nam dalszą drogę. Ze szwajcarskiego Tasch do pobliskiego Zermatt można dojechać już tylko koleją, bądź lokalnym busem. Auta trzeba zostawiać na którymś z licznych, płatnych parkingów. My skręciliśmy na wschód, w wąziutką, krętą i stromą drożynkę, by po półgodzinie dojechać do trawiastego zakola w Taschalp na 2200m, które miało od tej pory zostać naszym darmowym parkingiem na najbliższe dni.  Wykonaliśmy szybki przepak, gromadząc sprzęt biwakowy, a jako że nocleg planowaliśmy spędzić grubo poniżej granicy śniegu, braliśmy namiot bazowy i cieńsze ubrania. Objuczeni żywnością na trzy dni (tak nam się wówczas wydawało), ruszyliśmy dziarsko szlakiem turystycznym, by po dwóch godzinach i pokonaniu 500m w pionie, dotrzeć do malowniczego schroniska Täschhütte (2701 m). Kolejne kilkadziesiąt metrów w pionie i docieramy, do wspaniałego, trawiastego wypłaszczenia, nadającego się w sam raz na biwak. Miejsce wygodne, z widokiem na Alphubel z jedniej strony, poprzez Rimpfischhorn, masyw Monte Rosa aż po majestatyczny Weisshorn , najpiękniejszy biwak w Alpach, choć pełen kozich bobków i kłujących ostów. Bobki miały nam towarzyszyć już cały czas pobytu tam, klejąc się do butów, karimaty, kubków i garnków – ot taki Eko-bonus :)

Nazajutrz, pobudka jak na Alpy zbyt późna, bo niewiele przed piątą rano, ale ogólnie miał być to dzień restu i klimatyzacji. Myśleliśmy, by przebimbać go w całości, ale zapowiadająca się piękna pogoda, oraz pozorna bliskość szczytu Alphubla zachęciła nas do wyjścia ze śpiworów i próby ataku. Widać było światełka czołówek powoli wspinające się dziarsko na przełęcz. Mieliśmy świadomość późnej pory, ale łatwość drogi i rzekoma dostępność, wyciągała nas z namiotu na wycieczkę. Nie było nas w Alpach równy rok (no może bez dwóch dni), więc zapomnieliśmy już, jak dają w kość podczas pierwszych dni, niezaaklimatyzowanemu.

Szliśmy najpierw po trawkach w górę, a w okolicach ogromnego głazu narzutowego z krzyżem na szczycie, odbiliśmy w prawo, wchodząc na ścieżkę pełną kopczyków. Dalej ścieżką, na lewo przez morenę – najpierw kamienistą, potem pełną błota, by wreszcie wejść w śnieg, gdzie założyliśmy raki. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie już przed przełęczą. Uwidocznił się brak aklimatyzacji i długa podróż,  co przełożyło się na nasze powolne tempo:  przełęcz osiągnęliśmy dopiero około dziesiątej, co oczywiście skutkowało lampą, rozmiękłym w upale lodowcem i mijaniem się z ludźmi schodzącymi ze szczytu. Związaliśmy się liną, i ruszyliśmy w kierunku szczytu, przekraczając szczeliny i słuchając płynącej gdzieś w głębi lodowca wody.

Weszliśmy na średnio eksponowaną grań, prowadzącą nas do niewielkich skałek. Powyżej nich, trawersując zakosami wspinamy się coraz większą stromizną, dochodzącą w jednym momencie do ok 45%. Lód był rozmiękły, więc wbijanie raków nie powodowało przy podejściu większych problemów. Z zejściem mogło być już troszkę trudniej. Widzieliśmy tylko dwie osoby schodzące tą drogą, oraz ślad po śrubie lodowej, której zapewne ktoś użył do zjazdu. Postanowiliśmy, że gdy tylko się będzie dało,  zejdziemy polami śnieżnymi na wschód i powrócimy na przełęcz  płaskim lodowcem.

Szczyt osiągnęliśmy około południa. Pogoda była wyborna, a widoczność wynagrodziła nam trudy wejścia. Spędziliśmy może 25 minut na szczycie i rozpoczęliśmy żmudne schodzenie stromym polem śnieżnym na stronę wschodnią. Przeskoczyliśmy nieciekawą szczelinę, asekurując się na sztywno i rozpoczęliśmy strome zejście. Skóra nam cierpła, gdy co chwilę słyszeliśmy sypiące się lawinki, obawialiśmy się zawalenia ogromnych seraków, pod którymi mieliśmy wkrótce przechodzić. Po osiągnięciu płaszczyzny lodowca, przebiegliśmy pod serakami zwieszającymi się ze wschodniej wystawy Alphubla, by w spokojniejszym już tempie dotrzeć do Alphubeljoch. Dalsza droga odbyła się już bez żadnych problemów. Do namiotu dotarliśmy około szesnastej, czyli w rekordowo długim czasie – ale mogło być gorzej, w sumie była to pierwsza góra powyżej 4000m tego sezonu. Kolejny wieczór i kolejny dzień miał służyć odpoczynkowi, ale nasze obozowisko zaatakował tabun szwajcarskich, dwubarwnych kóz. Hałas, brzęczenie dzwonków, pobekiwanie towarzyszyło nam całą noc. Trawę pokryły nowe pokłady kozich bobków. Rano dodatkowo okazało się, że nasze zapasy żywności są równe zero (jedliśmy widać dwa razy więcej, niż zwykle), zatem podzieliliśmy ostatnią kanapkę na pół, zwinęliśmy obóz i wystartowaliśmy w dół do Kangura, by ruszyć na kemping w Randzie.  Góra okazała się łaskawa, wejście na nią sprawiło nam dużą przyjemność, choć czas przewodnikowy wydłużyliśmy „prawie” dwukrotnie. Zdobyliśmy ją w sumie bez większych problemów, niejako „z drogi”, pozwoliła nam zdobyć aklimatyzację, co zaprocentowało kilka dni później podczas zdobywania Dufourspitze i próby wejścia na Mont Blanc du Tacul.

Dzień 1
Tasch- Taschalp- Taschhutte- biwak

Dzień 2
Biwak- Alphubeljoch- Alphubel- normal – biwak

Zobacz również:

Panorama Alpy okolice Alphubel 4206

Panorama Alpy – Alphubel, widok z okolic Täschhütte

Czterotysięczniki alpejskie- info

Alphubel
2 Comments :, , more...

Mont Blanc, 2006

by igi on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2006.06.05 – 2006.06.11.

Zobacz również:

Mont Blanc 2007 – relacja

Mont Blanc 2008 – relacja

Czterotysięczniki alpejskie – info

6 Comments :, , more...

Mont Blanc, 2008

by Mooliczek on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2008.07.18-27

Wyjechaliśmy z Katowic 18 lipca ok 21:00. Praktycznie od razu zaczęły się problemy, bo Kangur igiego zaczął się buntować. Ale przymusiliśmy autko do jazdy i pojechaliśmy w stronę Niemiec, przez Szwajcarię, aż do Francji.

Droga raczej w stresie, czy dojedziemy. Najpoważniejsze problemy pojawiły się na przejechaniu przez szwajcarsko-francuską granicę, gdzie auto się zbuntowało i powiedziało, że na takim nachyleniu to ono nie pojedzie. Koniec końców – do Chamonix Mont Blanc dojechaliśmy nie po 14, a po 22 godzinach jazdy, wymęczeni. Po drodze mijaliśmy Jezioro Genewskie, a w okolicy pojawiły się chmury na kształt soczewkowych, które zwiastują zwykle kłopoty w wyższych partiach gór.

Soboty nie zostało za wiele, rozbiliśmy więc namiot na campingu Les Molliasses (polecam!). Wycieczkę rozpoczęliśmy w niedzielę rano. Po przepakowaniu sprzętu, z pobliskiej miejscowości Les Houches wjechaliśmy kolejką (gondolą) zwaną Telepherique de Bellevue do stacji końcowej, skąd nastąpiła przesiadka na Tramway du Mont Blanc (TMB), który pozwalając podziwiać piękne widoki, zawiózł nas na wysokość ok. 2300 mnpm. Stamtąd wyruszyliśmy pieszo w kierunku naszego pierwszego celu, okolic schroniska Tete Rousse (Refuge de Tete Rousse). Przy wejściu na trasę zaskoczył nas przedstawiciel tamtejszego „tepeenu” sugerujący, że nie możemy nocować w namiocie i że trzeba mieć rezerwację w schronisku. Prawda jest, że biwakowanie jest nielegalne na długości całej drogi, jednakże pod Tete Rousse można rozbić namiot.

Po drodze mijaliśmy odrestaurowane (szumnie nazwane) ruiny Baraque Forestiere, gdzie niektórzy nocują (w celach aklimatyzacyjnych jest to jednak bezcelowe – za nisko).

Droga pod Tete Rousse ma dość tatrzański charakter, prowadzi kamiennym podejściem przez 98% jej części, a dopiero pod sam koniec pojawia się granica śniegu.

Podczas wędrówki, w międzyczasie nad naszymi głowami zaczęły gromadzić się ciężkie, burzowe chmury, nie zwiastujące nic dobrego.

Po dotarciu pod Tete Rousse (3187 mnpm), nieopodal schroniska rozbiliśmy namiot, mocując go czym popadnie (rozmontowane kijki trekkingowe, czekany) i okopując go śniegiem przy użyciu pożyczonej łopaty. Widoczność „w górę” była kiepska, więc strzeliliśmy kilka fotek poniższych lodowców.

Wieczorem zaliczyliśmy burzę, która ustała dopiero w środku nocy. Wtedy postanowiłam wyjrzeć z namiotu celem „rozpoznania” – to, co zobaczyłam, wepchnęło mnie dosłownie do namiotu z krótkim „O k***a!” na ustach. Tak oto Mulik po raz pierwszy znalazła się w środku Alp, w bezchmurną, gwieździstą noc, przy pełni księżyca, z krzyczącą nad nią wielką górą (której przez chmury wcześniej widać nie było).

Ok. 5:00 wyruszyliśmy w kierunku tejże góry, którą okazała się Aiguille du Gouter. Celem było schronisko stojące tuż pod jej szczytem, a raczej pole namiotowe znajdujące się powyżej, na grani. Po drodze mijaliśmy osławiony niechlubnie Le Grand Couloir (Wielki Kuluar), zwany potocznie „Rolling Stones” z uwagi na lecące z góry kamienie.

Na szczycie Aiguille du Gouter (3863 mnpm) byliśmy ok. godz. 10:00, po posileniu się i wypiciu 3 litrów herbaty w schronisku poniżej (1 litr = 5 EUR). Namiot rozbiliśmy na polu namiotowym „na dziko”, na którym przeważał język polski i rosyjski. Ten dzień (poniedziałek) przeznaczyliśmy na aklimatyzację.

Kiedy rozum nakazywał położenie się spać, jak reszta obozowiska (z uwagi na plan wyruszenia ok. 3:00 w kierunku szczytu), nie mogłam się powstrzymać, żeby nie sfotografować zachodu słońca.

Noc była ciężka. Zerwał się silny wiatr, który niemiłosiernie zaczął miotać naszym nieprzystosowanym do takich warunków namiotkiem. Ok. godz. 2:30 wyjrzeliśmy na zewnątrz – kłębiaste, szybko przemykające nad Dome du Gouter chmury, majaczący księżyc w pełni i migające światła czołówek tych, którzy zdecydowali się jednak wyruszyć – to był niezapomniany widok. Ale nie my – w naszym małym obozie decyzja zapadła: czekamy do świtu, może puści. Ok. 5:30 we wtorek wyszliśmy z namiotu, spakowaliśmy do plecaków tylko śpiwory, wodę i gaz, położyliśmy namiot z resztą ekwipunku w środku, przysypawszy go bryłami zmrożonego śniegu (żeby nie odleciał) i wyruszyliśmy w kierunku Dome du Gouter. Wiatr jak wiał, tak wiał. Niemiłosiernie. Pierwszy raz doświadczyłam czegoś podobnego.

Po drodze mijaliśmy ekipy powracające. Część z tarczą, część na tarczy. Szło się coraz wolniej, coraz krótsze kroki i walka z wiatrem. Wysokość zaczynała być odczuwalna. Nie było szans na robienie zdjęć.

Ok. godz. 10:00 dotarliśmy do schronu Vallot (4362 mnpm), ostatniego możliwego do „przekoczowania” zadaszonego miejsca przed szczytem.

A w środku zastaliśmy skulonych pod śpiworami ludzi, w pełnym ekwipunku, przemarzniętych i trzęsących się z zimna. Wyjęliśmy nasze śpiwory, gaz i wodę którą zagotowaliśmy i wypiliśmy łapczywie. Odwodnienie było potężne, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak duże.

Wszyscy czekali na poprawę pogody. Przez okno porażające słońce, na zewnątrz – przewracający wiatr i mróz. Urok gór, które można już nazwać wysokimi.

Większość osób to byli Polacy, znalazło się też kilku Francuzów i Włochów. Nie mieliśmy pewności, czy da się jeszcze dzisiaj wyjść na szczyt. Czy trzeba będzie zawrócić? Ulokowaliśmy się w śpiworach i usiłowaliśmy się przespać. igi chyba z sukcesem (jeżeli spanie w takim miejscu jest w ogóle możliwe), ja siedziałam przytomna i z każdą minutą robiło się coraz zimniej, głównie na skutek wszechobecnej wilgoci. W pewnym momencie do schronu weszła grupa francuskich przewodników z prowadzoną grupą. Podszedł do mnie człowiek dużej postury, spojrzał błędnymi oczyma. Zapytałam: „Ça va???” A on po prostu runął koło mnie, jakby stracił przytomność. Wędrówka na szczyt go tak wyczerpała, że padł jak nieżywy i zasnął.

Usiłowałam wyciągnąć jakiekolwiek informacje od przewodników nt. warunków. Francuzi jednak potwierdzili to, co o nich myślę. Z uśmiechem na ustach odparli, że udało im się zrobić zdjęcia i że wieje. Ech. Igi zasemesował do jck z prośbą o prognozę. Coś wszakże trzeba było zrobić. Sms zwrotny nas utwierdził w decyzji: idziemy. Bo potem mogło być tylko gorzej…„Nie ma co tu gnić” stwierdził igi. O 12:30 wyruszyliśmy w kierunku szczytu, biorąc ze sobą jedynie czekany. Aby zredukować powierzchnię boczną igi zadecydował, że zostawiamy plecaki i idziemy całkowicie „na lekko”.

Wiatr na grani okazał się ciut słabszy, niż na Col du Dome, przełęczy tuż pod Vallotem. Był nadal silny, ale stabilny, bez gwałtownych podmuchów. Pozwoliło to nam zachować równowagę i stabilność marszu. Grań okazała się szersza, niż się spodziewałam. Miejscami trawersowała stronę włoską szczytu, gdzie wiatr zdawał się w ogóle nie istnieć. Po drodze minęła nas jedna dwójka, Polak i związany z nim liną mieszkaniec RPA. Byli szybsi i lepiej zaaklimatyzowani od nas.

Końcówka podejścia to była już walka z odwodnieniem, wiatrem i wysokością. Odliczałam kroki, do 20-stu, i przerwa. Powoli, ale konsekwentnie. Igi mnie wyprzedził, był w lepszej formie.

Ok. godz. 14stej, 22 lipca 2008 stanęliśmy na szczycie Mont Blanc.

Pogoda spowodowała, że byliśmy na szczycie sami. To było fantastyczne.

Zejście poszło szybko. Nasz powrót do Vallota z udanym wejściem zachęcił niektórych do wyjścia i podjęcia próby.

Planem było zejśc do Chamonix jeszcze tego samego dnia. Plan jednak okazał się niewykonalny. Postanowiliśmy wrócić do namiotu i zostać jeszcze jedną noc na Aiguille du Gouter.

Dzień później, we środę wczesnym porankiem rozpoczęliśmy zejście w stronę Tete Rousse. Zejście przez żebro Aiguille du Gouter przysporzyło nam sporo wrażeń. Igi docenił umiejętności wspinaczy, którzy potrafią złapać się ściany na jednym palcu ;) po drodze lecące kamienie wielkości od cegły do walizki… i w końcu przejście przez Rolling Stones. A potem spod Tete Rousse wyścig z czasem i potwornym bólem stóp ( w moim przypadku, gdyż buty okazały się na miarę, czyli…za małe! ) w stronę Tramway du Mont Blanc. Do stacji kolejki doszłam w stanie agonalnym, pod czujnym okiem igiego, drepczącego uważnie kilkanaście metrów przede mną.

Czwartek i piątek pozostawiliśmy dla Chamonix i regeneracji. Do Polski wróciliśmy w niedzielę, 27 lipca.

Zobacz również:

Mont Blanc 2006- relacja

Mont Blanc 2007- relacja

Czterotysięczniki alpejskie- info

Komentarze są wyłączone :, , more...

Mont Blanc, 2007

by igi on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy

Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2007.08.25 – 2007.09.01

Wyjazd z jednej strony nieudany, z drugiej zaś cenne źródło doświadczeń na przyszłość. Zlepek pechowych sytuacji i co tu dużo mówić, braku doświadczenia.

W skrócie – ruszamy z Polski niskobudżetowo: bagażnik cuchnie ropą z Polski w butelkach 5l po wodzie, bez winiety na Szwajcarię, z silnym postanowieniem unikania autostrad we Francji. BŁĄD! Przez oszczędności wydłużamy czas dojazdu ponad dwukrotnie.

Postanawiamy nie wjeżdżać kolejkami… Kolejna porażka – w naszym przypadku, ze zbyt ciężkimi plecakami, tracimy zbyt dużo cennych sił… Dodatkowo na podejściu pod Tete Rousse spada w dół moreny mój plecak. Wypada i ginie cenna w tych warunkach puszka  z gazem i wygina się duralowy czekan. Pod samym schroniskiem Tete Rousse ktoś kradnie moje ciepłe ubrania, co owocuje niezbyt komfortowym noclegiem w temperaturze ujemnej. Nic to jednak. Wstajemy zbyt późno, grzebiemy się niemiłosiernie, dzięki czemu podchodzimy pod słynny Żleb „Rolling Stones” w momencie, gdy zaczynają nim przechodzić pierwsze schodzące ze szczytu ekipy.

Zobacz również:

Mont Blanc 2006 – relacja

Mont Blanc 2008 – relacja

Czterotysięczniki alpejskie – info


5 Comments :, , more...

Alpejskie czterotysięczniki – klasyfikacja wg UIAA (rozszerzona)*

by Mooliczek on wrz.06, 2010, under Informacje praktyczne

Lp. Szczyt Wysokość npm Masyw/rejon Położenie Relacja
1 Mont Blanc 4810 m Mont Blanc Włochy, Francja Gouter, PD (2008)
Gouter, PD (2007)
Gouter, PD (2006)
2 Mont Blanc de Courmayeur 4748 m Mont Blanc Włochy, Francja
3 Rochers de la Tourette 4741 m Mont Blanc Włochy, Francja
4 Dufourspitze 4663 m Monte Rosa Szwajcaria przez Sattle, PD+ (2009)
5 Dufourspize – Ostspitze 4634 m Monte Rosa Szwajcaria
6 Dufourspitze – Grenzgipfel 4618 m Monte Rosa Włochy, Szwajcaria
7 Nordend 4609 m Monte Rosa Włochy, Szwajcaria
8 Zumsteinspitze 4563 m Monte Rosa Włochy, Szwajcaria
9 Signalkuppe 4554 m Monte Rosa Włochy, Szwajcaria
10 Les Bosses 4547 m Mont Blanc Francja, Włochy
11 Dom de Mischabel 4545 m Alpy Pennińskie Szwajcaria Festigrat, PD+ (2010)
12 Lyskamm wschodni 4527 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
13 La Grande Bosse 4513 m Mont Blanc Francja, Włochy
14 Weisshorn 4505 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
15 Täschhorn 4490 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
16 Lyskamm zachodni 4479 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
17 Matterhorn 4477 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
18 Monte Cervino Vetta Italiana 4476 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
19 Dom (Grosser Gendarm) 4468 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
20 Mont Maudit 4465 m Mont Blanc Francja, Włochy
21 Picco Luigi Amedeo 4460 m Mont Blanc Włochy
22 Parrotspitze 4432 m Monte Rosa Włochy, Szwajcaria
23 Dent Blanche 4357 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
24 Aiguille de la Belle Etoile 4349 m Mont Blanc Włochy
25 Ludwigshöhe 4341 m Monte Rosa Włochy, Szwajcaria
26 Grand Gendarme (Weisshorn) 4331 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
27 Nadelhorn 4327 m Alpy Pennińskie Szwajcaria Windgrat, PD (2010)
28 Corno Nero 4322 m Monte Rosa Włochy
29 Grand Combin de Grafeneire 4313 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
30 Dôme du Goûter 4304 m Mont Blanc Francja, Włochy
31 Lenzspitze 4294 m Mont Blanc Szwajcaria
32 Pointe Mieulet 4287 m Mont Blanc Francja
33 Finsteraarhorn 4274 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
34 Liskamm Il Naso 4272 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
35 Pointe Bayeux 4258 m Mont Blanc Francja
36 Mont Blanc du Tacul 4248 m Mont Blanc Francja normal północną ścianą, PD (2009)
37 Mont Blanc du Tacul (wschodni) 4247 m Mont Blanc Francja
38 Grand Pilier d’Angle 4243 m Mont Blanc Włochy
39 Aiguille du Croissant 4243 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
40 Stecknadelhorn 4241 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
41 Pic Tyndall 4241 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
42 Castor (Punta Castore) 4223 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
43 Zinalrothorn 4221 m Monte Rosa Szwajcaria
44 Hohberghorn 4219 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
45 Piramide Vincent 4215 m Monte Rosa Włochy
46 Pointe Walker 4208 m Mont Blanc Francja, Włochy
47 Alphubel 4206 m Alpy Pennińskie Szwajcaria SE ridge, PD
48 Rimpfischhorn 4198 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
49 Aletschhorn 4195 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
50 Strahlhorn 4190 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
51 Picco Muzio 4187 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
52 Grand Combin de Valsorey 4184 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
53 Pointe Whymper 4184 m Mont Blanc Francja, Włochy
54 Entdeckungsfels (Roccia della Scoperta) 4178 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
55 Dent d’Hérens 4171 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
56 Balmenhorn 4167 m Alpy Pennińskie Włochy
57 Alphubel Südgipfel 4166 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
58 Breithorn zachodni 4165 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
59 Breithorn centralny 4159 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
60 Jungfrau 4158 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
61 Bishorn 4153 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
62 Dent d’Hérens Gendarme Crochu 4148 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
63 Dent d’Hérens la Corne 4148 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
64 Grand Combin de la Tsessette 4141 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
65 Breithorn wshcodni 4139 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
66 Pointe Burnaby (Bishorn) 4135 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
67 Alphubel północno-wschodni 4128 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
68 Aiguille Verte 4122 m Mont Blanc Francja
69 Alphubel północny 4116 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
70 Aiguille du Diable 4114 m Mont Blanc Francja
71 Aiguille Blanche de Peuterey 4112 m Mont Blanc Włochy
72 Pointe Croz 4110 m Mont Blanc Francja, Włochy
73 Pointe Carmen 4109 m Mont Blanc Francja
74 Rimpfischhorn (Grosser Gendarm) 4108 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
75 Mönch 4107 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
76 Aiguille Blanche de Peuterey południowo-zachodni 4107 m Mont Blanc Włochy
77 Pointe de l’Androsace 4107 m Mont Blanc Francja, Włochy
78 Breithornzwillinge 4106 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
79 Aiguille Blanche de Peuterey północno-zachodni 4104 m Mont Blanc Włochy
80 Grande Rocheuse 4102 m Mont Blanc Francja
81 Barre des Écrins 4101 m Alpy Delfinatu Francja
82 Pointe Médiane 4097 m Mont Blanc Francja
83 Dent Blanche (Grand Gendarme) 4097 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
84 Felikhorn 4093 m Alpy Pennińskie Włochy
85 Pollux 4092 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
86 Lenzspitze Grosser Gendarm 4091 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
87 Wengen Jungfrau 4089 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
88 Combin de la Tsessette gendarme południowo-wschodni 4088 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
89 Pic Lory 4086 m Alpy Delfinatu Francja
90 Schreckhorn 4078 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
91 Roccia Nera 4075 m Alpy Pennińskie Szwajcaria, Włochy
92 Pointe Chaubert 4074 m Mont Blanc Francja
93 Mont Brouillard 4069 m Mont Blanc Włochy
94 Pilier du Diable 4067 m Mont Blanc Francja
95 Pointe Marguerite 4065 m Mont Blanc Francja, Włochy
96 Corne du Diable 4064 m Mont Blanc Francja
97 Punta Giordani 4064 m Alpy Pennińskie Włochy
98 Terzo pilastro del Col Maudit 4064 m Alpy Pennińskie Francja
99 Ober Gabelhorn 4062 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
100 Gran Paradiso 4061 m Alpy Graickie Włochy
101 Pointe Bravais 4057 m Mont Blanc Francja
102 Aiguille de Bionnassay 4052 m Mont Blanc Francja, Włochy
103 Piz Bernina 4049 m Alpy Retyckie Szwajcaria
104 Gross Fiescherhorn 4048 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
105 Pointe Hélène 4045 m Mont Blanc Francja, Włochy
106 Gross Grünhorn 4043 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
107 Lauteraarhorn 4042 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
108 Pic Eccles 4041 m Mont Blanc Włochy
109 Dent d’Hérens, L’Epaule 4040 m Alpy Pennińskie Włochy, Szwajcaria
110 Aiguille du Jardin 4035 m Mont Blanc Francja
111 Dürrenhorn 4035 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
112 Gendarme del Col Maudit 4032 m Mont Blanc Francja
113 Allalinhorn 4027 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
114 Il Roc 4026 m Alpy Graickie Włochy
115 Pointe Eveline 4026 m Mont Blanc Francja
116 Hinter Fiescherhorn 4025 m Alpy Berneńskie Szwajcaria
117 Weissmies 4023 m Alpy Pennińskie Szwajcaria Trift, PD (2010)
118 Pointe Croux 4023 m Mont Blanc Francja
119 La Spedla / Punta Perrucchetti 4020 m Alpy Retyckie Włochy, Szwajcaria
120 L’Epaule 4017 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
121 Dôme de Rochefort 4015 m Mont Blanc Francja, Włochy
122 Dôme de Neige des Écrins 4015 m Alpy Delfinatu Francja
123 Dent du Géant 4013 m Mont Blanc Francja, Włochy
124 Punta Baretti 4013 m Mont Blanc Włochy
125 Lagginhorn 4010 m Alpy Pennińskie Szwajcaria
126 Piton des Italiens 4003 m Mont Blanc Francja, Włochy
127 Aiguille de Rochefort 4001 m Mont Blanc Francja, Włochy
128 Les Droites 4000 m Mont Blanc Francja

* źródło: Wikipedia i Richard Goedke, „Czterotysięczniki alpejskie”, 2006

9 Comments :, , more...



Szukasz czegoś konkretnego?