Nasze wyjazdy
Rysy – zachodnią ścianą, 2009
by Mooliczek on gru.30, 2009, under Nasze wyjazdy
Rysy (Rysy), 2503 m, Tatry Wysokie
Droga: prawą częścią zachodniej ściany, AD-
Data: 2009.12.28
Temat mojego ponownego pojawienia się na Rysach oddalał się milowymi krokami. Czułam, że dwoma ostatnimi szczytami z Wielkiej Korony Tatr, na których postawię stopę (a może i dwie), będzie Sławkowski Szczyt i właśnie – Rysy. Tak to jest, kiedy nie chce się ruszyć tyłka, żeby przejść te parę naście metrów, z polskiego wierzchołka na słowacki. Potem ma się zaległości. Sierota…
Jednak moi towarzysze sprezentowali mi ładny pomysł całkiem oryginalnego wejścia na ten nadpopularny tatrzański wierzchołek. I tak, postanowiliśmy wejść na Rysy zachodnią ścianą, o której mało kto mówi. To miał być taki fajny, mocny akcent na koniec roku. I był.
Pobudka o 2.00, wyjście o 3.00, z parkingu w Popradzkim Plesie. Po 5 minutach marszu asfaltem „wycinam orła” na lodzie, który przepięknie pokrywał całą powierzchnię drogi. Chwilę później jeden z kolegów idzie w moje ślady. Myślę sobie: „Faaajnie, ciekawe, kiedy będzie wycof…?”. Ale idziemy dalej, twardziele, bez raków… co, my nie damy rady? My ??!
Wszędzie była ślizgawka, totalne szkło. Ciekawa byłam, co zastaniemy na górze… I jak się potem okazało, warunki wcale nas nie rozpieściły.
Po 3 godzinach, tuż przed 6.00 pojawiamy się na Tarasie w Rysach. Było jeszcze dość ciemno, na dodatek widoczność bardzo marna z uwagi na chmury, toteż nadszedł czas na chwilę zastanowienia z klasycznym „hmm… który to żleb?”. Po zidentyfikowaniu naszego przyjaciela, wycenionego w skali skialpinistycznej na IV, S5-, przygotowujemy się do wejścia. tym razem, jest nas pięcioro. Wiążemy się w tramwaj z dwiema linami 2 x 30 metrów. Jacek prowadzi, ja na szarym końcu. Idziemy na lotnej.
Początek żlebu był całkiem ciekawy. Wchodzi się w niego dość stromo podchodzącym zachodem. Tuż nad jego najbardziej stromym odcinkiem Jacek bije haka, a kilkadziesiąt metrów wyżej kolejny przelot, tym razem ze śruby lodowej. Warunki szybko robią się beznadziejne. Lód, lód i jeszcze raz lód, z nawianym, przepadającym śniegiem, który kupy się nie trzymał, i którego naprawdę było niewiele. Nijak nie można było postawić stabilnie nogi. Im wyżej, tym śniegu było coraz mniej, a w górnej partii żlebu, przytulaliśmy się do lodowych nacieków. Taki beton, który nie daje się lubić. Postawienie na tym stopy bokiem było dość ryzykownym manewrem (o czym sama przekonałam się dwukrotnie tego dnia), toteż większość drogi robiliśmy w zasadzie na przednich zębach raków. Łydki chciały odpaść. W pewnym momencie miałam ochotę zostawić to wszystko w cholerę i wrócić na herbatę.. Tylko jakoś tak dziwnie, nie bardzo się dało…
Czułam, że droga mi się dłuży. Miałam wrażenie, że była dłuższa, niż podejście Karczmarzem, co oczywiście było tylko złudzeniem. Wreszcie, ok. godziny 9.30 pojawiamy się na słowackim wierzchołku Rysów. Widoczność niemalże zerowa, ledwo możemy dostrzec wierzchołek polski. Wieje konkretnie, Jacek, który wszedł pierwszy i ściągał nas do siebie na sztywno, czekał i marzł już na stanie od jakiś 20 minut. Nie było zatem na co czekać – parę zdjęć i ruszamy w dół!
Powrót był mocno męczący. Schodziliśmy na Wagę, jednakże górna partia drogi (jakieś 60-80 metrów) pokrywała się z tym, co już zrobiliśmy na podejściu. I tym razem było to rzeźbienie totalne. Mozolnie, powoli, trawersem w dół, znowuż przodem do ściany, wykopując stopnie w lodzie. Nie było w tym nic, ani z mistyki gór, ani ze śmierdzących po górach butów – po prostu w tamtym momencie absolutne -50 punktów do przyjemności. W pewnym momencie poczułam, jak odmarzają mi dłonie – ból był tak przyszywający, że miałam ochotę krzyczeć. Rzuciłam kilka niewybrednych przekleństw, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej, za chłopakami, którzy sami napierając mocno, nie dali mi większego wyboru.
Wreszcie, docieramy do Wagi. Naszym oczom ukazuje się tuż poniżej przełęczy Chata pod Rysami, która – jak się okazało – była otwarta! A w niej czekało na nas upragnione ciepełko i pyszna herbata za 1 EUR. Dodatkowo, na wejściu przywitał nas chatar, który otworzył szeroko oczy ze zdziwienia dowiedziawszy się, którą drogą weszliśmy na Rysy. „Nikt tamtędy nie chodzi…”. A to akuratnie było miłym połechtaniem naszych ego. Szybko zapomnieliśmy o rzucanych po drodze inwektywach i z głupawymi uśmiechami wznieśliśmy toast z herbaty. Przyjemny górski koniec roku. A niespodziewany przystanek w Chacie był naprawdę fajnym akcentem tego dnia.
Około 13-stej ruszamy na dół. Widoczność nie poprawiła się ani o jotę, wiatr nadal dmucha, podrywając radośnie do góry tumany śniegu i ograniczając jeszcze bardziej to, co mogliśmy wokół siebie dostrzec. Idziemy szlakiem. Nie docieramy jednak do miejsca z łańcuchami, za to napotykamy swobodnie zwisające pseudo-poręcze (nylonowe, sizalowe, konopne… pełny wybór). Chętnie z nich korzystamy, szybko schodząc do Doliny Mięguszowieckiej. Reszta drogi upłynęła nam wesoło, aczkolwiek czujnie do samego końca – wszak „orzełka” nadal można było „wyciąć” dosłownie wszędzie.
Całkowicie usatysfakcjonowani odbytą wycieczką, przy samochodzie meldujemy się po 15-stej. Było jeszcze jasno – i to było najdziwniejsze uczucie…
Zobacz również:
Rysy – wejście Rysą, 2008 – relacja
Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)
Gerlach – Żlebem Karczmarza, 2009
by Mooliczek on gru.08, 2009, under Nasze wyjazdy
Gerlach (Gerlachovský štít), 2655 m, Tatry Wysokie
Droga: przez Żleb Karczmarza, AD
Data: 2009.12.05
Ta Góra, i ta droga, wyssała z nas wszystko. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni byłam tak zmęczona i pozbawiona dokumentnie całej energii. Nigdy wcześniej nie widziałam Jacka w takim stanie, jak podczas tego zejścia. Wcześniej też nie zdarzyło mi się słyszeć własnego krzyku w górach. To było doświadczenie górskie przez duże D.
Czytam opis drogi z WHP: Trudności zimowe odpowiadają alpejskiemu stopniowi AD. „Będzie ciekawie” – pomyślałam. O ile chłopaki narobili się w Alpach dróg o podobnych lub niewiele mniejszych trudnościach, o tyle my z Igim nigdy nawet nie powąchaliśmy tzw. Assez Difficile. Nasz max. to PD+, a i tak leciwe, bo mało. Jednak nasłuchaliśmy się tyle o tej drodze, że w połączeniu z ciągłymi zachętami w stylu „dacie radę”, z marzenia zmieniła się ona w nasz górski cel.
Piątek od rana to był jakiś mentalny koszmar, czas ciągnął się nieubłaganie. Miałam wrażenie, że siedziałam tego dnia w pracy dłużej, niż przez cały poprzedni tydzień razem wzięty. Wreszcie nastąpiła godzina zero – jedziemy!
Z Tatrzańskiej Polanki ruszamy o 2.00. Nie ma pełni, ale i tak jest jasno, jak w dzień, nie ma potrzeby używać czołówek. Pod Śląskim Domem pojawiamy się przed 4.00. Wieje i jest mało przyjemnie. Zachodnie zbocza Wielickich Granatów i Staroleśnej są całkowicie czarne, zapowiadają się nam nieciekawe warunki, jak na zimowe wspinanie. Pojawiają się obawy, czy w ogóle będziemy w stanie urobić cokolwiek, na dodatek zaś chmury znacząco obniżyły swój pułap.
Podchodzimy pod słynny „piargowy stożek”, przypominający raczej olbrzymią hałdę gruzu i złomów, i rozpoczynamy wejście Żlebem Karczmarza, najdłuższym tatrzańskim żlebem, jedynym tutaj o typowo alpejskim charakterze. Idziemy w dwa zespoły, każdy z pełnym sprzętem i liną 60 metrów. Warunki okazały się dobre, śnieg zmrożony na beton, choć nie było go zbyt wiele. Wreszcie, pojawiamy się pod trudnością techniczną numer 1: progiem, zajmującym całą szerokość żlebu i znajdującym się w ok. 1/3 jego wysokości. Zwykle, jak jest dużo śniegu, nie stanowi on większego technicznego problemu, gdyż widać tylko niewielką jego część. Jego pokonanie zajmuje wówczas średnio ½ godziny. No ale cóż. Jako, że u nas zawsze musi być inaczej, to naszym oczom ukazuje się niemalże w całości odsłonięty skalny mur. Wiemy, że powinniśmy go pokonać od lewej, tam jednak wita nas lodowa ścianka o nachyleniu ok. 70 stopni. Przystawiamy się zatem do niego od prawej strony. Męczymy się długo, bez sztywnej asekuracji ani rusz. Końcówka po zalodzonych skałach budzi szczególne emocje, Jacek forsuje dzielnie ten odcinek i ściąga resztę do siebie. Siarczysta „motyla noga” wyrywa się z moich ust po tej próbie. To był konkret. Po ok. 90 minutach kontynuujemy wspinaczkę.
Dalej robi się fantastycznie. Żleb Karczmarza jest na tyle długi, że jest się czym nacieszyć. O 9:45 meldujemy się na Lawiniastej Przełączce. Zdajemy sobie sprawę, że teraz dopiero rozpocznie się „zabawa”. Czytamy raz jeszcze opis z WHP i przypuszczając jedynie, gdzie może być wspomniane „wybitne żeberko” czy inne „siodełko w grani” idziemy szukać dalszej drogi.
Cała nasza czwórka liczyła na to, że ja wraz z Igim będziemy pamiętać tą drogę z naszej ubiegłorocznej wycieczki na Gerlach przez Wielicką Próbę. Nic bardziej mylnego. Oczywiście, droga wyglądała kompletnie inaczej. I oczywiście, wpędziłam nas w warianty z wrótkami i kominkami na czele. Nasz „spacer” zamienił się w niekończącą się historię. To był orientacyjny labirynt, serial brazylijski w odcinkach.
Wreszcie, po 4 godzinach meldujemy się na szczycie Gerlacha.
Widok był niesamowity. Cała Słowacja pod chmurami, efekt inwersji był powalający. Dookoła sporadycznie pojawiał się wierzchołek Kończystej, a za nami Durny z Łomnicą, na zmianę. I oczywiście widmo Brockenu. To uczucie i ten widok wart był każdego wysiłku.
Niestety, musimy szybko schodzić. Wieje niemiłosiernie, zimno jest tak przeszywające, że zaczynamy odczuwać je w każdej cząstce naszego ciała. Król Karpat nie chciał jednak łatwo się nam poddać, a przynajmniej – łatwo oddać. Miał nam jeszcze sprezentować ciekawe przeżycia na zejściu.
Zaczynamy od 120-metrowego zjazdu w dół Batyżowieckiego Żlebu, Jck zaś zostaje na górze, męcząc się z zamarzającym szpejem i decydując się na schodzenie na własnych nogach. Jedziemy. Ze zjazdem męczyłam się okrutnie. Lina była tak ciężka, mokra i miejscami zalodzona, że nie chciała w ogóle przechodzić przez przyrząd zjazdowy. A takie 120-metrów waży swoje. W połowie przepinam węzeł, jadę dalej, aż po czasie bliżej nieokreślonym pojawiam się na końcu liny. Wypinam się i schodzę na dół, tuż nad Batyżowiecką Próbę…
Po zjeździe, we trójkę, czekamy na Jck. Czekamy długo. Wreszcie, pojawia się… Wyglądał strasznie. Obwieszony zewsząd szpejem, z dwiema linami na plecach, sprawiał wrażenie galernika, który zaraz padnie na twarz i wyzionie ducha. A na dół jeszcze kawał drogi… Robi się mrocznie. Dosłownie i w przenośni.
Z Próby chcemy zjechać, bez kombinowania. Niestety. Zasada „chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle” miała i tym razem zastosowanie. Linowy koszmar. Preclą się, france, jedna z drugą tak, że nie możemy sobie z tym dać rady. W najgorszym odcinku, kiedy we trójkę jesteśmy przypięci do jednej klamry i czekamy na Jck, po zjeździe do nas okazuje się, że lina się zablokowała i trzeba cały odcinek przewspinać do góry… Siarczyste przekleństwa, przemieszane z nutką zrezygnowania padają z naszych ust. Wszyscy jesteśmy już tak zmęczeni, że nikt nawet ze sobą nie rozmawia. „Ja pójdę” – rzuca cicho Jck. Widzieliśmy wszyscy, w jakim jest stanie. Jacek jednak wykazał się niezłomnością, odwagą i żelazną psychiką. Zostaliśmy tak zawieszeni, na 1m², w ciemności, dygoczący z zimna, kiedy Jck podejmował swoją Próbę w celu odblokowania liny.
Nie pamiętam, jak długo go nie było. Wiem, że chłopaki w międzyczasie po obu moich stronach walczyli z linami, które przypominały kłębowisko żmij. Ja zaś zaczęłam odpływać. Było mi tak koszmarnie zimno, a bezruch potęgował tylko to uczucie. Mięśnie, broniąc się przed hipotermią dygotały bezwolnie na całym ciele. Zamknęłam oczy i zaczęłam wyobrażać sobie, że jest mi ciepło. Wreszcie mocno podniesione głosy chłopaków mnie budziły: „Mulik, otwieraj oczy! Masz być przytomna, rozumiesz?! To najtrudniejszy moment! Ma Ci być zimno, masz być wkurwiona, obudź się!” To było jak kubeł gorącej wody, który wyrwał mnie z otępienia.
Wkrótce potem pojawia się Jacek. Słyszę go nad naszymi głowami, z niewyraźnym: „Tutaj zjadę. Nie chcę schodzić tą Próbą do końca…”.Słowa te były tak ledwo słyszalne, pozbawione jakiejkolwiek siły i mocy, że sprawiały wrażenie jakby rozbrzmiewały tylko w mojej głowie. Wreszcie, zjeżdża do nas.
Po tym, czekał nas ostatni zjazd. Radek rozpoczyna, po pewnym czasie daje się słyszeć z dołu „Tu jest przewieszka”. Myślę sobie: „Jasna cholera, jeszcze przewieszka? Gdzie? Tutaj?! Nie pamiętam takowej, jak schodziliśmy tędy latem.”. Okazuje się jednak, że zamiast na lewo, jak biegnie droga, zjechaliśmy na prawo. Pojawiły się małe wrótka, z których zjazd wprost do małej jaskini widzi się niemalże – cytując Igiego – „jak zjazd do Tartaru”. Na szczęście, to koniec. Chowamy liny i dalej, na dno doliny postanawiamy już dotrzeć na własnych nogach.
Jak się okazuje, trzeba być czujnym do końca. W międzyczasie ujeżdża mi noga i wsiadam do Batyżowieckiego Expressu, szybko znajdując się na dnie Batyżowieckiej Doliny, w towarzystwie różnych wydawanych z siebie mimowolnie dźwięków. Na szczęście, skończyło się na paru guzach.
Zejście do Tatrzańskiej Polanki zajęło nam jeszcze ponad 3 godziny. Na parkingu meldujemy się przed 23.00… Po przeszło 20 godzinach akcji górskiej.
To pierwsze tak alpejskie doświadczenie w Tatrach. Na długo zapadnie w mej pamięci.
Zobacz także:
Gerlach przez Wielicką Próbę – relacja
Wysoka, 2009
by Mooliczek on lis.23, 2009, under Nasze wyjazdy
Wysoka (Vysoká), 2560 m, Tatry Wysokie
Droga: przez Pazdury i Ławicę, 0+
Data: 2009.11.21
Zaczęło się tak:
jck: … a w ten weekend co robicie? Bo warunki chyba niebardzo…
Mooliczek: No właśnie. Ale myślimy o jakimś lekkim trekku, total lajt.
jck: To może Rysy-Wysoka od SK?
Mooliczek: Brzmi sensownie. – myślę sobie, to 0+, szybka trasa, luz.
A w efekcie było tak:
16 godzin pełnej akcji górskiej bez przerwy, bez jedzenia, bez picia, ze zlizywaniem topiącego się śniegu z porostów, piciem z potoku, pływaniem w rzece i zgubieniem się w dolinie.
O 4:30 wyruszamy z Popradskiego Plesa w kierunku Chaty pod Rysami. Rysy na wstępie odpuszczamy, „chyba, że starczy czasu”… Pod Wagą jesteśmy przed 8.00. Ja o dwóch batonach, nie mam ochoty na jedzenie w ogóle. Patrzymy na „górny zachód w prawo”, trawersujący Ciężki Szczyt, czyli drogę przez Pazdury. Wygląda fajnie. Rozglądam się dookoła. Najwyższy szczyt Polski wygląda całkiem imponująco… Z tej perspektywy wybitność normalnie 10 metrów. Dalej, na widok Galerii Gankowej uginają mi się kolana, Gerlach wkomponował się pięknie pomiędzy Ganek i Ciężki. Pogoda dopisuje, wygląda na to, że przynajmniej po tej stronie będziemy mieć beton. Czas napierać.
Jck prowadzi, ale jakoś średnio miał na to ochotę. Do czasu, aż wchodzimy w trawers: zaiste, beton, 45 stopni, momenty na przednie zęby raków, cudo. Micha mu się cieszy, mnie też, Igi na początku z pewną taką nieśmiałością podchodzi do jednego miejsca, ale dzielnie wychodzi z opresji. Wreszcie dochodzimy do kominka pod Przełęczą pod Kogutkiem. Wiążemy się, 2x 30 metrów, ja w środku. Słyszę od Jacy: „Nnnno, to lubię!” I napiera. Trzymam go na sztywno, w końcu słyszę sygnał, że ok, więc ruszam za nim. Jest fantastycznie. W kominku kilka czujnych momentów, sypko, ale dajemy radę. Wreszcie docieramy na Przełęcz.
Po drugiej stronie – lampa. Zaczynamy długi trawers w kierunku Ławicy. Tym razem na lotnej, od wysepki skalnej do wysepki, zaczyna być grząsko. I tak cholernie gorąco… Grzebiemy się, idzie wolno, ale cały czas do przodu.
Mijamy Ławicę, dochodzimy do czujnego miejsca tuż przy żlebie opadającym z przełęczy pomiędzy wierzchołkami Wysokiej wprost do Doliny Złomisk. Zakładamy poręcz z jednej liny, bo miejsce wygląda na średnio przyjazne: przysypane płyty, a wszystko się już sypie, a mieliśmy zamiar wracać tą samą drogą.
W ogóle, fajnych zamiarów wtedy było kilka. Zostawić plecaki na przełęczy i wejść na oba wierzchołki. Przed wejściem może się rozebrać ciut, bo kurde ileż można w takim upale z tyloma warstwami na sobie?? Może zjeść coś na szczycie, bo już popołudnie i żołądki mamy wielkości piłki do tenisa, przyrośnięte do kręgosłupa…
No ale, jak się zamierzyli, tak nie zrobili.
Z plecakami, opatuleni po zęby, napieramy żlebem, wykorzystując na przeloty jakąś starą pętlę, odkopaną klamrę i podszczytowy hak. Wreszcie włazimy na wierzchołek północno-zachodni.
Po ponad 9 godzinach od wyjścia z samochodu…. taki lekki trek…
Widoki piękne. Kilka zdjęć, kilka łyków resztek wody, nadal zero żarcia, czasu nie ma, spadamy.
Już wiemy, że powrót przez Wagę trwałby chyba do następnego dnia. Decydujemy się zatem schodzić żlebem, bezpośrednio do Doliny Złomisk. Fatal error…
Wracamy jeszcze po poręcz. Zostało tam parę fajnych friendów, które dopiero co dostałam na urodziny, toteż wywierałam mocną presję, żeby po nie wrócić (hehe). Odwiązuję Igora, bo fuczy na mnie, że napieram na mocno w dół. Ruszamy w kierunku poręczy, biorę Jacka na sztywno, Ten podejmuje wyzwanie i ryzyko – co tu dużo mówić – i idzie demontować to skomplikowane coś, co założył wcześniej.
Słońce chyli się już ku zachodowi, zaczynamy epopeję zejścia bezpośrednio nad Popradskie Pleso.
To była istna masakra. Złomy na wpół zasypane śniegiem, gdzie wpadanie co chwila, to jedną, to drugą nogą po samą pachwinę do dziury było w standardzie. W sumie zaskakujące, że mam jeszcze całe nogi, przy moim pechu…
Jacek mocno nas wyprzedził, ot, dobrze się czuje na zejściach. Ja nigdy. Wraz z Igim, jak dwóch paralityków, zaczynamy kuśtykać. Zapada zmrok, gubimy ścieżkę, gubimy Jacę, w ogóle jest fajnie. Igi zaczyna już szukać miejsca na spanie. Dzwonię do kolegi, mówię mu, gdzie jestem i pytam, gdzie iść, bo nie chcemy wylądować nad wodospadem, a tej doliny nie znam dobrze. W końcu odnajdujemy ścieżkę…
Głodni i wypompowani, meldujemy się ok 19:00 pod schroniskiem. Tam się dowiadujemy, że Jck uczestniczył jeszcze w małej „akcji ratunkowej”, samemu przy okazji gubiąc się i wpadając do rzeczki, opodal krzaczka.
Nasz lekki, wysokogórski trekking kończy się o 20.00, gdzie zalegamy w aucie, mocno zmęczeni, ale uradowani, w najcudowniejszym smrodku z możliwych…
Zobacz także:
Łomnica – granią z Durnego Szczytu 2009
by Mooliczek on sie.05, 2009, under Nasze wyjazdy
Łomnica (Lomnicky stit), 2634, Tatry Wysokie
Droga: Trawers grani Durny Szczyt – Łomnica, II/II+
Data: 2009.07.31
Łomnica to jedna z tych gór, na którą jak patrzysz, to czujesz całą paletę emocji. Jej widok hipnotyzuje, zaś myśl o Jej zdobyciu elektryzuje, a czasem i paraliżuje. Ma Ona w sobie coś takiego, co nie pozwala przestać o Niej myśleć, a jednocześnie człowiek ma wrażenie, że jest na tyle maluczki, że nie powinien nawet wyciągać ku Niej swych chciwych i żądnych dotknięcia Jej skały palców. Prawdziwa Królowa. Piękna, potężna, wzbudzająca pożądanie, ale też sroga i majestatyczna.
Była tatrzańskim marzeniem każdego z nas.
Pomysł wejścia od strony północnej zrodził się zapewne w głowie Jck już jakiś czas temu, ale wypowiedziany na głos został całkiem niedawno. Myśl o zdobyciu tej wspaniałej Góry granią z Durnego Szczytu wydała się opcją tak interesującą, że zdecydowaliśmy się na to bez wahania.
Schodząc dzień wcześniej z Lodowego Szczytu patrzyliśmy z Jck na nasz kolejny cel. Musieliśmy zejść na sam dół, do Starego Smokowca po to, aby pojechać do Zakopanego po Igiego i wrócić z nim w to samo miejsce. Sama myśl o ponownym pokonywaniu szlaku do schroniska Tery’ego napawała nas wręcz obrzydzeniem, ale mawiają, że jak wszyscy to wszyscy, babcia też…. Bez Igiego na Łomnicę nie idziemy. Przynajmniej zrobimy trzy wspaniałe tatrzańskie szczyty od samego dołu. Honorniej.
Kolejna noc spędzona na parkingu w Smokowcach. Jck urządził nam pobudkę o 2.00, pół godziny przed planowanym budzikiem. Argument o niepomyślnych prognozach na popołudnie oraz o długości drogi przekonał nas do wcześniejszego wstania. Byliśmy przekonani, że po Lodowym z dnia poprzedniego będziemy się wlec do Terinki jak muchy w smole. A tu niespodzianka: udało się wykręcić czas lepszy o 10 minut. Łomnica przyciąga, oj tak…
Dziwne, ale było nam zimno, jak diabli. Czy to ze zmęczenia, niewyspania, głodu? Ubraliśmy szmaty i skryliśmy się w Terince, z której szacowny Gospodarz wyrzucił nas bardzo szybko (ponoć hałasowaliśmy i odbieraliśmy drogo-cenny sen gości). Chcąc opuścić przeszywającą zimnem, wietrzną Dolinę, udaliśmy się w stronę Małej Durnej Przełęczy.
Droga nie jest aż tak ewidentna mimo, iż cel jednoznacznie maluje się na horyzoncie. Prowadzi ona złomistym, kruchym żlebem, który ciągnie się w nieskończoność. Na początku najtrudniejszy technicznie odcinek, przy którym trzeba chwilę pomyśleć (ok. 2-metrowy próg). Postanowiłam go przeżywcować, Jck za mną. Igi stwierdził, że forma na razie nie dopisuje, więc wyjęliśmy sznurek. Później jednak lina powędrowała z powrotem do plecaka, nie była potrzebna, aż do samej przełęczy.
Na Małej Durnej Przełęczy zastaliśmy Jck (który sporo nas wyprzedził) z miną raczej nie tryskającą optymizmem. „Idzie dupsko” stwierdził, patrząc na nadciągające z północnego zachodu chmury. Nie ma czasu, trzeba działać szybko, przed nami kawał grani. Wyjęliśmy szpej i linę i ruszyliśmy dalej.
Droga na Mały Durny Szczyt, a następnie na Durny Szczyt przebiegała spokojnie i przyjemnie. Jck prowadził. W międzyczasie wypogodziło się, co uczyniło wspinaczkę jeszcze atrakcyjniejszą. Odcinek MDS – DS nie stworzył w zasadzie żadnych większych, technicznych trudności. Na Durnym Szczycie pojawiliśmy się ok. 9:20, po niecałych 7 godzinach od wyruszenia ze Starego Smokovca. Nasza Królowa pozostawała cały czas w chmurach, „za woalką”, niekiedy pokazując nieśmiale lico, które tak pragnęliśmy ujrzeć. U naszych stóp rozpościerała się zaś nasza droga: urodziwa grań, z licznymi turniami i turniczkami, wąskimi przełączkami i kominkami. Jej widok lekko nas onieśmielił, ale cel działał jak silne pole magnetyczne. Szybko, po zrobieniu kilku nieudolnych, pamiątkowych zdjęć z samowyzwalacza i dumnym wpisaniu się do książki wejść, rozpoczęliśmy naszą graniową epopeję w kierunku Łomnicy.
Wygodna ścieżka bardzo szybko wyprowadziła nas w pierwsze trudności. Wiedzieliśmy, że przy zejściu z Durnego czekają nas dwa ok. 20-metrowe zjazdy. I tak też było. Pierwszy uskuteczniliśmy z ringa zjazdowego, zlokalizowanego przez Jck, z drugim jednak nie poszło już tak łatwo. Nie udało się znaleźć kolejnego stałego punktu asekuracyjnego, a brakło nam ok. 5 metrów aby zjechać we w miarę bezpieczne i wygodne miejsce (lina 60 metrów nie starczyła na całość). Zamontowaliśmy zatem przelot z taśmy 180 cm, która pewnie teraz radośnie tam powiewa (ku rozpaczy Igiego – był z nią emocjonalnie związany), i zjechaliśmy na dół.
Dalsza droga dostarczała nam wrażeń, ale byliśmy przekonani, że największe techniczne trudności zostawiliśmy za sobą, na zejściu z Durnego. W końcu to wycena II / II+ .Pogoda jednak powoli przestawała nam sprzyjać. Zrobiło się zimno i mało przyjemnie, a grań i otaczające ją szczyty spowiło kłębowisko chmur, co znacznie ograniczyło widoczność i utrudniło wyszukiwanie drogi na odcinkach dalszych, niż parę – paręnaście metrów. Przypuszczalnie to spowodowało, że w pewnym momencie, w okolicach Zębatej Turni, Jck odbił w prawo próbując ją obejść od strony Doliny Pięciu Stawów Spiskich, zamiast iść granią. Tym samym zaserwowaliśmy sobie dodatkowe, techniczne trudności w postaci całkiem emocjonującego kominka ( III ), który nie był w planie, a który okazał się najtrudniejszym momentem na całej drodze. Szarpaliśmy się z liną, która się kończyła na odcinku Jck – Igi, założona przez Jck kostka wypadła i tym sposobem jedynym punktem, który go trzymał był zlokalizowany od niego w poziomie o ok. 10-12 metrów hex. „Jak poleci, albo pierdzielnie o glebę na półce skalnej, albo poleci dalej i zrobi wahadło” – pomyślałam. Z kominka daje się słyszeć zdecydowane „Tylko mnie teraz nie ściągnijcie!”. Szamotanina i zamieszanie, najpierw komenda „Weźcie mnie na sztywno!”, potem „Lina, dajcie linę!” Koniec końców Jck dał radę sam i wylazł z tego nieciekawego miejsca, zanim cokolwiek zdążyliśmy sensownego zrobić.
Potem było już tylko łatwiej. Z prawej strony, z Doliny Pięciu Stawów Spiskich dołączyła do nas Droga Jordana. Pojawiły się również ubezpieczenia: klamry i łańcuchy (te pierwsze zdecydowanie przydatne, głownie do zakładania przelotów; te drugie nie były już konieczne wszędzie tam, gdzie je założono). Poślednią Turnię obeszliśmy z lewej strony po to, by zaraz zostać zmiażdżonymi widokiem, który wyłonił się zza jej ścian. Łomnica. Wyrosła przed nami, niczym potężny, czarny smok, piękna, taka doskonała w swych kształtach…. Staliśmy u jej podnóża, była w zasięgu ręki. To już „ostatnia prosta” i będziemy na szczycie.
Końcówka prowadzi przez pionowy Komin Franza (łańcuchy) i wychodzimy na grań szczytową. W mgle wyłania się budynek obserwatorium, barierki, a przy nich gapie, którzy patrzą na nas, jakbyśmy pojawili się tam z nikąd (wszak wyłoniliśmy się z chmur niemalże). Robią nam zdjęcia, jak jakimś cudakom. W końcu wchodzimy na taras. Jesteśmy na Łomnicy. Nareszcie!
Zalegliśmy na ławkach przed ekskluzywnym lunch barem, gdzie kelnerzy w muszkach i kamizelkach zbierali dookoła nas kufle po piwie i popielniczki. Dziwnie się czuliśmy, tacy łachmaniarze dzwoniący żelastwem, wyjmujący suchy chleb i żółty ser, siedzą przed wejściem do lokalu, gdzie przeciętny turysta musi zapłacić 20 EUR, aby się do niego dostać (cena biletu na kolejkę, tam i z powrotem). Przeżuwaliśmy w milczeniu, z głupawym, ale zadowolonym uśmiechem na twarzach. Królowa dopuściła nas do siebie. Co za dzień…
Zejście planowaliśmy drogą normalną, wiodącą przez ramię, aż do Łomnickiej Przełęczy. Jako, że mam problemy z kolanami postanowiłam, że w pierwszym możliwym miejscu wezmę „lanovkę” i sama zjadę na sam dół, do Tatrzańskiej Łomnicy, zabierając większość betów i podjadę do Starego Smokowca po auto. Chłopaki miały zaś zejść szlakiem. Jednak ku naszemu zaskoczeniu operator górnej stacji kolejki, zobaczywszy nas od razu zaproponował, że nas zwiezie przystanek niżej (bez żadnych kosztów), bo „widzi, że wracamy z gór”… To był jeden z najmilszych akcentów drogi powrotnej, poczuliśmy wszyscy niewypowiedzianą ulgę i wdzięczność.
Podróż nad Skalnate Pleso trwała ok. 15 minut, pozwoliło to nam odprężyć się, zmarznąć i przekonać do idei, że jedziemy kolejką na sam dół. Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy wrócić do domu. Było późno, a gdzie Gliwice, gdzie Katowice, a gdzie Kraków?? Trochę się kręciliśmy, szukając kasy biletowej, aż pewna starsza pani, pracownica restauracji wyszła do nas i zapytała po słowacku „czy aby nie potrzebujemy pomocy?”. Skorzystaliśmy chętnie, a pani skierowała nas do kasy. Musieliśmy faktycznie wyglądać nieciekawie, skoro wzbudzaliśmy w ludziach takie odruchy litości i bezinteresownej chęci pomocy. Zapłaciliśmy po 6,30 EUR za bilet i chwilę później pojawiliśmy się w Tatrzańskiej Łomnicy, po 15,5 h akcji górskiej. Kolejka do Starego Smokowca miała przyjechać dopiero za 1,5 h, chcąc więc oszczędzić cenny czas, którego nam brakowało, poszłam łapać stopa i w ciągu 10 minut pojawiłam się przy aucie.
Do domu wracaliśmy ze spełnionym tatrzańskim marzeniem w myślach, w nogach, ale przede wszystkim w sercu.
Zobacz także:
Mont Blanc du Tacul, 2009
by Mooliczek on paź.07, 2009, under Nasze wyjazdy
Mont Blanc du Tacul, 4248 m, Alpy, Masyw Mont Blanc
Droga: normal, północną ścianą, PD
Data: 2009.07.19-21
Jako jeden z punktów programu podczas tegorocznego wyjazdu w Alpy miał być po raz kolejny Mont Blanc. Tym razem mieliśmy pójść drogą od Aiguille du Midi, zwaną niekiedy „3M”. Miał to być nasz drugi, większy cel w tym roku, po Dufourspitze. Okazało się jednak, że Biała Góra nie zdzierżyła miana celu „drugorzędnego”… A ja w końcu miałam przekonać się, jak to jest, kiedy doświadczasz braku parcia, sił i motywacji.
Wygnani ze Szwajcarii przez marne prognozy pogody i warunki śniegowe, lądujemy we Francji, na Col du Midi. Zadziwiające, jak szybko można przetransportować się z ciepłego Chamonix na lodowiec. Jeszcze przed chwilą pałaszowaliśmy łapczywie bagietkę z serem pleśniowym na ławce przy dworcu kolejowym, by po chwili okopywać namiot na 3.500 metrów, w promieniach popołudniowego słońca. Kolejka na Aiguille du Midi działa jak gwiezdne wrota.
Patrzymy na Mont Blanc de Tacul – pierwszy szczyt, który mamy nazajutrz przetrawersować po drodze w kierunku Białej Góry. Jest mocno uszczeliniony i wyrasta tuż ponad nami, jest w zasadzie w zasięgu ręki i robi spore wrażenie. Dalej za nim piętrzy się Mont Maudit. O 50 metrowej, lodowej ściance zlokalizowanej na jego północno-wschodnim zboczu czytaliśmy nie raz i w zasadzie nie mogliśmy się doczekać, jak pod nią podejdziemy. W oddali zaś prezentuje się ładnie nasz cel główny.
Ścieżki nie widać. Opady z ostatnich dni kompletnie ją zmiotły. Spoglądamy na topo z poprzedniego roku, i uśmiechamy się pod nosem… Stanowi ono ciekawe porównanie typu „jak było, a jak nie jest” – okazało się w zasadzie bezużyteczne, od tamtego czasu wiele się zmieniło. Będziemy zatem bankowo iść za przewodnikami – taka zapadła decyzja.
Kładziemy się spać koło 18stej, bezlitosny budzik dzwoni o 1.00. Zrywamy się na równe nogi, topienie śniegu, herbata, śniadanie, uprzęże, wszystko już gotowe. Wyglądam przez lufty z namiotu – na zewnątrz ciemno. Żadnych czołówek, czy to na zboczu Tacul‘a, czy na grani z Cosmiques’a… nikt nie idzie. Kręcę się tak coraz bardziej nerwowo, parcie mam duże, mobilizacja 110%. Zerkam to tu, to tam, sprawdzam średnio co 2-3 minuty, ale na zewnątrz czarna pustka, nic się nie dzieje. W końcu, po 2 godzinach czekania odpuszczam i kładę się spać.
Nazajutrz piękna pogoda. Po krótkim rekonesansie w obozie na Col du Midi okazuje się, że nikt tej nocy nie wyszedł w kierunku Blanka. Nad ranem wyrusza jedna dwójkowa ekipa – zaczynamy śledzić ich losy. Szybko się orientujemy, że zaczynają błądzić, zamiast obejść seraki i szczeliny aby wyjść na ramię Tacul‘a klasycznie od północnego zachodu, idą na wprost. Tym samym czeka ich podejście min. 45-50 stopni. Koniec końców, dają jednak radę i wchodzą na szczyt. Za nimi poszło w ciągu dnia parę innych osób, ale zawróciły. Wszyscy natomiast, jak jeden mąż, poszli po błędnie założonych śladach, które wyprowadziły ich w efekcie w większe niż przewidywane trudności.
I tak cały dzień upłynął nam na nicnierobieniu i monitorowaniu tego, co się dzieje na Tacul. W międzyczasie dostaliśmy od Jck informację, że za dwa dni pojawią się naprawdę solidne wiatry i mogą nam zamknąć kolejkę. Poza tym, pogoda może ulec zdecydowanemu pogorszeniu. Czasu mamy zatem mało, a to kiepska perspektywa w obliczu zdobywania Mont Blanc dość zajmującą i czasochłonną drogą, za jaką uważana jest 3M.
Pod koniec dnia podejmujemy zatem decyzję, że Blanka w tym roku odpuszczamy. Nic na siłę. To nie góra na „uzupełnienie” programu, trzeba jej poświęcić jednak ciut więcej czasu i uwagi.
Rodzi się zatem pomysł, żeby chociaż wejść na samego Tacul’a, którego w normalnych warunkach tylko byśmy przetrawersowali. Pobudka zatem po raz kolejny w środku nocy. Tym razem sznur czołówek zmierzających w kierunku szczytu przekonuje nas do wyjścia. Początek idzie całkiem dobrze, aklimatyzacja sprawia, że doganiamy zespoły, które wyszły mniej więcej godzinę przed nami. Już nikt się nie zastanawia, którędy powinna biec droga, wszyscy poszli po śladach założonych dzień wcześniej. My też…
Szybko zdobywamy wysokość. Zanim zdążyłam się zorientować byliśmy powyżej poziomu Aiguille du Midi. Spojrzałam na zachód – a tam czarno. I to nie z powodu nocnego nieba, już świtało. Był to potężny front, który szybko przesuwał się w naszym kierunku. Zwróciłam na to uwagę Igiego, ten zaś dostał strzał jak z bicza i zaczął pędzić do przodu. A mnie – jak ręką odjął – opuściły siły i motywacja…. Przedziwne.
Nie ma nic bardziej deprymującego niż świadomość, że lina, którą jesteś związany z prowadzącym partnerem zaczyna być permanentnie napięta. Czułam, że nagle po prostu przestałam chcieć iść do przodu. Nie opuszczało mnie wrażenie, że im bardziej Igi napiera, tym mniej ja mam ochotę na dalszą wędrówkę. W jego przekonaniu ja wlokłam się niemiłosiernie, jak nigdy. Dla mnie z kolei on pędził bardziej, niż kiedykolwiek przedtem, nie oglądając się za siebie. Prawda zapewne leży gdzieś po środku, niemniej jednak w efekcie nie udało nam się wyjść na ramię Tacul’a przed śnieżycą, która dopadła nas jakieś pół godziny przed szczytem.
Pokonaliśmy szczeliny, minęliśmy seraki, nawet wspomniane wcześniej nachylenie na omyłkowo dobranym odcinku drogi nie stanowiło dla nas problemu. A tu śnieżyca… Białego puchu przybywało w zastraszającym tempie, z niepokojem obserwowaliśmy, jak ścieżka za nami znika, a pod nogami robi się coraz bardziej grząsko i sypko. Tam, gdzie staliśmy nachylenie było spore, z uwagi na końcówkę podejścia przed wyjściem na grzbiet. W pewnym momencie przed nami wyrosła jak z nikąd czwórka Ukraińców – zjeżdżali na dół. Chwila zastanowienia, wymiana porozumiewawczych spojrzeń między mną i Igim. Wycof. Zaczynamy szybko schodzić, niemalże zbiegać tam, gdzie się dało przodem, a w pozostałych miejscach tyłem. Kilka razy podpięliśmy się przy zjazdach do naszych wschodnich sąsiadów. Minęliśmy główne trudności i…. śnieżyca ustała. Powoli zaczęły nas mijać zespoły idące z przeciwnego kierunku, które postanowiły wyjść nieco później. I oczywiście, weszli na szczyt…
Na Col du Midi schodziliśmy w milczeniu, każde ze swoimi przemyśleniami. Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy do Chamonix. Pierwszy raz poczułam się w górach tak marnie, bezsilna, bez motywacji. Obwniałam się o to, że nie weszliśmy. Rozumiałam, co się stało, czego mi wtedy zabrakło, nie do końca jednak wiedziałam, dlaczego. Dobry humor wrócił jednak całkiem szybko. W końcu to tylko góra. Poczeka.
Pozostaje zatem wrócić tam ponownie, kiedyś…
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie – informacje praktyczne
Dufourspitze – Monte Rosa, 2009
by Mooliczek on sie.25, 2009, under Nasze wyjazdy
Dufourspitze, 4634 m, Alpy, Grupa Monte Rosa
Droga: normal przez Sattle, PD+
Data: 2009.07.15-16
Część pierwsza by Igi
Po klimatyzacyjnym wejściu na Alphubel, przyszła kolej na cel główny naszego wyjazdu, mianowicie dach Szwajcarii – najwyższy szczyt Masywu Monte Rosa – Dufourspitze. Pomysł wejścia na ten szczyt pojawił się na krótko przed wyjazdem w Alpy i był pochodną podpuszczenia i męskiej ambicji, spotęgowanej złocistymi gorzkimi płynami:
Mooliczek: „patrz jakie fajne zdjęcie” (i tu zostaje pokazany skalisty szczyt, o niewielkiej powierzchni, na który wdrapują się przy pomocy wszystkich kończyn, omotani linami alpiniści)
Igi: „za ile?”
Mooliczek: „PD+”
Igi: „gulp” – tu nastąpiło głośne przełknięcie śliny, którego na szczęście nikt nie usłyszał (do tej pory maksimum naszych „osiągów” było PD, a i tak chwilowo.)
Igi: „wygląda super, wejdźmy tam koniecznie.” (i tu nastąpił efekt znany pod nazwą „Co? Że ja nie dam rady? Ja?”, katalizatorem był czteropak piwa o swojskiej nazwie, blisko związanej z pewnym tatrzańskim zbójcą).
Pierwotny plan „zaliczenia” jak największej liczby (około 5) okolicznych czterotysięczników, o niewielkiej wybitności i trudnościach, został porzucony na rzecz jednej solidniejszej góry, która miała nam pokazać, czy nadajemy się do czegoś więcej niż li tylko trekking wysokogórski, czy może kiedyś zasłużymy na miano choćby ćwierć alpinistów.
Zatem siedzimy w kolejce zębatej, wiozącej nas z Zermatt, na przedostatnią stację – Rotenboden, smarujemy się kremem z filtrem i jesteśmy szczęśliwi, że już za chwilę zobaczymy cały masyw Dufoura, na własne oczy, którego zdjęcie na Wikipedii studiowałem całymi godzinami, a jego ogrom zapierał mi dech w piersi. Wychodzimy z kolejki i górską ścieżką idziemy za drogowskazami kierującymi do Monte Rosa Hütte. Widnieje na nich informacja, że do schroniska są 3 godziny drogi. Ja nie wierzę jednak w tak krótki czas, na plecach mam ogromną ilość jedzenia i wodę, pogoda na Dufourze jest raczej kiepska i mamy zamiar oblegać górę aż do skutku, tzn. do pojawienia się okna pogodowego.
Idziemy ścieżynką wśród trawek i pachnących ziół, trawersem ponad płynącym w dole, ogromnym lodowcem Gornergletscher, a wszędzie piętrzą się ogromne zbocza. Szczyty ukryte są niestety pośród chmur, ale ich ogrom jest wyczuwalny przez skórę. (zobacz panoramę)
Widzimy także, jak daleko mamy do lodowca w dół i ile czeka nas potem podejścia. W kontekście wielkiego i ciężkiego plecaka nie nastraja mnie to optymizmem, kolana bolą mnie na samą myśl. Zapobiegawczo założyłem ściągacz na prawe kolano, ale wiem że na długo to nie wystarczy. Do szczeliny brzeżnej docieramy po godzinie i piętnastu minutach. Jest ona dość duża, ale przerzucono przez nią chybotliwy mostek, dzięki czemu można ją pokonać bez problemu, bez użycia sprzętu. Idziemy po lodzie pokrytym kamieniami, klucząc między skałkami. W końcu docieramy do kolejnej moreny. Ściągamy raki, by przekraczając ją nie tępić zębów – nie wiemy bowiem, czy nie będą potrzebne na Dufourze, w wielu opisach wejścia wspominają coś o kilkunastometrowym, zalodzonym kominku. Wchodzimy wreszcie na główny „nurt” lodowca, szczeliny są duże, ale pootwierane, dzięki czemu widać je doskonale. Kluczenie między nimi zajmie nam kolejne dwie godziny – czas jak widać mamy marny, ale cóż, zapasy żywności na tydzień i obolałe kolana nie sprzyjają szybkiemu tempu. Przekraczamy szczelinę i wchodzimy w teren skalny, ścieżka jest wyraźnie oznaczona, w wielu miejscach są liny poręczowe, łańcuchy i drewniane stopnie, dzięki czemu wciągnięcie wielkich plecaków nie przysparza nam większych problemów, nie stwarzają one niebezpieczeństwa utraty równowagi, którego trochę się obawiałem. Wejście skałą, od krawędzi lodowca do schroniska Monte Rosa (2795m) zajęło nam nieco ponad godzinę, więc nie jest aż tak źle, zważywszy, że po drodze robiliśmy sporo zdjęć :) Siedzieliśmy na lądowisku helikoptera koło schroniska ponad pół godziny i podziwialiśmy roztaczający się widok. Chmury się podniosły i mogliśmy zobaczyć przepiękne szczyty pobliskiego Lyskamm, Castora, Polluxa, a także masyw Breithorna, otaczające nas zewsząd. Powoli wychodziło słońce, a w jego promieniach ich wielkość nie była już tak przytłaczająca – teraz te piękne pagóry były po prostu wspaniałe i ślicznie połyskiwały serakami wielkości wieżowców. Ze schroniska udaliśmy się ścieżką w kierunku Untere Plattje, szukając dogodnego miejsca na biwak. Zakładaliśmy spędzić tu minimum 3-4 dni (prognozy były mało optymistyczne), więc chcieliśmy znaleźć coś wygodnego, z dostępem do wody, leżącego jak najwyżej, ale jeszcze poniżej granicy śniegu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że aklimatyzacja na Alphublu może być niewystarczająca, więc chcieliśmy cały następny dzień odpoczywać i nabierać sił, gdyż wiedzieliśmy, co nas czeka. Na szczyt Dufourspitze droga jest dość długa (wg przewodnika 5-7h ze schroniska MRH), przewyższenie również do najmniejszych nie należy (1700m), zaś trudności skalnej grani rozpoczynają się w końcowym etapie wycieczki, kiedy człowiek jest już zmęczony długą wędrówką lodowcem i niemałym przewyższeniem. Warto dodać, że wycena na grani to miejscami III, (wg summitpost.org na suchej skale; w ocenie Mooliczka max. za II+), brak stałych punktów, niezbyt wiele miejsc do założenia własnej asekuracji. Do szczytu zostaje jeszcze śnieżna grań długości ok. 1 km i przewyższenie ponad 130m.
Część druga by Mooliczek
Te argumenty przekonywały nas do pozostania na biwaku dłużej i magazynowania sił przed wyjściem w kierunku szczytu. Wieczorem jednak przyszedł sms od Jck: jutro okno pogodowe, potem kicha. Biliśmy się z myślami, koniec końców jednak determinacja zwyciężyła. Idziemy. Szybkie przepakowanie szpeju (kwestia , że idziemy na lekko była oczywista i nie podlegała w ogóle dyskusji), lina, żelastwo, butelka wody na głowę, opakowanie chrupkiego pieczywa i parę batonów – tyle.
Wstajemy o 2:30 z zamiarem wyjścia o 4:00, jednakże już po trzeciej nasz namiot zaczynają mijać tramwaje czołówek. Igi zaczyna się emocjonować, że wstaliśmy za późno, więc ambicja wypycha nas na drogę pół godziny wcześniej, niż planowaliśmy. Jak się później okazało, była ona motorem napędowym, a w połączeniu z rywalizacją pozwoliła wszystkim na utrzymywanie całkiem przyzwoitego tempa.
I tak, wchodząc na Obere Plattje mijamy kilka grupek (aklimatyzacja działa), potem idziemy w miarę zwartą grupą w kierunku stromego zbocza Sattletole, krocząc mozolnie po lodowcu Monte Rosa. Droga biegła zakosami, pomiędzy szczelinami, czasem bezpośrednio pod, a czasem omijając pola seraków. W pewnym momencie Igi przywołuje mnie do rzeczywistości: „Wyglądasz, jakbyś miała mi tu zejść, jesteś trupioblada, wręcz zielona”. Byłam zaskoczona, ale widocznie wyglądałam gorzej, niż się czułam. Jego słowa obudziły mnie ze stanu zamroczenia i pół letargu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że się wyłączyłam i człapię i człapię, coraz mniej świadoma tego, w którym kierunku. Igi z kolei chciał za wszelką cenę dotrzeć na Siodło (przełęcz Sattle) jak najszybciej: tam zaczyna się nasza grań podszczytowa, a wiedzieliśmy, że im później tam wejdziemy, tym mniejsze szanse na zdobycie góry w normalnym czasie. Widmo kolejek i mijanek popędziło nas do przodu. Podkręciliśmy tempo, do tego stopnia, że kolejne alarmujące słowa Igiego obudziły już nas oboje: „Czy my w ogóle idziemy w dobrym kierunku???” Spojrzeliśmy po sobie, potem przed siebie – okazało się, że napierając do przodu zapędziliśmy się w kierunku sąsiadującego z Dufourspitze Nordenda. Na właściwą ścieżkę wróciliśmy trawersując pole śnieżne, ale tracąc przy tym cenny czas.
Wraz ze wzrostem wysokości, zwarta z początku grupa kilkudziesięciu osób rozpraszała się w różnych kierunkach. Część odbiła na Nordend, część w planach miała podejście na Dufoura od strony Silbersattel, reszta obrała taki sam cel i drogę, jak my, ale tempo już było różne. Wreszcie, po 4 h marszu stajemy na Sattle, tuż za wesołą ekipą pięciu Hiszpanów. Południowcy uderzyli od razu do góry, my za nimi. Rozpoczęła się 2,5 godzinna wędrówka w kierunku szczytu, po śnieżno-skalnej grani. Był to najciekawszy, ale i najbardziej emocjonujący odcinek.
Igi prowadzi. Nachylenie na śnieżnej grani ok. 40-45 stopni, grań wąska, ale do przeżycia. Warunki sprzyjają, za plecami nasze zmagania wspinaczkowe obserwuje bacznie Matterhorn, a na prawo Lyskamm. Igi napiera tak, jakby 2,5 kilometrowa lufa po prawej nie robiła na nim żadnego wrażenia. Po drodze mijamy wąskie mostki śnieżne, eksponowane półki skalne, nawieszające się głazy i oblodzone kominki. Pierwsza, krótsza część grani skalnej okazuje się trudniejsza z uwagi na praktyczny brak możliwości założenia jakichkolwiek punktów asekuracyjnych. Druga część – dłuższa, daje możliwości zarzucania pętli i zakładania kości. Finalnie, podchodzimy pod komin, w którym od połowy wysokości wisi gruba lina, ułatwiająca wspinaczkę na tym odcinku. Resztę jednak trzeba przeżywcować (jeżeli chce się to zrobić szybko), lub założyć asekurację na stałe (jeżeli ma być bezpiecznie).
Wreszcie, po 7 godzinach stajemy na szczycie Dufourspitze. Dokoła nas wspaniałe Matterhorn, Weisshorn, masyw Mischabel z Dom i Taschhorn na czele, ale też bliższe, rozpoztarte u stóp Dufoura pomniejsze szczyty Masywu Monte Rosa: Zumsteinspitze, Signalkuppe, Parrotspitze, Ludwigshohe, i Balmenhorn, a dalej wspaniały Lyskamm, Castor i Pollux, oraz masyw Breithorna. Na horyzoncie majaczy do nas Mont Blanc…. Pięknie.
Na miejscu spotykamy wesołych Hiszpanów, którym oddajemy wspaniałomyślnie pożyczonego nam po drodze frienda. Szczyt jest jednak tak wąski i mały w stosunku do ilości odwiedzających, że nie mam mowy o sesji zdjęciowej – pstrykamy zaledwie kilka fotek i decydujemy się na szybkie zejście tą samą drogą.
Pierwszy kominek pokonujemy ze stałą asekuracją: najpierw ja Igiego, potem Hiszpanie mnie. Naczekaliśmy się jednakże, aż wyjdzie z niego piątka Polaków (mijanki, a jednak…) zanim wstrzeliliśmy się w niego pełną parą. Reszta poszła szybciej – wszak znaliśmy już drogę. Szybko stajemy na Sattle, a potem dalej w dół. W międzyczasie gubimy drogę, skręcając w lewo zbyt wcześnie. W efekcie, lądujemy na drodze prowadzącej z naszego biwaku do schroniska Margherita, co – jak się potem okazało – było wariantem dużo szybszym. Namiot osiągamy po 13 godzinach akcji górskiej.
Nazajutrz, z uwagi na prognozy o burzy, decydujemy się szybko zbierać graty i wracać. Czeka nas niekończący się marsz powrotni przez moreny lodowca Gornergletscher i zbocza Gornergrat, aż do stacji Rotenboden. Początkowo w planach było zejście aż do Zermatt, jednakże kolano odmawia mi posłuszeństwa. W efekcie, Igi urządza sobie 2-godzinny spacer w dół, a ja korzystam z kolejki i kończę wycieczkę w sklepach z pamiątkami, szukając prezentu urodzinowego dla Jck. Półtora godzinna eskapada rodzi we mnie nienawiść do Matterhorna, którego wizerunek atakuje zewsząd, łącznie z papierem toaletowym (prezentując się jednakże zawsze z tej samej, północno-wschodniej perspektywy..ciekawe…). Ostatecznie, kończę na ławce koło kościoła w Zermatt, czekając na Igiego i gapiąc się na wszechobecnego Tobleronka. Wewnątrz rodziło się wrażenie, że tak naprawdę, to my chyba nic nie urobiliśmy, że tutaj jest tylko jedna Góra. Dobrze, że to straszne uczucie było tylko chwilowe ;)
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie – info
Alphubel, 2009
by igi on lip.27, 2009, under Nasze wyjazdy
Alphubel, 4206m, Alpy, Grupa Mischabel
Droga: SE Ridge, PD/PD+
Data: 2009.07.12-13
Po wielu godzinach męczącej jazdy Kangurem z uszkodzonym, warczącym łożyskiem, pełnej obaw co do szans dojechania do celu, dotarliśmy do szlabanu zagradzającego nam dalszą drogę. Ze szwajcarskiego Tasch do pobliskiego Zermatt można dojechać już tylko koleją, bądź lokalnym busem. Auta trzeba zostawiać na którymś z licznych, płatnych parkingów. My skręciliśmy na wschód, w wąziutką, krętą i stromą drożynkę, by po półgodzinie dojechać do trawiastego zakola w Taschalp na 2200m, które miało od tej pory zostać naszym darmowym parkingiem na najbliższe dni. Wykonaliśmy szybki przepak, gromadząc sprzęt biwakowy, a jako że nocleg planowaliśmy spędzić grubo poniżej granicy śniegu, braliśmy namiot bazowy i cieńsze ubrania. Objuczeni żywnością na trzy dni (tak nam się wówczas wydawało), ruszyliśmy dziarsko szlakiem turystycznym, by po dwóch godzinach i pokonaniu 500m w pionie, dotrzeć do malowniczego schroniska Täschhütte (2701 m). Kolejne kilkadziesiąt metrów w pionie i docieramy, do wspaniałego, trawiastego wypłaszczenia, nadającego się w sam raz na biwak. Miejsce wygodne, z widokiem na Alphubel z jedniej strony, poprzez Rimpfischhorn, masyw Monte Rosa aż po majestatyczny Weisshorn , najpiękniejszy biwak w Alpach, choć pełen kozich bobków i kłujących ostów. Bobki miały nam towarzyszyć już cały czas pobytu tam, klejąc się do butów, karimaty, kubków i garnków – ot taki Eko-bonus :)
Nazajutrz, pobudka jak na Alpy zbyt późna, bo niewiele przed piątą rano, ale ogólnie miał być to dzień restu i klimatyzacji. Myśleliśmy, by przebimbać go w całości, ale zapowiadająca się piękna pogoda, oraz pozorna bliskość szczytu Alphubla zachęciła nas do wyjścia ze śpiworów i próby ataku. Widać było światełka czołówek powoli wspinające się dziarsko na przełęcz. Mieliśmy świadomość późnej pory, ale łatwość drogi i rzekoma dostępność, wyciągała nas z namiotu na wycieczkę. Nie było nas w Alpach równy rok (no może bez dwóch dni), więc zapomnieliśmy już, jak dają w kość podczas pierwszych dni, niezaaklimatyzowanemu.
Szliśmy najpierw po trawkach w górę, a w okolicach ogromnego głazu narzutowego z krzyżem na szczycie, odbiliśmy w prawo, wchodząc na ścieżkę pełną kopczyków. Dalej ścieżką, na lewo przez morenę – najpierw kamienistą, potem pełną błota, by wreszcie wejść w śnieg, gdzie założyliśmy raki. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie już przed przełęczą. Uwidocznił się brak aklimatyzacji i długa podróż, co przełożyło się na nasze powolne tempo: przełęcz osiągnęliśmy dopiero około dziesiątej, co oczywiście skutkowało lampą, rozmiękłym w upale lodowcem i mijaniem się z ludźmi schodzącymi ze szczytu. Związaliśmy się liną, i ruszyliśmy w kierunku szczytu, przekraczając szczeliny i słuchając płynącej gdzieś w głębi lodowca wody.
Weszliśmy na średnio eksponowaną grań, prowadzącą nas do niewielkich skałek. Powyżej nich, trawersując zakosami wspinamy się coraz większą stromizną, dochodzącą w jednym momencie do ok 45%. Lód był rozmiękły, więc wbijanie raków nie powodowało przy podejściu większych problemów. Z zejściem mogło być już troszkę trudniej. Widzieliśmy tylko dwie osoby schodzące tą drogą, oraz ślad po śrubie lodowej, której zapewne ktoś użył do zjazdu. Postanowiliśmy, że gdy tylko się będzie dało, zejdziemy polami śnieżnymi na wschód i powrócimy na przełęcz płaskim lodowcem.
Szczyt osiągnęliśmy około południa. Pogoda była wyborna, a widoczność wynagrodziła nam trudy wejścia. Spędziliśmy może 25 minut na szczycie i rozpoczęliśmy żmudne schodzenie stromym polem śnieżnym na stronę wschodnią. Przeskoczyliśmy nieciekawą szczelinę, asekurując się na sztywno i rozpoczęliśmy strome zejście. Skóra nam cierpła, gdy co chwilę słyszeliśmy sypiące się lawinki, obawialiśmy się zawalenia ogromnych seraków, pod którymi mieliśmy wkrótce przechodzić. Po osiągnięciu płaszczyzny lodowca, przebiegliśmy pod serakami zwieszającymi się ze wschodniej wystawy Alphubla, by w spokojniejszym już tempie dotrzeć do Alphubeljoch. Dalsza droga odbyła się już bez żadnych problemów. Do namiotu dotarliśmy około szesnastej, czyli w rekordowo długim czasie – ale mogło być gorzej, w sumie była to pierwsza góra powyżej 4000m tego sezonu. Kolejny wieczór i kolejny dzień miał służyć odpoczynkowi, ale nasze obozowisko zaatakował tabun szwajcarskich, dwubarwnych kóz. Hałas, brzęczenie dzwonków, pobekiwanie towarzyszyło nam całą noc. Trawę pokryły nowe pokłady kozich bobków. Rano dodatkowo okazało się, że nasze zapasy żywności są równe zero (jedliśmy widać dwa razy więcej, niż zwykle), zatem podzieliliśmy ostatnią kanapkę na pół, zwinęliśmy obóz i wystartowaliśmy w dół do Kangura, by ruszyć na kemping w Randzie. Góra okazała się łaskawa, wejście na nią sprawiło nam dużą przyjemność, choć czas przewodnikowy wydłużyliśmy „prawie” dwukrotnie. Zdobyliśmy ją w sumie bez większych problemów, niejako „z drogi”, pozwoliła nam zdobyć aklimatyzację, co zaprocentowało kilka dni później podczas zdobywania Dufourspitze i próby wejścia na Mont Blanc du Tacul.
Dzień 1
Tasch- Taschalp- Taschhutte- biwak
Dzień 2
Biwak- Alphubeljoch- Alphubel- normal – biwak
Zobacz również:
Panorama Alpy okolice Alphubel 4206
Panorama Alpy – Alphubel, widok z okolic Täschhütte
Czterotysięczniki alpejskie- info
Mont Blanc, 2006
by igi on cze.06, 2009, under Nasze wyjazdy
Mont Blanc (Mont Blanc), 4810, Alpy
Droga: Gouter – Bosses, PD/PD+
Data: 2006.06.05 – 2006.06.11.
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie – info
Nadelhorn, 2010
by igi on sie.26, 2010, under Nasze wyjazdy
Nadelhorn 4327m, Alpy Pennińskie, Grupa Mischabel
Droga: Windgrat (normal), PD (UIAA I/II)
Data: 2010.07.18
Wycieczkę na ten przepiękny alpejski szczyt, leżący w masywie Mischabel, rozpoczęliśmy wczesnym porankiem na ogromnym, piętrowym parkingu w Saas Fee (Kanton Valais, Szwajcaria). Cała miejscowość jest zamknięta dla normalnego ruchu kołowego, na jej wąziutkich uliczkach można spotkać jedynie wózki z napędem elektrycznym, podobnie jak w leżącym w sąsiedniej dolinie Zermatt.
Podążamy przez senne jeszcze o tej porze uliczki Saas Fee w kierunku położonego w centralnej części miasta kościoła – tam bowiem rozpoczyna się szlak do schroniska Mischabel (Mischabelhutte). Szlak początkowo pnie się trawiastymi zboczami, z których roztacza się przepiękny widok na leżące w dolinie malownicze miasteczko.
Pniemy się coraz wyżej, osiągając warstwę niskich chmur. Wchodzimy w białą pustkę, robi się chłodno i cicho, odgłosy są stłumione, rosa osiada na nas drobnymi kropelkami. Podświadomie przyspieszamy kroku wiedząc, że nad chmurami mocno grzeje słońce. W końcu pokrywa rozstępuje się nad nami i zamienia w puchaty kobierzec ścielący się u naszych stóp. Spomiędzy snujących się jeszcze tu i ówdzie kłaczków wyłaniają się przepiękne widoki – majestatyczne szczyty czterotysięczników: Allalinhorna i Alphubela.
Szlak zaczyna się piąć coraz stromiej, pojawiają się pierwsze sztuczne ułatwienia takie jak klamry, drabinki, oraz stalowa linka via ferraty. Teren nie jest mocno eksponowany a przez mnogość ubezpieczeń raczej nietrudny, jest też sporo miejsc, gdzie można się bezpiecznie minąć ze schodzącymi z góry turystami.
Robi się bardzo ciepło, nastroje dopisują, żwawo wędrujemy pod górkę, co chwila oglądając się do tyłu na przepiękne czterotysięczne masywy Weissmies i Lagginhorna.
Ani się nie obejrzeliśmy, jak znaleźliśmy się pod schroniskiem, duże nastromienie pozwala szybko osiągnąć wysokość. Zasiadamy na ganku, rozkładamy kuchnię, pod rynnę podstawiamy menażki, nabierając spływającą wodę, pochodzącą z resztek topiącego się na dachu śniegu. To niestety jedyne ujęcie bieżącej wody poniżej lodowca. Po odpoczynku i popasie, schodzimy 50m niżej schroniska, do dwóch niewielkich platform biwakowych. Rozkładamy namioty i odpoczywamy starając się nabrać jak najwięcej sił, przed nocnym wyjściem na szczyt. Słońce przypieka niemiłosiernie, nie pozwalając nam zasnąć w namiotach. Wreszcie nadchodzi upragniony zmierzch – słońce powoli zachodzi a temperatura spada do kilku stopni powyżej zera, to i tak bardzo ciepło jak na tę wysokość. Wchodzimy do śpiworów i usypiamy przerywanym snem.
Wstajemy w środku nocy, jest niewiarygodnie ciepło – przez co nie ma najmniejszych problemów z wyjściem ze śpiworów. Podchodzimy z powrotem pod śpiące jeszcze schronisko, mijamy je i podążamy wyżej za stalówkami. W pewnym momencie schodzimy ze skał na wypłaszczenie lodowca. Wiążemy się liną w tramwaj i idziemy po płaskim śniegu, by pod koniec wspiąć się kilkoma zakosami na łagodną przełęcz. Idzie nam szybko i sprawnie, bo mamy dobrą aklimatyzację – jesteśmy już w Alpach ponad tydzień. Na przełęczy szybka przekąska, odpoczywamy chwilę i kierujemy się granią do góry. Zaczyna trochę dmuchać, ubieram dodatkowy polar na kurtkę i przyspieszamy ruchy. Kilka miejsc jest mocno oblodzonych, ale wybite są głębokie stopnie, więc idzie się sprawnie. Końcówka jest już pozbawiona całkowicie śniegu. Rozpoczynamy wejście na szczyt, płyty są solidne, chwyty pewne, skała sucha i nieoblodzona. Wreszcie osiągamy wierzchołek, który niestety okazuje się być zbyt mały na cały nasz zespół – jedno z nas musi niestety zadowolić się staniem metr poniżej krzyża, który wieńczy czubek Nadelhorna.
Niebo rozświetla rubinowy kolor wschodzącego słońca, wiatr cichnie, w dole morze chmur. Jest przepięknie i majestatycznie. Za nami ogromny Dom de Mischbel, wierzchołek którego zdobyliśmy kilka dni wcześniej. Z tej perspektywy widać jego potęgę i przepiękną linię grani Festi wyprowadzającej na jego wierzchołek drogą pierwszych zdobywców.
Schodzimy szybko ze szczytu, aby móc minąć się z wchodzącymi zespołami w wygodniejszym miejscu, niż podszczytowe skały, a ludzi jest sporo – widać, że szczyt ma powodzenie. Najpierw po skałach, potem już śnieżną granią podążamy żwawo na dół w kierunku przełęczy, by o jak najwcześniejszej porze pokonać lodowiec.
Na lodowcu nie ma żadnych problemów, więc szybko dostajemy się z powrotem w okolice schroniska. Tam odsypiamy kilka godzin, pakujemy się i schodzimy do doliny. Zdobycie szczytu i przepiękna pogoda towarzysząca nam do samego końca sprawia, że nastroje mamy wyśmienite, mimo że musimy tego dnia pokonać dość sporą różnicę wzniesień z niemałym ciężarem na plecach.
Garść informacji:
Wysokość: 4327 m n.p.m; Wybitność (MDW): 206m.
Położenie Alpy, Grupa Mischabel.
Trudność: PD; I/II; śnieg maksymalnie do 40% [1].
Marmolada – północną ścianą, 2010
by Mooliczek on sie.12, 2010, under Nasze wyjazdy
Marmolada – Punta Penia, 3342, Dolomity, Grupa Marmolada
Droga: Północna ściana, AD/AD+
Data: 2010.08.07
Geneza tego wyjazdu jest dość osobliwa:
Jck: No to co w ten weekend?
Mulik: Tatry… Wspin?
Jck: Nie mam formy, nie byłem w górach od miesiąca.
Mulik: Tatry turystycznie?
Jck: Będzie lało. Wszędzie sprawdzałem.
Mulik: Canyoning? :D
Jck: Ej noo…
<cisza>
Jck: Marmolada?
<cisza>
Mulik: Widziałam na kamerkach tą ścianę – marnie to teraz wygląda.
<cisza>
Jck: To weźmiemy cały zestaw do lodu.
Tym sposobem we czwartek podjęliśmy decyzję o wyjeździe na weekend w Dolomity.
Cel: Marmolada, północną ścianą. Długa na 350 metrów, wyceniana na AD, kulminuje niewiele poniżej wierzchołka.
Sami byliśmy ciekawi, czy się da. Pomysł wyjazdu był tak spontaniczny i szalony, że wzbudzał w teamie powszechną wesołość. Ale co tam! Jedziemy!
Jck: Sprawdzałem 6 serwisów pogodowych, ma być lampa.
Mulik: A zostawże w cholerę te serwisy! Jedziemy i robimy. Koniec jojczenia, że warunków nie ma!
Mobilizacja – 100%.
W składzie: ja, Igi, Jacek, wyjeżdżamy „po robocie”, w piątek, ok. 17.30 z Gliwic. Jedziemy całą noc, przecinając Czechy, a potem Austrię – w paskudnym deszczu. W międzyczasie Jck daje się namówić na skorzystanie nazajutrz z kolejki. Mój argument? – będzie więcej czasu na łojenie w ścianie. Argument Jacka? – „Przynajmniej pośpię”.
Na parking przy tamie na Passo di Fedaia dojeżdżamy o 5.30 nad ranem. Jako, że pierwsza kolejka odjeżdża o 8.30, kimamy 2 godziny. Tzn usiłujemy – nie przywykłam do zasypiania w samochodzie o wschodzie słońca, przy akompaniamencie chrapiącego Igiego ;)
7.30 – zrywamy się na nogi. Szybki przepak i do kolejki. Przed kasą słyszę radosne: „Mulik, Ty masz…kolczyki!”. Tak, jak stałam w piątek w biurze, tak pojechałam. Nie zwróciwszy nawet uwagi na akcesoria. Cóż… w końcu jestem we Włoszech, to mogę się trochę polansować ;)
Kupując bilety, Igi ujawnia swe lingwistyczne zdolności:
- Andata e ritorno?
- Andatritorno.
Parę minut po 9.00 jesteśmy już powyżej 2.600 mnpm. Piękna pogoda, zainteresowanych wejściem na Marmoladę jest sporo, toteż nie czujemy się tam nazbyt osamotnieni. Nastroje mamy fantastyczne – dalej nie możemy w zasadzie uwierzyć, że tu jesteśmy :) Trochę to dziwna pora na początek wspinaczki. Coś, jak „second shift climbing”.
Szybko identyfikujemy wejście w ścianę i podążamy w jej kierunku. Za nami – ku naszemu zdziwieniu – rusza tramwaj ok. 6-7 osób. Nie sądziliśmy, że ktokolwiek do nas dołączy, to chyba mało popularny cel, bo i zapisków w necie mało. Gdy tylko nas doganiają okazuje się, że nie tej drogi szukali. Skierowaliśmy ich w stronę pożądanej ferraty, a sami przystąpiliśmy do podziału sprzętu.
Porozumienie było szybkie: Igi bierze śnieg, Jacek lód, ja – skałę. Tak też się uposażyliśmy i związani jedną 60-metrową liną ruszyliśmy do góry.
Jako, że początek był śnieżny, idziemy w kolejności: Igi, ja i Jck. Widoki przepyszne. I chociaż muszę przyznać, że Dolomity to nie moja bajka, te przerośnięte skały i big wall’e zrobiły na mnie wrażenie. W sam raz na romantyczną wycieczkę we dwoje ;) To jednak nie moje poczucie górskiej estetyki.
Na początku, warunki w ścianie fantastyczne. Aż byliśmy zdziwieni. Śnieg kapitalnie nas przyjmuje, nachylenie „do 60 stopni” jest nieodczuwalne.
W międzyczasie dogania nas…. grupa trzech latynoskich ‘prawdziwków’. Patrzymy zdumieni, jak amigos żwawo nas wyprzedzają z prawej, pakując się centralnie w lawinisko i napierając do góry. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż kontrastowaliśmy ze sobą mocno: my uzbrojeni w szpej po zęby, oni – na lekko, bez jakiegokolwiek sprzętu zimowego, w trekach i krótkich rękawkach :)
„Ale demotywacja!” – rzuca Jacek.
Myślimy sobie, że to pewnie wymiatacze, jakich mało. Szybko jednak okazuje się, że mieli w planie inną niż my drogę, a niepewnie konsultowana i obracana w rękach mapa utwierdziła nas w końcu w przekonaniu, że to generalnie … wesołe chłopaki :D
Napieramy.
Igi dochodzi wreszcie do skalnej bariery, przy której droga układa się naturalnie i prowadzi dalej odbijającym w lewo zachodem. Tutaj śnieg już nie jest tak przyjemny, jak niżej. Robi się sypko. Wcześniej, dwa dni z rzędu był opad – co właśnie dało się odczuć. Z każdym krokiem było bardziej grząsko, każdy zbyt długi postój w jednym miejscu owocował lekkim osunięciem.
Podchodzimy wyżej – zaczynają się skały i kluczenie.
Mulik: To co, teraz ja?
Igi: Nie, spoko. Idę dalej.
Tym sposobem Igor przejął całość prowadzenia – i utrzymał je już do końca.
Droga robi się skomplikowana, a wyższe partie góry zaczynają spowijać chmury. Widoczność spada do 15-20 metrów.
Przyjeżdżając na miejsce żałowałam, że zapomniałam haków. Wchodząc jednakże coraz bardziej w – powiedzmy – skalny teren, z nieskrywanym osłupieniem patrzyłam na fatalną jakość tamtejszej skały. Potworna kruszyzna! Każdy założony przez Igiego przelot nie wytrzymał próby i zostawał mu w rękach, wyrywając przy tym pokaźny fragment tego, w czym właśnie był osadzany.
Nie mieliśmy gdzie czego zakładać. Najmocniejszymi przelotami okazywały się stany zrobione z wkopanego w śnieg czekana. To było wspinanie „Na słowo honoru – nie odpadać!”.
Idziemy dalej. Widoczność marna, a teren swoim ukształtowaniem zaczyna przypominać trawers Małego Gerlacha, który uskutecznialiśmy zimą. Liczne żeberka i żlebki, które częściowo przysypane świeżą warstwą kompletnie niezwiązanego śniegu tworzą formację ciekawą, aczkolwiek dość kłopotliwą do przejścia – zwłaszcza przy, de facto, zerowej asekuracji. Ten fragment ściany nie przypominał w niczym zdjęć, które oglądaliśmy.
Po cichu liczyliśmy na śnieg, a jeśli nie – to chociaż na lód. Zastaliśmy mursz i ledwo przysypaną śniegiem łupkowatą skałę, tworzące teren na tyle grząski, aby pojawił się ścisk pośladków. Daleko temu było do pięknej, śnieżnej formacji, gdzie wspin to czysta przyjemność i spacer. Czyli standard – znowu wpierdzielamy się w ulubione klimaty :D
Wreszcie pojawia się światełko w tunelu: zbliżamy się do grani. Igi wychodzi pierwszy, znikając nam z pola widzenia. Czekamy. Wreszcie słyszymy: „Koniec, to tu!”. Uffff.
Jedno po drugim wychodzimy ze ściany na grań, w której zbiega się również końcówka drogi normalnej, ubezpieczonej ferratą. Na górze sporo ludzi, daje się też słyszeć rodzimy język. Na moje „Cześć!” koledzy z kraju odwracają wzrok. Potem się dowiedziałam od Igora, że jego wyjście ze ściany na grań spotkało się z rzuconym pogardliwie komentarzem: „A ten gościu skąd, k***a, wyszedł?”. W podtekście „Chyba jednak poje***y im się drogi”. No tak. Jako naród, w górach jesteśmy zawsze ekspertami, ale przynajmniej – nie kryjemy się z tym. To cenne :)
Olbrzymia radość i ulga – tak można określić nasze emocje. Przejście ściany zajęło nam 4 godziny. Wykaz użytego na drodze sprzętu lekko nas onieśmiela: śruba lodowa skrócona krawatem i friend no 3. Tyle….
Zostaje jeszcze podejście na wierzchołek, na co – o dziwo – nie wszyscy mają parcie ;) Jednakże oczywistym jest, że się tam pojawiamy, w kompletnym mleku. Szybkie zdjęcie przy szczytowym krzyżu, i zbiegamy w dół, aby zdążyć na ostatnią kolejkę o 16.30. Zbiegamy dosłownie. Pokonanie odcinka z ferratą zajmuje nam dokładnie 10 minut, całość drogi z wierzchołka pod kolejkę – godzinę. Grunt, to mieć odpowiednią motywację!
Zjeżdżamy na dół i – dumnie się prężąc przed sobą samymi, jak dzieciaki :D – przestawiamy auto jakieś 200 metrów dalej, na darmowy „Moto Park”, na którym – po przyswojeniu sporej ilości napojów izotonicznych – zasypiamy. Budzik zrywa nas na równe nogi o 6.30 dnia następnego. Jest niedziela. Wracamy do kraju :)
Dom de Mischabel – Festigrat, 2010
by Mooliczek on sie.10, 2010, under Nasze wyjazdy
Dom de Mischabel, 4545, Alpy Pennińskie, Grupa Mischabel
Droga: Festigrat, PD+, UIAA II/II+
Data:2010.07.13-2010.07.14
Najwyższa, w całości znajdująca się na terenie Szwajcarii, miała być głównym celem wyjazdu. Plan pierwotny zakładał kulminację na Dom de Mischabel. Plan jednak zmieniliśmy – wszak Weissmies na pewno dała nam wystarczającą aklimatyzację, więc po co czekać? Zróbmy ją od razu… Bohaterowie.
To wymagająca góra. Przede wszystkim – kondycyjnie. Od punktu startu – czyli miejscowości Randa - jest do przejścia 3 kilometry w pionie. I nie ma zmiłuj, bo i kolejki żadnej nie ma.
Startujemy o 8.00. Droga wiedzie początkowo lasem, wychodząc następnie na odkryte, skalno-trawiaste tereny, by wreszcie wejść w kilkuset metrowy żleb, ubezpieczony stalówkami i klamrami, prowadzący niemalże stricte pod Domhutte.
Pogoda dopisuje – idziemy więc w lampie. Cóż za rozkosz… Jak na złość, Weisshorn pozostaje cały czas w chmurach – nie na taki widok liczyłam…
Przed 14stą meldujemy się pod schroniskiem (2940 m), omijamy je jednak szerokim łukiem nie wchodząc do środka i człapiemy dalej w górę, szukając miejsca na biwak. Znajdujemy je jakieś 200 metrów wyżej: kilka przygotowanych platform, otoczonych skalnymi murkami. Miejsce znane, bo i jedno z nas biwakowało już tu wcześniej, przed kilkoma laty. Miejscówkę mamy niezmiernie urokliwą, zważywszy sąsiadów Dom: Weisshorn (dalej lico skrywa za woalką), Zinalrothorn, wreszcie Matterhorn. Za nami zaś – nasz majestatyczny cel.
Szukamy wody – strasznie sucho tego lata. Żeby ugotować zupę czy herbatę, musimy schodzić kilkadziesiąt metrów niżej, na lodowiec. Z uwagi na odległość, mniej nosimy, częściej zaś tam gotujemy – taka prowizoryczna i fajna kuchnia (nie było przenośnych).
Plan na dzień kolejny zakłada wyjście o 3.00, tak więc dość wcześnie kładziemy się spać. Nazajutrz pobudka i start przebiegają sprawnie: kiedy na zewnątrz temperatura w plusie, nawet zwyczajna niechęć do wyjścia z namiotu ustępuje i gramolimy się dość sprawnie. Kolejność jak na Weissmies: Mulik-saper, chłopaki robią za potencjalne wyciągarki. Gdy wchodzimy na lodowiec jeszcze w totalnej ciemności, zaczyna się kluczenie. Kingletscher na tym odcinku okazuje się być uszczelniony bardziej, niż się spodziewaliśmy. Był jednak prawie satysfakcjonująco wytopiony. Prawie – gdyż po drodze Matti wpada do szczeliny. Na szczęście – tylko jedną nogą. Igi reaguje błyskawicznie, ja na przedzie nawet tego nie odczułam – zauważyłam jedynie, że ekipa się zatrzymała.
Po chwili postoju idziemy dalej. Zaczynam odczuwać zmęczenie…
„Hm. Dziwne, już?”.
Myśleliśmy, że będziemy pierwszym zespołem atakującym – okazuje się jednak, że po wejściu na lodowcowe plateau migają nam przed oczami dwie czołówki. Za nami również zaczyna się „migotanie” – ruszają tramwaje z Domhutte. Im bliżej jesteśmy przełęczy Festi (Festijoch), tym ekipy prowadzone przez przewodników bardziej depczą nam po piętach. W pewnym momencie odbijamy zbyt wcześnie w kierunku przełęczy, żeby zorientować się, iż droga nie biegnie już tamtędy. Teraz, wejście na przełęcz prowadzi niemalże w linii prostej jej spadku, czysto skalnym terenem o umiarkowanych trudnościach (UIAA II+), ubezpieczonym zawieszonymi na stałe linami.
Mijają nas dwie ekipy – ślimaczymy się. Po 2h 30m od wyjścia z namiotu stajemy na Festijoch – wznosi się ona jakieś 50 metrów ponad lodowcem Kin. Na miejscu okazuje się, że po drodze musiałam zgubić aparat…
“Znowu????”
Chwytam doła, a wczesny świt nad Matterhornem i Weisshornem uwieczniają na zdjęciach chłopaki.
Przygotowujemy sprzęt do podejścia. Wybraliśmy grań Festi (Festigrat) – długą na niemalże 1800 metrów, drogę pierwszego wejścia na Dom, wycenianą na PD+. Jest praktyczniejsza niż droga normalna: wyprowadza wprost na wierzchołek, podczas gdy ‘normal’ prowadzi w dół na lodowiec, a następnie szerokim łukiem omija szczeliny i pnie się zygzakami po północnej ścianie, będąc przy tym dłuższym i bardziej nużącym. Jest on jednak na pewno opcją bezpieczniejszą…
Skał na grani było nad wyraz dużo – o niebo więcej, niż na jakimkolwiek zdjęciu z Festi, które oglądałam dotychczas. Łącznie, sięgały jakiś 300 metrów ponad Festijoch. Trudności rzędu II, może II+, nie więcej, i to w kilku zaledwie miejscach. Idziemy wszyscy na jednej linie, 50 m. Początek śnieżny, szybko jednak wchodzimy w skały. Nie są trudne. Ja jednak zaczynam zwyczajnie zdychać. Mam wrażenie, że nie wytrzymam narzuconego tempa, choć walczę i napieram. Dla chłopaków robi się chyba za wolno.
“Co jest grane, do cholery?? Gdzie ta klima? Jeszcze nie osiągnęliśmy 4 tysięcy, a ja już ledwo żyję. Nie tak to miało wyglądać….”.
Słyszę z przodu krótkie “Męczące te skały.”, ale nijak nie wpłynęło to na tempo akcji. Napieramy, nie ma co jojczyć. Za mną Igi z Mattim nie dają nic po sobie poznać, Igi czuje się wręcz doskonale. W pewnym momencie muszę chwycić się mocniej skały, co by nie stracić równowagi, bo zaczynam mieć autentycznie mroczki przed oczami. Odlot – pierwszy raz czegoś takiego doświadczam. Nogi słabną, zaczynają się plątać. W pewnym momencie, wychodząc na pokryty lodem teren za słabo wbijam w podłoże rak i ujeżdżam, naszczęście, nie szłam pierwsza…
Potem robi się lepiej, organizm się powoli przyzwyczaja, do biegania jednak mi daleko. Gdy wychodzimy z tego terenu uświadamiamy sobie, że dalsza część ‘śnieżna’ to w efekcie lód, przynajmniej w stale zacienionych miejscach. Śnieg był przewiany i wytopiony, a opadów nie było od dłuższego czasu. W pewnym momencie Igi bierze cały szpej do lodu i przejmuje prowadzenie. Świetna forma w skałach jednak niestety ustępuje, i również zaczyna odczuwać kondycyjne trudności wspinaczki. Teren oferuje gdzieniegdzie miejsca wyłącznie na przednie zęby raków. Takiego oblodzenia się tu nie spodziewaliśmy. Śruby idą w ruch.
Mijają kolejne minuty. Wchodzimy mozolnie coraz wyżej, dostrzegając powoli dobiegającą do naszej drogę normalną, a na niej ludzi, którzy jeszcze niedawno wchodzili na Festijoch po nas…
„Świetne mamy tempo…”
Końcówka w fajnie zmrożonym śniegu, wyprowadza nas wreszcie na wierzchołek w okolicy godziny 10 rano. Jak się okazuje – jesteśmy ostatnim teamem z całej plejady, która wyruszyła o podobnej porze. Prawdziwi herosi ;) Humory jednak mamy doskonałe :)
Chwilka na szczycie, podziwiamy dookoła… wszystko w zasadzie. Całe Alpy Pennińskie, plus wiele innych olbrzymów w oddali, w tym nawet Gran Paradiso czy masyw Blanka.
Schodzimy drogą normalną – przedeptaną jak nartostrada. Ciągnie się niemiłosiernie, momentami wręcz zatacza takie koło, jakby miała wyprowadzać w przeciwną stronę (pod Lenzjoch). Po drodze przechodzimy koło seraków, wiszących nad nami jak siekiera kata, wielkich jak kilkunastopiętrowe budynki. Instynkt samozachowawczy nakazuje szybki marsz przez ten rejon, jednak sił brakuje, mimo, iż ewidentne ślady nie tak dawnych obrywów przecinają nam drogę. Dodatkowym demotywatorem jest konieczność podejścia jeszcze na przełęcz Festi. Zejście z przełęczy z powrotem na lodowiec Kin wygląda dość ciekawie w naszym wykonaniu, kiedy plączemy się we własnych i zawieszonych na stałe linach. Od tego momentu, z nieskrywaną, niepoprawną wręcz nadzieją, szukam mojego aparatu.
Do ostatniej chwili…
Znajduję go w namiocie, po 12 godzinach od ‘rozstania’ – na ułożonych przez nas wcześniej przed wyjściem śpiworach. Radość moja nie ma granic! Żałuję, że znalazca nie zrobił sobie nim zdjęcia – może miałabym okazję podziękować? :)
Dom to kawał góry. Pięknej góry. Bez dobrej aklimatyzacji – może jednak zamienić się w męczarnię. Schodzimy następnego dnia. Zmęczeni, jak konie po Wielkiej Pardubickiej, ale z ogromną satysfakcją.
Po zejściu do Randy przenosimy się z powrotem do Saastalu, gdzie czeka na nas jeszcze jedno zadanie: ambitne, budzące wątpliwość, czy aby wykonalne w takich warunkach. Nadelgrat.
Zobacz również:
Czterotysięczniki alpejskie- info
Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)
Weissmies, 2010
by Mooliczek on sie.01, 2010, under Nasze wyjazdy
Weissmies, 4023 m, Alpy Pennińskie, Grupa Weissmies
Droga: Trift, PD
Data: 2010.07.10-11
Po przejściu szerokiego jak spacernik chodnika, po ok 30 minutach dostajemy się na lodowiec. Kolejność ustalona – idę pierwsza, jako czujka szczelinowa.
Boże drogi, męczę się. Powolutku, krok za krokiem, wysokość daje znać o sobie. Żadnych bólów głowy, sensacji żołądkowych czy sraczek – po prostu dyszę i sapię. Czuję, że chłopaki z tyłu najchętniej pogoniłyby mnie dziabą, ale cóż – wystawili mnie na front, to teraz poczekają.
Wreszcie, w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, stajemy na pustym jeszcze wierzchołku Weissmies.
Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)
Kołowy Szczyt – trawers granią od Jagnięcego Szczytu
by Mooliczek on lip.06, 2010, under Nasze wyjazdy
Kołowy Szczyt, 2230 m, Tatry Wysokie
Droga: północno-wschodnią granią od Jagnięcego Szczytu, I+
Data: 2010.07.03
Miało być ambitnie (bo przecież jadą same rzeźniki). Jeszcze na Zakopiance rozważaliśmy inny rejon, gdzie można było powalczyć o życie, polansować się i wrócić po laur zwycięzców i bohaterów kolejnego odcinka z cyklu „Jak mus to mus”. Jednak perspektywa upływającego i nadchodzącego tygodnia/tygodni oraz ogólnie nieprzyjazny misjom samobójczym biometr przeważył na korzyść opcji „turistas”. Nie mieliśmy w prawdzie żadnego topo czy opisów, ale stwierdziliśmy, że na drodze za I damy radę i bez tego.
Podchodzimy na Wyżnią Przełęcz pod Kopą. Prognozy mówiły coś o „sobotniej lampie”… „Nie wiem, gdzie…Chyba w Popradzie. Trzeba było jechać do Tesco” – rzucamy z rozrzewnieniem pod nosem. Tatry Bielskie w chmurach. Płaczliwej Skały i Hawrania nie widać, Szalony Wierch i Jatki na wyciągnięcie ręki. My jednak odbijamy w lewo, na Koperszadzką Grań w kierunku Jagnięcego Szczytu.
Ścieżka ewidentna, nic spektakularnego się nie dzieje. To wręcz relaksująca trasa – w pewnym momencie aż mnie ciągnie w jakiś komin, który chłopaki obchodzą dookoła. Do teraz każda ze stron się spiera, gdzie prowadziła faktyczna ścieżka ;) Sama droga urokliwa – byłaby bardziej, gdyby nie chmurzyska.
Po pewnym czasie dochodzimy do znakowanego szlaku, tuż pod szczytem Jagnięcego. Na wierzchołku wita nas wszechotaczające nas mleko. Tak, bardzo to było motywujące… To miała być luźna trasa z widokami… „Nie ma widoczków, więc nie polecam” – jakby powiedziała pewna forumowiczka dość popularnego górskiego forum.
Decyzja jednak zapada: lecimy dalej, w kierunku Kołowego Szczytu.
Schodzimy do Kołowego Przechodu. Trzymamy się ścieżki póki jest jeszcze w miarę widoczna. U góry chmury się kotłują, niewiele widać. W pewnym momencie droga schodzi lekko w dół. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo zaczęliśmy się oddalać od grani. Długo się zastanawiamy, którędy iść. Szukamy kopczyków – bezskutecznie. W końcu jednak decyzja zapada, że podejdziemy wyżej – w końcu to miała być przecież graniówka! W międzyczasie uzyskuję krótki opis z Summitposta i informacja się potwierdza: do góry (a łyżka na to ‘niemożliwe’…).
Zaczyna się robić fajnie, bo im dalej, tym częściej jednak używamy rąk (a ponoć małpy zeszły z drzew 10 k lat temu). Podejście pod Czerwoną Turnię jest trochę zagmatwane, wybieramy kilka wariantów, część z nas idzie jednym, część drugim. Myślałam, że będziemy ją trawersować, okazuje się jednak, że droga prowadzi przez wierzchołek, potem zaś dość eksponowaną i wąską, poziomą granią. Schodzimy na małą przełączkę i kolejne podejście, szybsze, tym razem na wierzchołek Modrej Turni. Ten odcinek mija błyskawicznie. Wreszcie (!) pierwszy znak zapytania: droga zejściowa prowadzi wprost na wąską szczerbinę, oddzielającą ją od Kołowego Szczytu. Jacek idzie wybadać teren: okazuje się, że uskok szczerbiny to mniej więcej 3-metrowa pionowa ścianka. Można ją obejść z prawej strony, po wąskich quasi-płytowych skałach, wtedy jednak były mało przyjazne, bo wcale śliskie od wilgoci. Zatem: lina. Lekkie zniechęcenie, bo nikomu się specjalnie nie chce wyjmować wszystkich gratów, które do tej pory siedziały w plecaku. Jacek idzie pierwszy, schodzi na szczerbinę i tam zakłada stan. Potem Mateusz i Igi, ja na końcu. Podczas mojego zejścia Igi czuwa , bo schodzę w zasadzie bez góry. Fajne miejsce, coś tam swojego wystękałam. Takie I z plusem.
Potem zostaje już tylko podejście na Kołowy Szczyt. Droga ze szczerbiny biegnie początkowo na prawo od grani, potem już w zasadzie przy jej krawędzi (choć ciężko ją tak nazwać – jest dość szeroka). Znowu kilka ciekawych miejsc, mokra skała tylko uatrakcyjnia to przejście. W międzyczasie pokazuje się całe otoczenie Kieżmarskiej Doliny: Kieżmarskie Szczyty z imponującą północną ścianą Małego Kiezmarskiego, dalej Widły i Łomnica, oraz wyraźnie wyrysowane Miedziane Ławki. Masyw Durnego z tej perspektywy wyglądają nad wyraz ciekawie.
Na szczycie widoki raz są, raz ich nie ma. Pamiątkowa fota przy drewnianych kołkach i schodzimy. Opcja pociągnięcia grani dalej zostaje przełożona na inny termin, bo czasu mało, a i jakoś tak forma w większej części ekipy nie dopisywała.
Zejście z Kołowego na Przełęcz pod Czarnym Szczytem okazuje się nudne, nic się na nim nie dzieje. Docieramy do Jastrzębiej Doliny - patrzę w dół na schronisko nad Zielonym Stawem. „Daleko…auć.”. No nic, trza schodzić.
Po dwóch godzinach sytuacja się nie zmieniła – schron wyglądał na tak samo mały i tak samo odległy! Ugh, rzeźnia.
Dochodzimy do uskoku doliny – łańcuchy nas mocno męczą, ale fakt faktem, pozwalają na szybki transport w dół. Wanty były całe mokre i raczej nie pozwalały na bezpieczne zejście bez jakiejkolwiek asekuracji, więc pewnie rzeźbilibyśmy długo z linami w tym miejscu.
Wreszcie docieramy nad Zielony Staw Kieżmarski. Stąd jeszcze 2 godziny na dół – ta perspektywa jest dość demotywująca. Jednak jak mus, to mus…. Przecież nie robimy tego dla przyjemności ;)
Część zdjęć dzięki uprzejmości Mattiego :)
Żabi Koń – wschodnią granią
by Mooliczek on cze.14, 2010, under Nasze wyjazdy
Żabi Koń, 2291 m, Tatry Wysokie
Droga: wschodnią granią, III/III+
Data: 2010.06.12
Debbie Harry rules!
Tytułem wstępu – przed przeczytaniem poniższej relacji zdecydowanie proponujemy posłuchać wcześniej jednej z piosenek zespołu Blondie, aby wczuć się w klimat, jaki panował w naszym zespole podczas tamtej wycieczki:
http://www.youtube.com/watch?v=8CmhqoB1lNE
„Heart of Glass” towarzyszyła nam przez całą drogę, nucona na zmianę przeze mnie i przez Jacka, a jej fałszowana nuta rozbrzmiewała to nad Żabią Doliną, to nadBulą pod Rysami. Klasyczne odreagowanie stresu.
Afera bułkowa
Po zejściu ze szlaku prowadzącego do Chaty pod Rysami w stronę Kotlinki pod Żabim Koniem, usadawiamy się na kamolach celem przyswojenia śniadania. Na parkingu jeszcze pytałam Igiego, ile bierze bułek: „Tyle, ile potrzeba. Wszystkie” – odpowiada zdecydowanym tonem. Na naszym pierwszym postoju zaczynam więc grzebać w jego plecaku, a nie znalazłszy jedzenia, rzucam mu pytające spojrzenia. Ten, nie mogąc uwierzyć, zaczyna się miotać:
Igi: To Wasza wina! Zagadaliście mnie!
Mooliczek & Jck: Taaaa….
Igi: Poza tym… Mulik, Ty za dużo jesz. Nie można się tak obżerać!!
Mooliczek & Jck: :-D
Igi: A tak w ogóle… to… Mulik, przecież Ty nie jadasz chleba na śniadanie!
Mooliczek & Jck: :-))))))
Rozpaczliwe próby obrócenia kota ogonem spełzły na niczym ;) Ja natomiast pogodziłam się z faktem, że batony będą musiały wystarczyć. Ta akcja miała mieć jednak swój finał na końcu.
„Mulik, masz już zapasowe majtki przypięte do szpejarki?” – takim pytaniem pożegnał mnie Radek przed naszym wyjazdem w piątek. Nie bez powodu, wszak pakowaliśmy się na jedną z najbardziej (ponoć) powietrznych grani w Tatrach. Wiedzieliśmy, że przyjdzie nam tam zapewne wziąć kilka razy głębszy wdech. Podchodzimy pod lewy skraj Tarasu w Rysach – zalega tam jeszcze trochę śniegu, dało radę bez raków. Znajdujemy rynnę (wyceniana na I+/II-), którą mamy dostać się na balkon w zachodniej grani Rysów, a stamtąd na samą grań. Jacek prowadzi, ja w środku, Igi na trzeciego. Bierzemy linę, bo cholera wie, co tam zastaniemy. To był dobry pomysł, bo w jednym czy dwóch miejscach warto było założyć jakiś przelot – byliśmy w zwykłych butach, a skała była miejscami mokra i śliska.
Wyjście z rysy kończy się na rozległej, poprzecinanej trawkami, pochylonej nieco płycie. Gdy na nią wchodzę, Jacek stoi już na jej drugim końcu. Nagle słyszę: „O k***a”. „Mhm, Jaca zobaczył Konia zapewne” – powiedziałam pod nosem. Podchodzimy wszyscy …. i cóż. No jest tam, jest ;)
Jck: „O k***a”
Igi: „Osz k***a”
Mooliczek: „Ale zajebiście!”
Generalnie, formacja robi wrażenie z tej perspektywy. Patrząc na wyłaniającego się z cienia w pierwszych promieniach wschodzącego słońca Żabiego Konia, ugięły nam się nogi w kolanach. Widzę, że chłopaki pomilkły, ja dostałam głupawki, zaczynam śpiewać i gadać różne głupoty. Cóż, na stres każdy reaguje inaczej…
Widzimy ringa zjazdowego. Na Żabią Przełęcz musimy zjechać ok 12 metrów, gdyż podejście na nią z dołu jest dość ciężkie: od słowackiej strony za VI, od polskiej za II, ale potworna kruszyzna. Najsensowniej jest więc zjechać.
Jedziemy: Jacek, Igi, ja. Czekając na swoją kolej słyszę tylko, jak wiatr świszczy raz z jednej strony przełęczy, raz z drugiej. Adrenalina już działa, krew szybciej krąży w skroniach. Luft jest mocny. Po przejściu na drugi koniec przełęczy Jck montuje stanowisko. Po zjeździe wszyscy się tam dopinamy i przygotowujemy do wejścia na grań. Przed zjazdem zdecydowaliśmy, że to droga Jacka i to on prowadzi. To on miał tam walczyć ze swoimi demonami.
Idzie. Tracimy go z oczu, kiedy znika nad naszymi głowami. Patrzę tylko, jak znikają kolejne metry liny, którą mu wydaję.
Pierwszy wyciąg to trawers Dolnego Konia — na polską stronę opadającego urwiskiem, a na słowacką — w formie połogiej płyty długiej na ok. 40 metrów. Całą drogę pokonuje się zwykle na tarcie po stronie Żabiej Doliny, trzymając się krawędzi. Słyszymy kolejne komunikaty Jacka w stylu: „Jest kostka!”, „Jest friend!”. Nagle, jedna z żył liny tak potwornie się precli, że nic nie mogę z tym zrobić. Czuję, że Jck chce iść, a ja go nie puszczam! Igi mi pomaga, ale im bardziej chcemy, tym gorzej wychodzi. Słyszę, jak krzyczy do nas: „Dajcie luz!”- a ja nic! Wreszcie, każemy mu usiąść z bezpiecznym (!!!) miejscu i się zapiąć do czegoś, bo to, co się tutaj dzieje, to jakiś dramat. Po ok 5 minutach udaje nam się jako tako uporządkować linę. Puszczamy Jckdalej. Motyle nogi poleciały….
Wreszcie, mamy za sobą pierwszy wyciąg. Dochodzę do Jacka. Spoglądamy ze stanowiska w kierunku Igora, ze zdumieniem patrząc jak podczas swojego przejścia wyciąga przeloty na stojąco. To się nazywa „mieć psychę”… Ogólnie jednak doszliśmy do wniosku, że ten odcinek był raczej przyjemny, pomimo drobnych problemów z wydawaniem liny. Dodatkowo, na jego końcu powitały nas trzy haki, które posłużyły nam za pancerny stan do kolejnego wyciągu.
Stajemy przed kolejnym fragmentem grani: 10-metrowym, pionowym uskokiem. „K***a” – rzuca Jacek. Onieśmieliło go to nieco (jak i wszystkich), ale nie decyduje się oddać prowadzenia. Twardziel. Wychodzi do góry. Patrzymy, jak przeciska się przez wąską szczelinę, by wyjść na chwilę na północną ścianę Konia, po czym wywija zaraz z powrotem na część słowacką. „Tu jest kolejny hak!” – rzuca z góry w międzyczasie. Kiedy po chwili zmontował nieco wyżej stanowisko, ruszamy za nim.
W życiu nie szłam po tak wąskiej formacji skalnej. Uczucie przedziwne, kiedy wiesz, że chwytając się krawędzi część Twojej dłoni dotyka ściany południowej, a druga część – ściany północnej! Serce bije szybciej, ale czujesz, że po prostu chcesz iść dalej. Dochodzę do miejsca, w którym Jacek przechodził na moment na północną stronę. „Hm” - patrzę i się zastanawiam, jak on to zrobił, że wyszedł potem z powrotem na grań? „Przecież po tej stronie wszystko się nawiesza, jak stąd wyjść?”.
Myślę. Po chwili Jck krzyczy: „Musisz wejść na taki najniższy stopień, centralnie na krawędzi obu ścian.” Rozglądam się dookoła: mam go na wysokości biodra. „No tak, czyli gimnastyka”. Chwytam za krawędź powyżej, stopy na tarcie, podciągam się i wskakuję lewą nogą na ów stopień. „Ożesz!”… Czuję, jakbym przytulała się do ostrza noża biegnącego wzdłuż ciała, stojąc na niewiele szerszej krawędzi jego rękojeści.
„No i?” – pytam.
„No, musisz z niego wyjść do góry” – i się śmieje, paszczydło jedne.
„Heh….”.
To musiały być szybkie ruchy, raz, dwa, trzy, tu chwyt, tam tarcie, odciąg i – jestem. „To było mocne” – rzucam, wpinając auto.„Oj, tak” – odpowiada Jaca, uśmiechając się głupio.
„Uuuu- uuu, uuooooooooooo” – śpiewamy sobie na głos Blondie, chichocząc pod nosem z radości i z lekkiego podenerwowania. Debbie jest cały czas z nami.
Patrzymy na Igora – ten mknie do nas, walcząc po drodze z friendem, który nie chce wyjść, potem zaś zmaga się nieco z wyjściem na południową ścianę Konia. Jest jednak z nas najwyższy i ”daje z buły” – to wszystko wystarczyło, żeby miał tam zwyczajnie prościej. Po chwili znowu jesteśmy w komplecie, wpięci w stanowisko tuż ponad uskokiem.
Jacek nadal czuje moc, pokonanie tej części dodaje mu kurażu i 100 punktów do „psychy”. Idzie dalej na pierwszego. Stanowisko po drugim wyciągu założył wcześniej, niż pokazuje topo M.Tertelisa, więc teraz musiał pokonać pozostawiony jeszcze fragment grani (przypominającej swą formą pierwszy wyciąg), żeby podejść do początku kolejnego odcinka: Górnego Konia.
Górny Koń jest dłuższy od Dolnego, bardziej stromy, niż połogi, ale i mniej „ostry”. Nie oznacza to jednak, że nadmiernie prosty, bowiem więcej w nim obłych, płytkich chwytów niż krawędzi, co sprawa, że teren robi się mniej pewny. W jednym miejscu wszyscy mocno się zastanawiamy i rzeźbimy chwilę: trzeba było przewinąć się w całości na słowacką stronę, w tej cudnej lufie i to bez dobrego chwytu. Trzeba wykonać – jak to Jck nazywa – „syty ruch”: ręce na odciąg, lewa stopa daleko na ścianę i się „wywinąć”.
Once I had a love and it was a gas
Soon turned out had a heart of glass
Seemed like the real thing, only to find
Much of mistrust, love’s gone behind
…Blondie cały czas z nami…
Jacek rusza do góry. Tym razem, pionowy uskok pod wierzchołkiem jest niższy niż poprzedni, ma ca. 3 metry. Miał to być przedostatni wyciąg (bo drugi skróciliśmy nieco), jednak szybko okazuje się, że po wyjściu nad próg Jacek dostrzega już pętle na szczycie, a przed nimi względnie bezpieczny, nietrudny technicznie teren. Postanawia zatem dociągnąć do końca i zamontować stanowisko już na samej górze. Teraz moja kolej. Wypinam się ze stanowiska, wszystko gotowe…. i masz! Wypada mi z ręki mój ATC, by spaść aż do podstawy ściany… Tym sposobem pozbawiłam się przyrządu zjazdowego. Ze szczytu zaś czekają nas dwa zjazdy na stronę zachodnią grani.
„Pojedziesz na półwyblince” – rzuca cicho Igi.
„No pewnie, co mam nie pojechać?…
Szybko przechodzę ten odcinek. Wreszcie, wierzchołek! Dołączam do Jacka i wydaję z siebie krótki, niekontrolowany okrzyk radości! Niedługo potem pojawia się Igi – jak się okazuje, po walce z „pająkiem-agresorem”, który „rzucił się na niego”, kiedy ten próbował wyjąć nie chcącego wyjść ze szczeliny frienda. „Serio Wam mówię, poczuł drań drgania skały, wszedł do dziury z drugiej strony, zniknął mi z oczu i chciał mnie zaatakować!”. W tym momencie umarliśmy ze śmiechu we troje :D
Na szczycie prażymy się w słońcu, odpoczywając nieco i wesoło wspominając drogę, którą przed chwilą przebyliśmy. Przeglądamy też zamokły całkowicie zeszyt wpisów. Odnajdujemy wpisy KEG-ów wykreślając je oczywiście i naklejając w to miejsce naklejkę Summitera ;-D ;-)
Po godzinie decydujemy się wracać. Pierwsza myśl o zjeździe na półwyblince ustępuje zaraz innej: chłopaki chcą mnie opuścić na linie (mamy do dyspozycji ring zjazdowy), abym poszukała kolejnego stałego punktu. Przełykam głośno ślinę, bo nie dość, że ściana się nawiesza i ma to być „zjazd swobodny” (ok. 25 metr ów), to jeszcze nie wprost na dół, tylko lekko na lewo. „Nic, raz kozie śmierć!”. Jadę. W międzyczasie łapię krawędź turnicy, która mi wyrasta za plecami i wdrapuję się na nią. Potem, asekurowana cały czas przez chłopaków z góry, schodzę na Wyżnią Żabią Przełęcz i szukam drugiego punktu zjazdowego. „Jest!” – krzyczę. Okazał się znajdować pomiędzy drugą a trzecią turniczką na przełęczy.
Kolejny zjazd przebiega podobnie, jest jednak odrobinę krótszy (ok. 22 metry). W międzyczasie zrywa mi się ze smyczy aparat (!!!) i mknie w dół! „No nie…” - aż mnie serce zabolało, wszystkie zdjęcia… „To chyba nie mój dzień…”. Na szczęście zatrzymuje się 1,5 metra od urwiska. W jednym kawałku.
Dojeżdżam do ścieżki, odwiązuję liny, przebieram się, idę zgarnąć aparat, wracam i czekam na chłopaków. Po chwili jesteśmy już w komplecie, wcale jednak nie w bardziej bezpiecznym terenie. Na dno doliny jeszcze kawałek drogi, a ścieżka — choć wydeptana — jest dość kręta, wąska i biegnie stromo w dół. Wzmaga to naszą koncentrację, głównie z uwagi na mokrą skałę (roztopy) i zalegający miejscami śnieg. Pełni skupienia i powagi, zostajemy jednak wreszcie rozbrojeni przez Igora:
„Widzicie? To dzięki mojej pomysłowości mamy teraz w aucie świeże bułeczki!” – rzuca z zadowoleniem. Prawie się osunęłam metr niżej po tych słowach :D
Po przejściu z Kotlinki pod Żabim Koniem nad Żabie Stawki, osiągamy nasze poranne „niedoszłe miejsce śniadaniowe”, gdzie możemy sobie wreszcie podziękować. Rozwalamy się na kamieniu i …. zasypiamy. W pełnym słońcu. Skutki tego z pewnością utrzymają się na naszych gębach jeszcze przez wiele dni ;) Po godzinie budzę towarzystwo i ruszamy czerwonym szlakiem w dół, do Popradzkiego Plesa, często oglądając się za siebie. Żabi Koń został ujarzmiony, choć była to niewątpliwie jazda na oklep.
Kościelec – południową granią (Grań Kościelców)
by Mooliczek on cze.08, 2010, under Nasze wyjazdy
Kościelec, 2158 m, Tatry Wysokie
Droga: południową granią (Grań Kościelców), III
Data: 2010.06.05
Ale to był fun!
Sobota rano. Podejście pod Mylną Przełęcz było takie se. Niby dosłownie resztki czerwcowego śniegu, ale skała była mokra i pierońsko śliska, rzucaliśmy pod nosem same przekleństwa oczami wyobraźni widząc już siebie rzeźbiących na takiej samej grani… Chłopaki kilka razy chciały zamienić plan A na plan B, tj. melanż w Murowańcu. Nie dałam się ;)
„To jest obite?” – pytał na początku Jck.
„Ponoć, tak mówią” – odparłam
Nie, żebyśmy wiedzieli gdzie i czym, ale to nie miało specjalnego znaczenia, szpej na tyłkach wisiał, więc w razie „w” było czym i gdzie przyasekurować.
Dalej, po wyjściu na Szafę maluje się przed nami drugi uskok: niewiele insza inszość od poprzedniej formacji tyle, że ta nie jest obita. Pokonanie jej nie sprawia jednak trudności, asekuracja dobrze siada (kostki/friendy/pętle), słonko świeci, ludzie na dole zaczynają podchodzić na Zawrat. Myślę sobie: Boże drogi, dzięki Ci, że ja nie muszę się tak męczyć.
Po założeniu stanowiska nad drugim uskokiem chłopaki dołączają, czytamy WHP, myślimy. Po przejściu kawałka poziomej grani wyrasta przed nami trzeci pionowy uskok, który w bezpośredni sposób otwiera łatwą drogę do wierzchołka Zadniego Kościelca. Schodzimy na siodełko tuż przed nim, patrzymy i koncypujemy. Mamy do wyboru cztery zasadnicze warianty: trudno, trudno, dość trudno, nieco trudno. Ostatni: odpada, trzebaby było zejść w kleterkach po śniegu i obejść całość – strata czasu, nie chce nam się w tym babrać. Patrzymy na uskok z perspektywy pierwszego wariantu: widzę spita i wyżej, kotwę. Całość poprzecinana prawie pionowymi pęknięciami i ryskami – ale wygląda jak najbardziej wkaszalnie. „A kurde, nie chce mi się rzeźbić w śniegu, pierdzielę, lezę tędy” – powiedziałam. W zespole pełna zgoda, więc jak pomyślała, tak zrobiła. Tym samym, w całkiem fajny i chyba najsensowniejszy sposób znajdujemy się po jakiejś niedługiej chwili na szczycie Zadniego Kościelca. Sami. W przeciwieństwie do tłumów na Kościelcu i Świnicy. Pełny luksus, zero kursantów, all inclusive. Brakowało tylko drinków z palemką.
Zejśćie z Zadniego trochę mnie męczy psychicznie. Wchodzę idiotycznie w I-kowy teren, mało logicznie, po drodze wpadam w śnieg, ujeżdżam, klnę pod nosem, odechciewa mi się wszystkiego. Wreszcie gdzieś tuż pod Zadnim się loguję i zakładam stanowisko, schodzi do mnie Igi, a na końcu Jacek. Nie ma szans, musimy zmienić buty, baletki tutaj to jakieś nieporozumienie. Pod Kościelcową Przełęcz śnieg o konsystencji białej kupy, dalsza walka w kleterkach nie ma sensu. Jck przejmuje prowadzenie i po chwili meldujemy się na przełęczy. Tutaj decydujemy, że ostatnie dwa wyciągi weźmie Jacek. I znowu zmiana butków. Droga okazała się obita (cóż, odkrycie… ;) ) i serwowała ładną ekspozycję i dużo możliwości fajnych ruchów. To było naprawdę przyjemne, tak mogę się wspinać ;)
Wreszcie zasiadamy na Kościelcu, rozwalając się ze szpejem gdzie popadnie, zajmując w efekcie połowę miejsca na szczyie (!). Wiocha, ale z należytą dozą kultury i dobrego nastroju. Michy się cieszą co niemiara, dawno nie byliśmy wszyscy tak uradowani w górach! Szczerze, jak dzieci :) Chwilę odpoczywamy, gadu gadu z miejscowymi, i zbieramy się do zejścia. Schodzimy przez Karb i Mały Kościelec nad Czarny Staw, do Murowańca i dalej, do Kuźnic, skąd wracamy jeszcze tego samego dnia do domów.
Tym sposobem, sezon otwarty również w zespole Summitera :)
Lawina w Dolinie Zimnej Wody.
by igi on kwi.19, 2010, under Nasze wyjazdy
Tatry Wysokie – Dolina Zimnej Wody 17.04.2010.
Lawiny spadające ze Żlebu Birkenmajera i Żlebu Stilla.
Czerwony Żleb – trawers Szatana
by Mooliczek on kwi.12, 2010, under Nasze wyjazdy
Szatan (Satan), 2422 m, Tatry Wysokie
Droga: trawers Czerwony Żleb – Szatani Żleb, AD+
Data: 2010.04.10
Sytuacja wyjściowa
Trzy miesiące bez żadnej sensownej akcji. Trzy miesiące melanżu, tudzież innych typowo (nie)górskich zajęć. Zima 09/10 wpędziła nas w marazm, do którego droga prowadziła przez zniecierpliwienie, złość, zrezygnowanie, depresję, nadzieję, wściekłość, wesoły sceptycyzm, kompletną ignorancję i ogólny brak motywacji. Jak się ma do dyspozycji tylko weekendy, to trzeba jednoznacznie powiedzieć – to był sezon ogórkowy. I to skisły, aż człowieka krzywiło.
„Będą waruny, będą waruny, będą wa…”
Na początku tygodnia strona startowa gugli ustąpiła miejsca prognozującej pogodę w Tatrach. Już nie sprawdzaliśmy jej raz, dwa razy dziennie, tylko raz, dwa razy na godzinę. Nastroje zmieniały się sinusoidalnie, ale im bliżej weekendu, tym amplituda była większa. Emocje jak przy oglądaniu serialu brazylijskiego! W międzyczasie odprawiamy gusła i inne pogańskie obrządki, mające za zadanie sprowadzić sensowną pogodę. Zdawaliśmy sobie sprawę, że niektórzy całe życie czekają na warunki, ale ileż można??
Wreszcie, piątek rano i decyzja: jedziemy. Zobaczymy, co będzie – na miejscu, a nie zza szybki monitora. Cóż…a w drodze „na miejsce” leje, jak z cebra. „No bomba – u góry pewnie na… naparza śniegiem. Będzie miło.” – skwitowaliśmy z Igim, jadąc na spotkanie z chłopakami, w kierunku Popradzkiego Plesa.
Z parkingu wychodzimy parę minut po 4tej. Mgła i temperatura w plusie. Jeśli pojawia się śnieg – to w formie ciężkiej, mokrej breji. Przy rozwidleniu szlaków na Wagę i Koprowy, odbijamy w lewo. Po drodze mgła opada, ale chmury nadal przysłaniają najwyższe punkty Grani Baszt. Mimo to, w końcu możemy dopatrzyć się naszego celu, do którego przystawiamy się od początku roku: Czerwony Żleb. Niepewność co do warunków utrzymywała się aż do tamtej chwili: czy będzie wystarczająco zaśnieżony? Czy i gdzie pojawi się lód? Ciekawość. Latem, to 14 progów skalnych, wycena IV. Zimą – w skali skialpinistycznej – S6. Ale teraz, patrząc z daleka – wyglądał bardzo interesująco. Przynajmniej nie było widać odsłoniętych skał – to już dużo. Po progu w Karczmarzu byliśmy przygotowani na rzeźbienie….
Napieranie
Pogoda – póki co – nie napawa optymizmem, ale jak zębami krawężnika, trzymamy się ostatnich konsultowanych prognoz pogody: rano ma być lampa, po południu kicha.
Wchodzimy w rynnę w dwa zespoły, liny 2 x 50 m. Przed nami ponad 500 metrów wspinu całkiem fajnym żlebem. Igi prowadzi naszą dwójkę, chwilę za nami pojawiają się chłopaki. Początek dość czujny, jest sypko, śnieg mokry i przepaścisty. Trzymamy się prawej strony, póki jeszcze robi to jakąkolwiek różnicę. W miarę jak pole manewru się zawęża, przesuwamy się bliżej środka. Warunki polepszają się nieco, śnieg robi się twardszy, miejscami pojawia się lód. Igi (psiocząc w duchu na swoje buty) męczy się trochę przy wykopywaniu stopni, mimo uciążliwości sprzętowych ma jednak doskonałe tempo.
Chmury wreszcie się podnoszą, za nami pokazują się, kolejno: Rysy, ze swoją interesującą, zachodnią ścianą, masyw Wysokej, a przed nią Popradzka Grań, dalej Kończysta, aż w końcu Gerlach. Robi się naprawdę sympatycznie, jak na poranny, sobotni spacer.
200 % Szatana
Niewiele po ponad 2 godzinach pojawiamy się na Przełęczy nad Czerwonym Żlebem. Panuje powszechne zadowolenie, gęby się cieszą. Jest tuż przed 10tą, widoczność się pogarsza, pojawia się pytanie: co robimy dalej? Plan minimum czy full? Na Szatana z tego miejsca jest latem ok. 30 minut… Decyzja jest szybka – idziemy.
„Mulik, napierasz” – słyszę żartobliwą komendę. „Cóż” – myślę, „jak trzeba, to trzeba”. Poszłam pierwsza wiedząc, że zaraz zapewne wpakuję nas w trudności większe, niż przewiduje opis drogi. To taki boży dar, mogłabym brać udział w programie „Mam talent!” – szukam najkrótszej drogi z punktu A do punku B… Potem usłyszałam: „Poszlibyśmy wszędzie, tylko nie tam!”. Ale przyjęłam to na klatę. Nie można być doskonałym we wszystkim ;)
Chwilę później idziemy już we właściwym kierunku. Jak się okazuje, z przełęczy musimy obniżyć się nieco na siodełko (a nie iść w kierunku grani) w żebrze opadającym z Szataniej Turniczki, a dalej – dość wypłaszczającym się terenem, dochodzimy do stromawego, aczkolwiek krótkiego kominka. Tam montujemy przelot z haka – pierwszy na całej drodze. W międzyczasie dostajemy informację z Polski o katastrofie prezydenckiego samolotu…
Ruszamy jednak po kolei, kominkiem w dół, gdzie zaraz przed oczami wyrasta nam południowy wierzchołek Szatana. Mieliśmy małe deja vu – to przejście wyglądało jak taki mini Gerlach. Po drodze widoczność sukcesywnie maleje, dwukrotnie pokazało nam się Solisko i Szczyrbski Szczyt, jednakże to było wszystko, co mogliśmy podziwiać tego dnia ze szczytu. Po dotarciu do najwyższego punktu programu stwierdzamy z Jck zgodnie: drugi raz na Szatanie, i drugi raz g… widać. Próba odnalezienia szczytowej puszki kończy się fiaskiem z uwagi na niewystarczającą motywację poszukującego. Nawet groźby w stylu „ kto się nie wpisze, ten nie był” nie pomogły. Generalnie – kolega miał zlewkę na misia. Grupowe zdjęcie (choć można by pewnie nam imputować, że równie dobrze mogło być zrobione na Suchym Wierchu Kondradzkim) i decyzja: kontynuujemy opcję „full planu” i schodzimy Szatanim Żlebem, zaliczając jeszcze po drodze wierzchołek północny. 200% Szatana!
„Pogoda, jak na sanki”
Jacek przejmuje prowadzenie. Głównym tematem tej części drogi jest znalezienie rynny prowadzącej z okolic wierzchołka północnego w pobliże Szataniej Przełęczy, skąd opada Szatani Żleb – nasza droga zejściowa.
Szybko docieramy do rynny, gdzie Jck montuje stanowisko zjazdowe. Plan: trójka zjeżdża 100 metrów, Jacek decyduje, że schodzi – też 100 metrów. Jedziemy. Po drodze 3 przeloty na zejście dla Jck. Wreszcie, po dotarciu na wysokość Szataniej Przełęczy, podchodzę pierwsza w jej kierunku. Słynnego „okienka” nie widać, jest całkowicie zasypane. Tymczasem, chłopaki przygotowują plac pod zejście dla Jck. Małe zamieszanie, za wcześnie wydana Mu komenda do zejścia powoduje, że zaczyna schodzić bez asekuracji z dołu. To podnosi nam lekko ciśnienie, jednakże szybko prostujemy temat. Nie zmienia to faktu, że lina się klinuje i – mimo asekuracji – Jacek schodzi de facto swobodnie ponad 50 metrów, podczas gdy pod jego nogami lina układa się w wesołe serpentyny, a jej wybieranie jest niemożliwe. Szczęśliwie, los tego nie wykorzystał.
Zaczyna sypać, temperatura spada, pogoda, jak na sanki. Do tego widoczność marna – sobotni „spacer po parku” nabrał nieco innego wymiaru, ale w dalszym ciągu mieszczącego się w kategoriach dzikiej przyjemności. Nastroje perfekcyjne, banany stale utrzymują się na twarzach. Zasypane „okienko” na Szataniej Przełęczy wyrywa z piersi Igiego autentyczny jęk zawodu: „A tak chciałem je zobaczyć!” – rzucił rozczarowany i srodze się zasępił.
Wreszcie, we czwórkę stajemy na przełęczy, spoglądając w dół żlebu. Spodziewamy się widoku napawającego autentycznym lękiem. Górna część faktycznie jawi się trochę stroma, ale ogólnie, całość wygląda całkiem ciekawie i raczej przystępnie, tragedii nie ma, będzie fajnie. Chowamy jedną linę do plecaka, z pomocą drugiej formujemy tramwaj i od tej pory schodzimy, już w komplecie, na jednym sznurku. Początkowo tyłem, mniej więcej w połowie długości żlebu – już przodem. Aż kusi, żeby zjechać na tyłku w dół, do czego zachęcają dodatkowo opady świeżego śniegu – robi się, jak na osiedlowej górce: nic, tylko wziąć dupozjazdy. Jednak mamy lenia i nie chce nam się ściągać raków, zatem schodzimy ospale, aż docieramy z powrotem do Doliny Mięguszowieckiej.
Podsumowując: plan zrobiony w 100 % (a nawet w 200%). Licząc chwilowy popas po ponownym pojawieniu się w dolnie i leniwe tempo na zejściu akcja zakończona po 13 godzinach. Droga bardzo ciekawa, wszyscy zadowoleni, jednak uczucie braku „tego czegoś” do pełnej satysfakcji pozostało. Bo bez „przygód” po drodze, bo bez walki o życie, bez epopei na zejściu czy wejściu… W zasadzie nikt specjalnie, konkretnie po tyłku nie dostał. Nawet wróciliśmy do auta jeszcze przed zmierzchem – przedziwne… Uczucie pozytywnego niedosytu zainicjowało zatem sezon wiosenny ;)
Zobacz również:
Szczyrbski Szczyt, 2009
by Mooliczek on paź.06, 2009, under Nasze wyjazdy
Szczyrbski Szczyt (Štrbský štít), 2395 m, Tatry Wysokie
Droga: Z nad Capiego Stawu zachodnim zboczem, 0+
Data: 2009.09.20
Przyjemna wycieczka, szybka, krótka (max 7 godzin tam i z powrotem, od Szczyrbskiego Plesa), dobra na tak zwany „Plan B”, jeżeli warunki do wspinaczki są niesprzyjające lub brak czasu nie pozwala na dłuższą wędrówkę. Po drodze nie napotkaliśmy żadnych technicznych trudności. Jedynie w dolnych partiach żlebu warto uważać na trawki, których jest tam sporo, a w przypadku mokrego podłoża mogą na zejściu być dość nieprzyjemne (ślisko).
Przebyta trasa:
Szczyrbskie Pleso – Dolina Młynicka – Capi Staw – Szczyrbski Szczyt (wejście w żleb zachodnim zboczem) – Capi Staw – Dolina Młynicka - Szczyrbskie Pleso.
Grossvenediger, 2009
by igi on wrz.28, 2009, under Nasze wyjazdy
Grossvenediger (Großvenediger), 3674 m, Alpy, Wysokie Taury
Droga: Normal, Johannis Hütte-Defregger Haus, F+
Data: 2009.07.23
Pogarszająca się w we francuskiej i szwajcarskiej części Alp pogoda, wygoniła nas z biwaku na lodowcu pod Aiguille du Midi, gdzie próbowaliśmy coś zdziałać w masywie Mont Blanc. W sumie nie mieliśmy do końca pomysłu, jak spędzić końcówkę urlopu. Siedząc w naleśnikarni w Les Houches, oglądaliśmy atlas samochodowy, klikaliśmy w nawigację i bez skutku próbowaliśmy znaleźć cel osiągalny w przeciągu 2-3dni, gdyż tyle czasu nam zostało. Wsiedliśmy do auta nie mając zupełnie pomysłu gdzie jechać. Bezmyślnie wjechałem na autostradę i popędziłem w kierunku zachodnim – przeciwnym Szwajcarii. Przeciwnym, gdyż zapomniałem wziąć paszportu i nie chciałem powtarzać stresu związanego ponownym przekraczaniem granicy tego „wolnego” kraju bez „papierów”. Tak więc mknąc francuską A40, mając za plecami masyw Mont Blanc, ze smutkiem oddalaliśmy się od gór i Chamonix. Potrzeba nam było 30 minut jazdy, żeby jednogłośnie postanowić o powrocie. Zawróciliśmy… by po kolejnych 40 minutach wylądować znowu w sercu alpejskiej stolicy. Postanowiliśmy przejechać na stronę włoską, korzystając z tunelu wydrążonym w najwyższej alpejskiej górze. Kolejne 40 minut jazdy, tym razem pod ziemią i staliśmy pod sklepem z winami w Courmayeur, którego wystawy wpatrywały się w czarne stoki Mont Blanc, jakże inaczej prezentujące się tu, niż po stronie francuskiej. Szybkie zakupy w winiarni, sklepie z pamiątkami i potwierdzający sms od Jck o końcówce dobrej pogody w Wysokich Taurach i już pędziliśmy w kierunku Austrii. Pędziliśmy nie słysząc własnych myśli, bo łożysko dożywało już kresu swych dni i hałas był nie do zniesienia – zagłuszał nawet trzeszczące radio, stukające amortyzatory i jakieś brzdęki w silniku, a my musieliśmy do siebie mówić mocno podniesionym głosem, przez co szybko ochrypliśmy. Gdy wreszcie po kilkunastu godzinach drogi zajechaliśmy około południa do Hinterbichl, leżącego opodal Pragraten, byliśmy już nieźle wypluci i zmaltretowani.
Parkujemy auto w przydrożnej zatoczce, wkładamy do plecaków najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszamy na szlak. Brak czasu zmusza nas do wynajęcia taksówki. Mooliczek dzwoni ze specjalnego, darmowego aparatu i już po 15minutach siedzimy w Venediger Taxi, lżejsi o 20Eur, pnąc się szybko po serpentynach szutrowej drogi. Kolejne pół godziny jesteśmy podrzucani w blaszanym busie, oglądamy piękne widoki przez tylnie szyby. Wreszcie droga kończy się szlabanem, a my wysiadamy tuż koło Johannis Hütte (2121 m). Kolejne dwie godziny to podejście do schroniska Defregger Haus (2796 m). Szlak jest swego rodzaju ceprostradą – tłumy wesołych letników w adidasach z psami i kotami, bardziej przypomina raczej szlak do Murowańca, niźli alpejskie szlaki wysokogórskie. W Defregger Haus bierzemy nocleg w pokoju zbiorowym, który po uwzględnieniu zniżek wychodzi nieco powyżej 8Eur za osobę, czyli o wiele taniej niż w słowackich Tatrach(!). Jemy na obiad rosół z parówką, wypijamy jedno piwo na spółę i idziemy spać. Wieczorem spowodowaliśmy niemałe zamieszanie, zaburzając austriacki ordung, gdyż na pustej i ogromnej, kilkudziesięcioosobowej sali zbiorowej, zajęliśmy inne numery łóżek niż te które nam przydzielono. Właścicielka próbowała obudzić mnie dzikim wrzaskiem w języku Goethego i Schillera, ale jako że odsypiałem kilkanaście dni dziadowania w namiocie – niezłomnie chrapałem z siłą parowozu. I dobrze, gdyż dzięki temu obyło się bez międzynarodowej awantury, którą zapewne bym wywołał.
Wstajemy o 4 rano, jemy solidne śniadanie, pakujemy wodę, kanapki, bierzemy niezbędny sprzęt lodowcowy i ruszamy w górę. Wraz z nami wyrusza tylko czwórkowy zespół Austriaków, cieszymy się więc samotnością i panującą dookoła ciszą, przerywaną tylko szumem lodowcowych strumyków. Aklimatyzację mamy bardzo solidną, więc idzie nam dość żwawo. Widoczność jest słaba, wszystko otulają chmury i mgła. Pniemy się najpierw przez skaliste żebro, mając lodowiec około 40m niżej. Po dwudziestu minutach schodzimy łagodnie do jego powierzchni. Zaskakuje nas całkowity brak szczeliny brzeżnej. Lodowiec przypomina raczej łagodnie nachylone pole śnieżne. Śnieg jest niezmrożony, miękki, zastanawiam się nad wytrzymałością mostków śnieżnych nad ewentualnymi szczelinami. W pewnym momencie chmury się rozstępują i naszym oczom ukazuje się cel kopuła Grossvenediger’a cała skąpana w czerwonej poświacie promieni wschodzącego słońca. Czujemy się podbudowani, wierząc że jeszcze będą piękne widoki, na których tak nam zależało, przyspieszamy więc kroku. Dochodzimy do niewielkiej grupy szczelin, przekraczamy mostki śnieżne trzymające na słowo honoru i podążamy dalej, mając po prawej stronie Kleinvenediger’a (3477 m). Szczytu Grossvenediger’a niestety znowu nie widać, mgła gęstnieje, a my poruszamy się po omacku, starając się trzymać udeptanej ścieżki. Teren jest raczej płaski i mamy nadzieję, że ścieżka prowadzi na szczyt, a nie trawersuje zbocza. Kolejne pół godziny i zaczyna robić się stromo. Bardzo nas to cieszy, gdyż byliśmy pewni, że pogubiliśmy się we mgle. Kolejne 15 minut i znajdujemy się na grani pod szczytowej. Z racji dużej szerokości przypomina ona raczej grzbiet. Nie widzimy czy jest eksponowana, ale ślady zejścia z niej zarówno na lewą, jak i na prawą stronę mogą sugerować, że nie jest zbyt przepaścista. Jednakże to tylko domysły, które snujemy dla zabicia czasu, który zaczyna się już dłużyć z powodu monotonnej bieli. Wreszcie śnieżna grań zmienia się w lodową i zwęża się do szerokości dwóch stóp, pokonujemy ostatnie 10m i stajemy na szczycie Grossvenediger (3674 m), przed majaczącym we mgle krzyżu. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć, kręcimy się w kółko i czekamy z nadzieją że może się jednak przejaśni, jednakże po 20 minutach dajemy za wygraną i rozpoczynamy zejście. Zbiegamy dość szybko, jesteśmy mocno zawiedzeni brakiem widoków, monotonią podejścia i brakiem jakichkolwiek trudności technicznych. W połowie lodowca spotykamy podchodzącą czwórkę naszych znajomych Austriaków, co nas upewnia, że idziemy w dobrym kierunku. Dochodzimy do szczeliny, mijamy szerokim łukiem od lewej, by nie tracić czasu na skakanie po śnieżnych mostkach. Zatrzymujemy się jeszcze na pół godziny przy lodowym nacieku, by przetestować nowe śruby lodowe Mooliczka i schodzimy do schroniska. Pod Defregger Haus jesteśmy około 8 rano i nie wiemy za bardzo co ze sobą zrobić o tak wczesnej porze. Gawędzimy jakiś czas z napotkanymi rodakami a potem z dwójką wesołych Słoweńców. Kiedy wszyscy idą w góry, postanawiamy zejść, powoli snujemy się do Johannis Hütte, gdzie okazuje się, że taksówkarze mają przerwę obiadową. Odsypiam na trawie do momentu przyjazdu taksówki. Taksówka, dowozi nas na parking prawie pod sam samochód. Gotujemy chińskie zupy i opuszczamy Tyrol z bardzo mieszanymi uczuciami, z jednej strony przepiękne góry, w niższych partiach bardzo przypominające Tatry, z drugiej jednak brak urobienia czegoś konkretnego wywoływał poczucie straty czasu.
Pośrednia Grań – Ławką Dubky’ego, 2009
by Mooliczek on wrz.28, 2009, under Nasze wyjazdy
Pośrednia Grań (Prostredný hrot), 2441 m, Tatry Wysokie
Droga: Ławką Dubky’ego – granią przez Małą Pośrednią Grań, I
Data: 2009.09.26
Po zaostrzeniu apetytu weekend wcześniej, kiedy to chłopakom nie udało się zrealizować celu i wejść na Pośrednią Grań przez Grań Kościołów, postanowiliśmy z Igim zrobić do szczytu podejście numer 2, tym razem od strony Lodowej Dolinki.
Startujemy o 4:00 ze Starego Smokovca i szybko zdążamy w kierunku Chaty Tery’ego. Na miejsce docieramy nad wyraz szybko, więc fundujemy sobie jeszcze podwójną porcję herbatki w schronisku. Zaraz po tym wychodzimy i podążamy w kierunku Lodowej Dolinki, skąd prowadzi żleb na Przęłączkę pod Żółtą Ścianą.
Jest krucho, szybko jednak wychodzimy na Przełączkę. W międzyczasie Igi rzuca kilka niewybrednych tekstów pod adresem swojego aparatu, który frywolnie powiewa mu na szyi, skutecznie przeszkadzając we wspinaczce. Gdy dochodzimy na Przełączkę, nie możemy sobie odmówić „zboczenia z trasy” i podejścia na Żółtą Ścianę – cel wielu wspinaczy, niezwykle atrakcyjny z uwagi na ciekawe drogi i stosunkowo łatwy doń dostęp, gdyż wznosi się tuż nad Chatą Tery’ego. No i sam widok na schronisko jest przedni.
Schodzimy z Żółtej Ściany i kierujemy się w stronę Ławki Dubky’ego – szerokiego i długiego zachodu, przecinającego północną ścianę Pośredniej Grani niemalże na całej jej szerokości. Zachód nie stanowi żadnego technicznego wyzwania, jednakże dostęp do niego broni krótka, aczkolwiek mocno eksponowana grań i ok 2-metrowa pionowa ścianka. Dla bezpieczeństwa, warto tam mieć na podorędziu kawałek sznurka.
Ławkę przechodzimy szybko i bez problemu pojawiamy się na Pośredniej Przełęczy. Tutaj znowu odbijamy, w prawo na zachód, aby poświęcić dodatkowe pół godziny i wejść na